Odwagę w sercu miej! – wspomnienia mazurskie cz. III

0
216

Za zgodą autorki publikujemy kilkuczęściowe wspomnienia Weroniki z jej pierwszego zetknięcia z żeglarstwem. Bardzo ciekawy opis uzupełniony jej rewelacyjnymi zdjęciami z Mazur. Zapraszamy!
Lipiec/ Sierpień 2015 – Wielkie Jeziora Mazurskie

Odwagę w sercu miej – wieloryby groźne są!

obraz nr 1

Stoję na jachcie, na krańcu jego rufy, na najniższym stopniu. Do pomostu z tego miejsca mam krok. Przed dłuższą chwilą wpłynęliśmy do portu w Kietlicach. Jacht zacumowany już, na pokładzie porządek, więc można „się rozejść” do własnych zadań. Akurat roznoszone jest jedzenie dla załóg, a że zadanie przyjmowania go przeznaczone jest dla części męskiej każdej załogi to ja akurat na jachcie stoję bezczynnie i tylko patrzę jak chłopacy noszą kartony pełne warzyw, makaronu, cukru i innych rzeczy. Chcę wyjść z łódki, ale nie tak normalnie. Myślę, o skoczę sobie – tak radośnie hop – na dwie nóżki na pomost. Bo zawsze się skacze na jedną. To ja spróbuję dwoma? Będzie śmiesznie. I od razu w tym miejscu dodam, że tak: człowiek niewyspany cierpi czasem na dziwne fazy. Bawią go wtedy różne rzeczy. Mnie bawiło skoczenie na pomost. I była to wówczas moja największa ambicja życiowa. Taaak. Na Mazurach problemy stają się błahe.

– P. chodź zobacz. Mam pomysł! Skoczysz na dwie nogi? – wołam P., która też chyba ma jakąś fazę. Zastanawiamy się, czy jest to potęgowane przez nadmiar cukru we krwi. Coś w stylu: w pańskim alkoholu znaleźliśmy trochę krwi. Tyle że u nas w wersji z cukrem, nie procentami. Za dużo słodkości. I za mało snu.
– No jasne że skoczę. – oznajmia i miękko ląduje na pomost. Obunożnie.
– To teraz ja. – zgłaszam i lekko zginam kolana by zrobić iii…sko…krok? Co? Bo skok kończy się zatrzymaniem w połowie wykonania i na pomoście ląduję tylko jedną nogą a drugą dostawiam. I to jeszcze jakby w zwolnionym tempie. Nie krok tylko kroooczek. Onie. Nie wyszło mi. Jeszcze raz.
– Teraz skoczę. – ustawiam się iii…..sko….co? znów krok? Znów zatrzymanie? Słyszę, jak P. zaczyna się śmiać. Nienienie. Co ja, skakać nie umiem? Niemożliwe. Czeka czekaj, P., muszę się przygotować. Staję więc i w miejscu wymachuję ramionami by wprowadzić kolana w gotowość do dużego, pewnego skoku.
– Patrz! Skaczę! – pełna entuzjazmu, nastawiam ją na to, że teraz skoczę. Raz dwa iiii trzy! Skoo…krok? Co? Znów zrobiłam zwykły krok? Nocojestgrane. P. stoi i zaraz zacznie płakać ze śmiechu.
– Mam blokadę! – tłumaczę się, zarażając śmiechem. – No mam blokadę psychiczną jak nic!
P. wskakuje do mnie i pokazuje jeszcze raz jak skoczyć. No banalne. Dobra. To teraz ja! Ustawiam trampki pedantycznie precyzyjnie w tej samej linii, zginam kolana i machając ramionami wprawiam się w nie wiem co, ale na wuefie tak uczyli przy skoku w dal. Skoro uczyli to no.
– To ja skaczę, dobra? – mówię do P. P. uśmiechnięta jak jeden wielki banan, kurczowo zaciska obie pięści i powtarza uchachana: dasz radę dasz radę dasz. Tak oto ten obrazek trwa kilka dłuższych sekund. Ona z zaciśniętymi kciukami, ja w gotowości do skoku w dal. No to ska….
– Nie skoczę! No nie ma szans! – wyrzucam. P. się pokłada ze śmiechu, a ja się zastanawiam kiedy ktoś nas zapyta, z którego wariatkowa wypuścili nas na spacer.
– Dasz radę! – P. się zbiera i nabija się ze mnie dalej. – Wierzę w ciebie!
– Oh! dobra. to Teraz. Patrz.
Sko….i krok. No cojestgrane. W życiu nie miałam takiej blokady. Przecież to tylko jeden skok. Ktoś tam pyta co my właściwie robimy. Odpowiadam coś w stylu, że walczę z własnymi ograniczeniami psychicznymi i wykonuję ostatnią próbę. I co? i krok. No nie mogę! Co za komiczna sytuacja. Koniec! Już nie wracam na łódkę. Nie mogę, bo jeszcze P. pęknie przepona? Albo mnie. Od śmiechu.
– Może ty po prostu nie umiesz skakać? – analizuje mój problem P. Umiem. Jakbym mogła nie umieć? Nawet jej to udowadniam pięknym obunożnym skokiem. Oczywiście na lądzie. Do dziś nie wiem co było przyczyną tego zjawiska, nie mniej zabawa była przednia.

