Maristo Cup – kolejna taka przygoda już za rok!

0
495

Cały stres organizacyjny już za rufą, pozwolę więc sobie popełnić kilka zdań o tegorocznych regatach.

Trzeba przyznać, że była to jedna z najtrudniejszych edycji. Neptun nie zawiódł i bardzo wysoko podniósł poprzeczkę dla wszystkich uczestników – cisze bywały, silne wiatry bywały, fale jak to fale – też bywały, jednak wyeliminowanie blisko 50% stawki zawodników, to naprawdę prawdziwy pogrom.

Stara, sprawdzona w boju „gwardia” nie zawiodła, a kilka nowych załóg, w tym – jak się okazało – bardzo silna reprezentacja rosyjska (Capella i Antilla) pokazały, że z nie jednej miski chleb jadali!

Pomimo skrócenia trasy do jej pierwotnej wersji 500nm, załogi w obliczu okrutnej flauty stanęły przed bardzo trudnym wyborem: walczyć do końca, bez względu na wszystko realizując cel regatowy, czy zrezygnować, aby zmieścić się w zaplanowanym tygodniowym „urlopie”. Powiem tylko tyle – nie zazdroszczę podjęcia tych jakże trudnych decyzji, choć jak się okazało, kto zaryzykował ten wygrał, bo najmniejszy jacht regat – Capella o długości 6,30 metra – przeciął linię mety o 06.11 rankiem w poniedziałek, a stalowy, ciężki Alf tego samego dnia o 15.36, tym samym zamykając VIII edycję MARISTO Cup 2019. 🙂

Walka z ciszą, to przede wszystkim walka ze sobą. Wiadomo, że przy 10 – 20 knt wiatru prawie każdy potrafi szybko dotrzeć do celu. Przy „podmuchach” 0 – 2 knt nie jest to już takie proste 😉 Wiem, wszyscy się ciągle i wszędzie uczymy… Został nam niecały rok na przemyślenia i wnioski 🙂 

Jako szczęśliwy uczestnik wszystkich ośmiu kręgów dookoła Gotlandii przygotowanym do żeglugi Q/L, nigdy nie zaliczyłem tylu awarii sprzętu. O chorobie morskiej przez 80% pierwszego etapu przez wrodzoną grzeczność nie wspomnę. Jazda na krawędzi, próbując dorównać zawziętym rywalom, zrobiła swoje. Z każdym rokiem jest coraz trudniej z Wami walczyć, ale w końcu właśnie o to w tym wszystkim chodzi 😉

Bałtyk rozdaje karty po swojemu i aby wygrać, trzeba zrobić wszystko, żeby wykorzystać swoje rozdanie, mając jednocześnie nadzieję, że rywale popełnią więcej błędów. Bo właśnie ta wypadkowa daje nam końcową pozycję – na pudle albo i nie.

Na począdku szło jak po maśle. Porządny trening kondycyjny w Sopocie z tradycyjnym już dzikiem i rodzimym koniaczkiem, a ponadto tego dnia obchodziliśmy urodziny naszej Pierwszej Damy Oceanów Asi Pajkowskiej, więc wspólnie z załogą Dancing Queen przygotowaliśmy wyjątkowy wielki tort godny naszej Ocean Lady (a wszystko oczywiście po to, by zmiękczyć rywali… :).

Niedzielny start 24 jednostek, punktualnie o 12.00 odbył się przy pięknej pogodzie pod umiarkowany wiatr z północy, ale już od Helu rozpoczeliśmy swoje dwa dni istnej pralki, z wiatrami od zupełnych flaut do 30 węzłów, wiejących z wszystkich możliwych kierunków. Takie wrześniowe warunki w połowie lipca :/

Prognozy nie pozostawiały wątpliwości…

Po dotarciu części załóg do PitStopu w Visby, dzięki pażdziernikowym temperaturom, zorganizował się spontaniczy Dzień Rosyjski. Potem składanie łajb w całość, doraźne usuwanie usterek…  to był naprawdę ciężki etap.