obraz nr 2

Dzień szybko przeszedł w noc i:
– Śpię na pomoście. – oznajmiam już w progu łódki. Mam zamiar ubrać na siebie wszystko co mam, wziąć aparat i śpiwór i wrócić w upatrzoną część pomostu, tę najbardziej wysuniętą w jezioro, tam gdzie nie stoi żadna inna łódka. Jest chłodna wczesna noc. Woda jakby trochę w napięciu uderza o burty. Dziś większy wiatr to i falowanie wody żywsze.
– Czemu chcesz spać na zewnątrz? Przecież masz swoje miejsce w łódce. – zdezorientowany K., pyta, rycersko proponując że skoro moja miejscówka na łódce niewygodna to odda mi swoją. Myśli, że idę na pomost, bo muszę.
– Śpię, bo chcę. Bo takie jest moje aktualne marzenie. – mówię. Nie rozumie mojego natchnienia, a mnie się nie chce rozwijać myśli, bo późno. Robiłabym za dużo przerw na ziewanie. Idę bo to fajne! Spać na pomoście. Obudzę się na wschód i z dechą wbitą w twarz powiem słońcu i Mazurom: dzień dobry!

obraz nr 3

Zakładam więc czołówkę, zapinam bluzę, układam na belkach śpiwór i wskakuję do niego, kładąc się na plecach. Pod rękę aparat i zamykam oczy. Momentalnie wyostrza się czucie bujania pomostu. Nie buja mocno, ale jednak bujanie to czuć. Fale cały czas uderzają o burty, o brzeg. Uspakajający monotonny szum. Przy krótkich sennych odpłynięciach można zapomnieć o tym, że nie jest się na łódce. Onie. Zaraz mi każą wybierać linę od foka. Będzie trzeba się siłować z niesprawną knagą. Co włożysz do niej linę po wybraniu żagla to przy lekkim szarpnięciu przez wiatr wypada i fok momentalnie nieplanowanie się luzuje niszcząc na przykład czyjś manewr.
– Złóż foka szota na pół i uderzaj w to ręką to wskoczy w knagę. – radzi ktoś z załogi. Uderzam, ale nic to nie daje. W ogóle bez sensu metoda. Lepiej do niej prośbą a nie groźbą. Przemoc rodzi przemoc i te sprawy.
– Ja będę metodycznie wciskać. – mówię. I wkładam delikatnie sznur w knagę i stopniowo – metodycznie! – dociskam go palcami w jej w głąb. Bez przemocy! a też działa. Nie ważne jak ważne że daje radę.
Nie mniej, użeranie się z tą knagę, no niee chce mi się teraz dziś. Wolę leżeć na tym dziobie i kołysać się i tak sobie płynąć. Szkoda tylko że tak zimno.