Kolejnego dnia chwila na zwiedzanie Gotlandii, a wieczorem Dzień Polski. Biały Orzeł dumnie królował na topie masztu Barnaby. Był grill, była beczułka, były szanty przy gitarze. W naszym sąsiedztwie przy tej samej kei swój pit-stop miała również flotylla jachtów startujących w ekskluzywnych ARC Baltic, ale tak dobrze, żeglarsko bawiła się tylko nasza część kei.

Jednak zaraz następnego dnia rozpoczął się drugi akt „dramatu”, jakże inny od pierwszego. Prognozy pogody nie pozostawiały złudzeń, a moje przekonywania, że i tak się nie sprawdzą (bo przez fale upałów wszystkie symulacje pogodowe zwyczajnie się rozjechały, co obserwujemy od dwóch sezonów) na niewiele się zdały. Na wniosek kapitanów skróciliśmy trasę regat rezygnując z ominięcia wyspy Gotska Sandon – tym samym wracając do pierwotnej trasy z pierwszych edycji Sailbook Cup.

Zaraz po starcie na zachętę dostaliśmy ciepły zachodni wiatr. Szybka żegluga na północ 16 załóg w dobrych nastrojach. A tam zastała nas już tylko cisza. Łapczywe wypatrywanie kolejnych, coraz słabszych podmuchów, zaowocowało kolejnymi rezygnacjami. Już nawet nie próbowałem nikogo przekonać do kontynuowania regat. [Tu będzie żarcik – bez urazy!] Poczułem się jak kierownik Biedronki, po wdrożeniu programu 500+ – wnioski o zwolnienia posypały się „lawinowo”. Duch regat odrobinę przygasł, co było bardzo wyczuwalne na kanale 69.

W milczeniu powoli posuwaliśmy się do boi zwrotnej, czyli Salvorev. Korzystając z zasięgu załogi układały swoją strategię, lecz jak walczyć z ciszą? Ciszą, która łącznie trwała blisko 40 godzin? Dla zmęczonej przygotowaniami do regat załogi Quicka była to okazja do odpoczynku i testowania prawdziwego grilla na otwartym Bałtyku, kąpieli w sinicach i takie tam zwykłe regatowe sprawy 😉

Grill Kokpitowy Maristo.pl 🙂

Wypatrując rozproszonych rywali wyrzuciliśmy za burtę paczkę z programu PiPD, którą bo dwóch godzinach podjeła szczęśliwa załoga Capelli. Podobno od tego momentu było im już tylko łatwiej – ciekawe dlaczego 😉

Zdobywcy nagrody głównej w konkursie PiPD 😉

Po ciszy przyszedł czas na prawdziwy rajd ostrym bajdewindem do samego Helu – tu odrobiliśmy straty spowodowane ciszą.

Tradycyjnie Zatoka Gdańska, brutalnie rządząca się swoimi prawami, dała okazję do ostatniej potyczki czterech jednostek z naszej stawki. I to by było chyba na tyle.

Zgodnie z hasłem regat „każdy kto ukończy te regaty może czuć się zwycięzcą” gratuluję wszystkim 14 załogom, którym to się udało. Tej wyjątkowej satysfakcji nie odbierze nam nikt.

To była naprawdę DOBRA ŻEGLARSKA ROBOTA!!!.

Dziękuję za wsparcie całej załodze MARISTO.pl – wspólnie ciągniemy ten „wóz”.

„Tak na marginesie warto wspomnieć, czy raczej pamiętać, że to nie kto inny jak WY, uczestnicy, tworzycie tą jakże magiczną atmosferę. Wiem że wspólny trud żeglugi łączy!”

Tak jak regaty napędza MARISTO.pl, tak Wy napędzacie nas do tworzenia tej naszej małej historii.

Komandos Regat

Jacek Zieliński

Komentarze