Nagle impuls z zewnątrz dociera do mózgu. Ktoś nade mną stoi. Chwila-moment, co? Otwieram oczy, zrzucam z czoła kaptur śpiwora. Sekunda, muszę oprzytomnieć. Pomost? A to nie…jacht? Ah. Przecież no tak. Port. Pomost. Już wiem. My nie płyniemy. To tylko molo buja. A zimno mi, bo jest noc.
– O cześć. – witam P. i J. którzy stoją nad moimi „zwłoczkami”. – Cooo tu robicie?
– Przyszliśmy odwiedzić cię przed snem. – oznajmia jak zawsze uśmiechnięta P. J. proponuje ciastka. Czy to są…o, gwizdnął nasze ciastka! I teraz sam je proponuje? W sumie można i tak. Liczy się gest!
– Nie, dzięki. Myłam już zęby. Chociaż…
no dobra. Co tam zęby. Sięgam ręką do opakowania. Albo….
– Albo jednak nie? – głośno myślę.
Cofam rękę. Chyba jednak nie mam ochoty. Herbatnik z czekoladą. Szału nie ma. No dobra. Jest.
– Ah no, jednak poproszę. – zmieniam zdanie.
Sięgam, ale w połowie znów cofam dłoń.
– Nie mogę. – tak. Myślę racjonalnie. Zęby.
Ale J. pyta: a może jednak? Niech go…
– Jedno, dobra. Albo nieee.
– To chcesz czy nie?
– No właśnie nie wiem! Zastanawiam się. Nie chcę.
jakie to człowiek ma czasem dylematy życiowe. Aż zatrważające. Zjeść ciastko czy nie zjeść. Przez chwilę jak w zawieszeniu cofam i wyciągam rękę i wszyscy się śmiejemy. Grunt to zdecydowanie. Moja mocna jak widać wyraźnie strona.

obraz nr 4

Pływanie też. Nie jest moją mocną stroną. Nie mniej, gdy jesteśmy w Tajtach:
– Chooodźmy popływać, co? – ożywam nagle z martwych natchniona tym pomysłem. Całą załogą siedzimy na łódce, godzinę czy dwie po spłynięciu do portu. Inne załogi zakuwają do patentu, a nasza, choć też powinna się uczyć, na luzie buja się z rumem na jachcie. Ja oczywiście w pozycji na zdechłego leniwca na dachu. Żyć nie umierać. I tylko kochać Mazury. Jest cudowny rześki prawie wieczór. W tle czarna woda, ciemniejsza nawet niż niebo i moje myśli z popołudnia. Odczuwam potrzebę zrobienia czegokolwiek. By się wyrwać z zakrętów własnego umysłu. Płyyywać. Chodźmy do wooody.
– Ja wolę rano. – stwierdza A., wygodnie opierając się o oparcie.
– Ja nie idę. – zgłasza instruktor, który pływania w wodzie ma już chyba po uszy z racji swojej pracy. – Za mokra ta woda. W zeszłym roku była suchsza. – rzuca żartem, tak tłumacząc swoją niewrażliwość na „taak zachęcającą wodę” i wraca do opowiadania A. i dwóm M. o Mazurach zimą. Muszą być wtedy obłędne. Ale co tam zima, lato jest. I co, nikt nie chce pływać? Alejaaaktooo. Pływanie nocą! No przecież nic tylko iść!
– Ja idę! – P. gotowa do przygody. No! Pływanie jej pasją.

Nurkujemy w łódce by znaleźć stroje. Z pokładu dobiega głos W., który opowiada o zimowym sporcie jakimśtam w ramach czegoś tam. Nie wiem, bo w pełni skupiam się na wywróceniu do góry nogami całej swojej jaskółki czyli półki by cokolwiek w niej znaleźć. Szukam stroju. No-gdzie-on-jest.
– Jaaak można mieć taki syf. Bałagan. – krytykuję własny nieporządek, tracąc cierpliwość do tego co się tam dzieje. Nie rozumiem. Przecież sprzątałam rano. Jakieś ufo tu było.
– Co u mnie robią Twoje rzeczy? – z konsternacją zauważa P., gdy sama szuka swojego stroju. – W ogóle rozprzestrzeniasz się na moje terytorium! – śmieje się z udawanym dramatyzmem.
chyba jestem wszędzie. Mój bałagan jest jak plaga – szerzy jak szerszenie. Wzdłuż i w szerz. Nie żeby szerszenie tyły (chyba, że tyją?), ale ładniej pisać o szerzących się szerszeniach niż o:
– Jesteś jak glony. Odbierasz mi przestrzeń życiową. – P. zabawia się w poetę i tworzy wiersze „bystre jak wyschnięta rzeka”. Dobrze, że nie wyskakuje z mackami ośmiornicy wpychającymi się przez uchylone drzwi, bo wtedy nie mogłabym użyć tego zasłyszanego hasła o rzece, które taki mi się podoba. Wtedy była by poetą z wyższej półki.
– Jak grzyb na ścianie będzie brzmiało mocniej. – wspaniałomyślnie podpowiadam, przyczyniając się spękania na wiór koryta tej rzeki. – A to co się w naszej koi dzieje to tak zwana bomba w szczypiorek.
– Bomba w szczypiorek? – hasło ubawia P. – Czemu bomba w szczypiorek?
– Wyobraź sobie posiekany szczypiorek i bombę, która w to uderza. Właśnie to się u nas dzieje. Moja mama tak mówi.
Zdecydowanie na naszej koi nie panuje ład i skład. No-gdzie-jest-mój-strój! Przerzucam raz jeszcze swoje rzeczy jak sałatkę i? Je…st? Jest! Niesamowite. Mam! Patrz, jaki ładny. W białe stateczki!

obraz nr 5

Podchodzimy do brzegu. Boso. Piasek przyjemny w stopniu umiarkowanym. No Seszele to nie są. Ale nie ważne. Pływać! pływać! Zostawiamy na kępie trawy rzeczy, tymczasem gapią się na nas dwa psy i normalnie ludzie pewnie też. Może się dziwią. Bo zimno i ciemno, a tu takie dwie, o. Idą w wodę. Woda okazuje się zimna, no co tu kryć. Skoro zimno na zewnątrz. No i faktycznie jest mokra. Szkoda, że nie jest suchsza. Ciepła i sucha była by w porządku.
Bardzo szybko odkrywam że nawet blisko brzegu traci się dno. Lekka panika, przecież ja pływam tak słabo. Często szybko tracę siły podczas machania rękami w pływie na pieska i głowa zatapia mi się pod powierzchnią wody. Mało przyszłościowa zapowiedź.
– Jak co, od razu przewracaj się na plecy. – radzi P. Człowiek wtedy jakby sam się utrzymuje na wodzie, bez większej aktywności. No to może nie utonę.
płyniemy w stronę jachtu. Naprzemiennie przegadujemy się, że o-jak-mi-tego-brakowało. Chłodna przyjemna ciemna woda. Odwracam się na plecy i płynę przed siebie, z zamknięty oczami. Gwiazd nie ma to co? W czerń i pustkę patrzeć? Prawie wbijam się w jacht, ale co tam. Gdy zanurzy się w wodę uszy, nastaję cisza tak absolutna, że aż dzwoni i szumi. Że aż krzyczy. Pływam w te i wewte, tak przyjemnie. P. czuje się jak delfin w wodzie, własne-miejsce, pływaczka. Ja…liczę że nie pójdę na dno. Którego nie czuję ni hu hu. Oo-o. Najważniejsze to nie myśleć o tym. Ani o tym, że to duże jezioro. Przypominam sobie słowa instruktora z ćwiczeń.
– W wypadnięciu poza burtę na wodzie najniebezpieczniejszy jest lęk przestrzenny. Nawet jeśli człowiek pływa doskonale na basenie, istnieje duże ryzyko, że przestraszy się tego co go otacza. – wyjaśnia. Wierzę w to w stu procentach. Miała bym lęk przestrzenny, na bank. Teraz jestem blisko brzegu, więc nie, ale dalej było by gorzej.
Zimno. Trzeba wyjść. Za herbatę z cytryną i ognisko przehandluję nawet swojego ukochanego kota.

obraz nr 6

Znów siadam na dachu, już sucha. Nagle z Claptona, gertisowego jachtu zaparkowanego obok dochodzi muzyka. Na łódce tej z tuzin osób. Wypchana po brzegi. Że nawet na lampie się nie zmieszczę. Na szczęście nasz dziób prawie obok ich nich, więc siadam na dziobie i stąd słucham. J. znów wyciągnął swoje instrumenty. Tyle ich przywiózł! Gitary, grzechotki, bębenki, nie wiem co. Porozdawał siedzącym. Muzyka tworzona spontanicznie przez kilka osób różnymi instrumentami, coś niesamowitego. Czysto nie czysto brzmi wspaniale. Noc i portowe i jahtowe oświetlenia budują klimat tak piękny, że nie mogę przestać patrzeć na ludzi tam i słuchać tego co tworzą. Zaklęci. Zaczarowani. Nie wiem czemu wszędzie słyszę dzwoneczki. Widzę zresztą też. Są srebrne. Ale nie zagłębiam się w to martwiące coś że mój umysł szwankuje i słucham dalej. Dosiada się do mnie instruktor A. i przechodzimy na temat gór. Myślę sobie: czy jest coś piękniejszego niż zima w Tatrach? Nie. Ale jest coś równie mocnego. Ta scena.
Clapton milknie. Koniec koncertu.

– Wera, idziesz na ognisko? – ktoś stamtąd pyta.
– Ognisko? Zawsze!
ale kota swojego nie oddam! cofam handel! Czeka na mnie w domu, pewnie śpi w moim pustym łóżku. Nigdy nie sądziłam, że kot może być TAK przywiązany do człowieka jak ona – nie skromnie mówiąc – do mnie.

Siadamy przy ognisku, ja jak zawsze tam gdzie gitara i razem z J., A., K,. i innymi próbujemy zmobilizować ludzi do dołączenia się przy szantach.
– Dajmy coś co wszyscy znają?
– Gdzie ta keja?
– Ile razy to można…
– Co chcecie?
– Przychyły
– To już w ogóle…
ponieważ jednak nikt nic nie zna Gdzie Ta Keja po raz milionowy. Przechyły o milion i jeden więcej.

najpiękniejsza szanta to Pieśń Wielorybników z refrenem:
A więc krzycz o-ho-o!
Odwagę w sercu niej
Wielorybów cielska groźne są
Lecz dostaniemy je

która choć jest o zabijaniu wielorybów, to udaję że to tekst niedosłowny. Z ukrytym drugim dnem. Na przykład, że zawsze trzeba mieć siłę i odwagę by walczyć z własnymi „demonami”. Ograniczeniami.

ogień trzaska. Ludzie się odsuwają od ognia, ja bym się mogła w nim położyć. Cieeepło. Podczas któregoś śniadania, instruktorka D., powiedziała tak: są trzy rzeczy, które są w stanie uspokoić człowieka w gniewie. Szum wody. Ogień. I widok człowieka pracującego, gdy ty masz wolne. Coś w tym jest! Punkt drugi zdecydowanie popieram. Ogień jest piękny i ma siłę i pochłania bez reszty.
J. wstaje i zbiera nas wokół ogniska. Znów gramy w cudne ułanacoś tam. Klaszczemy i powtarzamy niecodzienne monosylaby tego łamańca językowego. Coraz szybciej i szybciej (aa! Ale szybko:- ) aż do momentu gdy ludzie wybuchną śmiechem, bo przestaną nadążać z klaskaniem i zaczną łamać sobie języka na ułanakiri-cośtam-coś. Taniec Indian wokół płomienia uhuhu dźwiękami. Fajny obraz. Powoli ludzie jednak kierują się na łódki, by iść spać. J. zaczyna zbierać instrumenty. W sumie późno już. Rano znów apel. Trzeba na niego wstać.
– To ja też przyjdę niedługo! – :- )

—-
Wspomnę tu inny port. Kilka dni wcześniej byliśmy w Sztynorcie.
Wracam ze śpiworem na Hendrixa. W skutek smutnej dla mnie wiadomości ostatnie na co umiałabym wykrzesać w sobie to chęć na zabawę w porcie wraz z innymi załogantami. Znalazłam więc sobie miejscówkę pod ścianą stacji Orlenu, z widokiem na cały port, położyłam obok trampki i wskoczyłam do śpiwora obserwując przejście zmroku w ciemność i wsłuchując się w życie portu. Z części bliższej barowi, gdzie grała dyskoteka dochodziły ryjące umysł piosenki i śmiech ludzi. Wesoło tam! Z części bliższej Orlenowi koncert szantowy i niewyraźny śpiew z pod sceny. Szanty! Na samym jeziorem wszędzie białe wysokie maszty, nieruchome w czerni nieba. Przywodzi ten obraz na myśl szkielet klatki piersiowej potężnego zwierzęcia. Nie wiem czemu. Wyczyszczone przez hieny z tkanek miękkich jasnoszare żebra porzucone na nocnej sawannie. Cmentarz słoni. Cmentarz masztów. O tym, że żaglówki jednak częściowo jeszcze żyją świadczy z razu nagłe zakiwanie się niektórych masztów, tam gdzie ktoś zeskakuje z łódki. Bo łódka, wrażliwa, pod wpływem zeskoku buja się przez moment na wodzie, a wraz z nią maszt. Jak wahadełko wiszącego zegara. Na pozostałych łódkach zawitał już sen. Ich maszty są nieruchome.

obraz nr 7

Postanawiam wrócić na Hendrixa. Dość twardego podłoża, poza tym zaraz tu zasnę, a zapomniałam zgłosić załodze, gdzie w razie braku mojego powrotu mnie szukać. Idę więc ze śpiworem wzdłuż pomostu i widzę, że na Claptonie nasz obozowy muzykant J. szykuje sobie miejsce do spania na ławce na rufie.
– Śpisz na zewnątrz? – pytam zaskoczona, że nie tylko ja wolę spać na a nie w jachcie. Pod gołym niebem najlepiej.
– Tak. Codziennie. – oznajmia spokojnym pełnym uśmiechu głosem. – Tu jest dużo świeżego powietrza, a w środku jest za ciepło.
– O. Ja też śpię na zewnątrz! tyle że ja na dziobie. Tylko….samej nie fajnie. Mogę się dołączyć? Będę spać na tej drugiej ławce.
– No jasne!
– Tu super! zaraz będę!

obraz nr 8

Wracam do siebie, by grubiej się ubrać. Dwa swetry i długie spodnie. Przez dłuższą chwilę leżę jeszcze na tym swoim dziobie. Widzę akurat wejście do Tawerny? To chyba nie jest Tawerna, bo Sztynort jej nie ma? niech będzie, że to bar. Mija mnie pewnie niezła zabawa – poprzednio jak tu byliśmy to było Taaaak Faajnie – ale dziś nie mam weny. Zbieram się i przeskakuję na łódkę obok. J. już gotowy do snu.
– Nie masz karimaty? – pyta. Oh. Karimata.
– Nie mam.
– To czekaj.
i po chwili wraca z karimatą dla mnie. Dziękuję!

– No to dobrej nocy! – J.gasi czołówkę i dopina śpiwór. Faktycznie – nie ważne czy deszcz czy zimno – śpi co noc na zewnątrz. Ja aż taka twarda nie jestem i w zimniejsze noce uciekam do wnętrza łódki.
– Dobrej nocy! ciesz się że nie masz jutro apelu. Najchętniej bym zaspała na niego, ale jeszcze mi każą robić pajacyki.

Gdy kilka godzin później otwieram oczy i oślepia mnie słońce. Dawno po wschodzie. Słyszę dzień dobry od innego załoganta Claptona i pytanie czy zostanę na śniadania. To nic że moja łódka jest obok i zaraz i tam pójdę jeść, pewnie że zostanę! Dostaję więc jajecznicę i razem całą claptonową załogą jemy ją. Ja, z racji nadchodzącego apelu wchłaniam swoją szybko. Z szynką. Dobra. Na Hendrixie jemy bez, bo P. jest wegetarianką od piątego roku życia.
– Dziękuję! Idę na apel! Zresztą nie chcę Was objadać. Ostatnio mam duże możliwości! – rzucam i uciekam na apel.
Bo właśnie. Pływanie działa na mnie tak, że po śniadaniu myślę o obiedzie, a po obiedzie o kolacji. Aż dziwne jak na mnie. Piętnaście minut później pójdę na śniadanie ze swoją załogą. I zjem całe. Zdecydowanie dużo możliwości mam na tych Mazurach!

—-

dobra. Wracam opowieścią do poprzedniego opisanego w tekście portu. Do Tajt znów.
– To ja też przyjdę niedługo! – :- ) – mówię do J.
Bo znów mam zamiar spać na Claptonie na ławce. Gdy wskakuję na niego jakiś czas później, J. leży w śpiworze i ze światłem z czołówki czyta książkę. Patrzę na swoją ławkę. Karimata. Pięknie przygotowana. Specjalnie dla mnie.
:- )
I mój ukochany kubek w różowe-Tatry. Ktoś z Claptona zgarną go z pomostu, gdzie porzuciłam go wyrodnie i schronił na ich łódce.
Niestety zaczyna zacinać deszcz. Niby zawieszony jest namiot nad ławkami, ale pada akurat pod takim kątem, że deszcz zahacza o moją ławkę. Nie ważne, deszcz mi nie straszny. Zostaję tu! J. daje mi jeszcze swój wełniany sweter, bo zimno że ho i idę spać. Słucham dudnienia deszczu o płachtę nad nami, które to dudnienie z dłuższą chwilą – nie wiem dlaczego! przecież lubię ten dźwięk – zacznie mnie irytować. Takie kap kap z kranu. Onie. Zakładam więc słuchawki i odpływam z Jack Johnsnem.
Budzą mnie przemoknięte skarpetki. Zamókł mi śpiwór, niedobrze. Góra sucha, ale dół nie. Trzeba ratować tę suchą część. Wyskakuję więc i uciekam na swoją łódkę, zaparkowaną obok. Siłuję się z okienkiem, moknąc jak kura. W ogóle…zabawnie jak dla mnie wygląda to z zewnątrz. Postać opatula w śpiwór po uszy, w trzech swetrach siedzi w strugach deszczu i użera się nad mechanizm otwierającym oko. Mogłabym wejść „drzwiami” ale wtedy obudzę A. No nie będę taka. Włamię się oknem. Tak więc w prawo czy lewo kręcić tym uchwytem? I czemu to się nie podnosi. Omamo, chce mi się spać. Może pójdę spać jak stoję tu? Z cukru nie jestem. Ale nie no. Dokończę włam. W końcu dostaję się na swoją koję. Jaaak ciepło. Spaać.
Rasowy ze mnie włamywacz. Nawet zamyka za sobą okno.

 

 

„Świetne dwa tygodnie w niesamowitym miejscu i z prze-fajnymi ludźmi. Przedstawiam głównych bohaterów:- )

Nasza załoga składała się z P., A., M. i M. oraz instruktora W. No i mnie! Byliśmy w kilka załóg na kilku łódkach (m.in Santana, Clapton, Page i nasz Hendrix). Na przestrzeni tych dwóch tygodni nocowaliśmy w wielu portach. Za dnia ćwiczyliśmy, wieczorami i nocami bawiliśmy się, a rankami wstawaliśmy na apel. I śniadanie!

Gdyby ktoś chciał tak fajnie spędziź czas jak my, polecam Szkołę Żeglarstwa Gertis! http://www.obozy-zeglarskie.pl/ naprawdę autentycznie polecam:- )”

 

za zgodą Weroniki
Zapraszamy do obejrzenia jej galerii zdjęć
oraz odwiedzin na blogu

Komentarze