Wspomnienia mazurskie cz II

0
188

Za zgodą autorki publikujemy kilkuczęściowe wspomnienia Weroniki z jej pierwszego zetknięcia z żeglarstwem. Bardzo ciekawy opis uzupełniony jej rewelacyjnymi zdjęciami z Mazur. Zapraszamy!
Lipiec 2015 – Wielkie Jeziora Mazurskie

Tracę zmysły” – czyli mazur część nastepna

7 Sierpień 2015

płyniemy skąd nie pamiętam. Do Tajt. Wciąż jeszcze bez foka, czyli drugiego żaglu wychodzącego z dziobu, bo na tamtą chwilę uczyliśmy się tylko wywijania samym grotem – żaglem większym, zamontowanym na maszcie, opierającym się na bomie. Precyzyjnie nie opiszę, bo nie umiem ubrać tego w słowa, ale najkrócej mówiąc trzeba było ustawić żagiel pod takim kątem względem linii wiatru tak, by „szmaty” łapały go najefektywniej i nie trzepotały na wietrze, bo wtedy chyba wytraca się prędkość; czasem trzeba było „wypchnąć” żagiel na drugą stronę burty robiąc tak zwany zwrot przez sztag. Napiętość żagla cały czas trzeba było kontrolować sterem („ster od siebie!” „wyostrz”) i linami („wybierz/poluzuj grota”). Do tego wszystkiego trzeba było czuć wiatr.
Nie czaiłam wiatru.

Zmienialiśmy się na sterze. To M. ćwiczy to P., to A. Na zmianę. Miała być moja kolej. Poza entuzjazmem wiewiórki widzącej „mleczyka. Ostatniego w sezonie!” pomyślałam: omamo. Tylko jak ja mam to wszystko do zrobić? Jakieś: wyostrz do kąta martwego. Odpadnij od linii wiatru. Wpadasz w kąt martwy. Zwrot przez sztag! ojeny. I jeszcze trzymaj kurs prostu. Wybierz sobie charakterystyczne drzewo na tle lasu (kto to wymyślił?!) i płyń tam. Yhym. I jeszcze słuchaj wiatru i zrozum go. Dobra. Niby można odczytywać jego kierunek z „icka” czyli małej wstążeczki zawiązanej na lince przy maszcie, ale to tylko jak mówił instruktor ułatwienie dla leniwych, a nie dla tych, co naprawdę chcą czaić żaglowanie. Gdy to powiedział momentalnie włączyło się moje „na przekór” i postanawiam nie korzystać z icków. Tylko samej oceniać. Nauczę się. Pytanie jak. Ni jak nie łapię skąd dmucha.
dobra. Damy radę. Ja nie dam?

Zrozumieć wiatr.
Kilka dni wcześniej gdy właśnie na ten obóz jechałam samochodem z J. opowiedział mi on o swoim kursancie, którego szkolił rok temu i teraz będzie doszkalał znów. Nazywa się o ile pamiętam D. (przeserdecznie pozdrawiam! miałam okazję poznać przy okazji ogniska integracyjnego) i nie słyszy.
– Pisaliśmy ze sobą czasem karteczki, by się w trudniejszych rozmowach dogadać. – mówi J., da się wyczuć, że polubił chłopaka i dobrze im się pływało. – Ale za to niesamowite jest to jak on czuje wiatr! Ma talent.
siedzę na ławce w żaglówce i przypominam to sobie. Twardo mam zamiar za chwilę olewać icki. Tak sobie myślę: stąd tak ciężko wyczuć mi skąd wieje, bo za dużo rzeczy rozprasza. Póki co brak doświadczenia w izolowaniu umysłu od nadmiaru nieistotnych bodźców płynących z jachtu. Tu trzepocze żagiel, bo zły kąt, tu lina nie wybrana, tu zbaczam z kursu. Fale poddające się wiatrowi płyną dla mnie nieczytelnie. Z południa czy z północy? Jak dla mnie to i tak i tak. Kręcą się. Włosy załogantów też różnie. To wwiewają do oczu to z oczu. Omamoo. To skąd wieje.
za dużo informacji! wszak jestem początkująca. Na co patrzeć, na co nie. Najlepiej nie patrzeć. Właśnie. D. może tak doskonale czuł, bo wyłączył jeden zmysł. Przecież taki kot, który nie widzi radzi sobie, bo polega na dotyku. Głuchy czuje po wibracjach podłogi. Widziałam mnóstwo takich kotów w czasie wolontariatu w schronisku. One po prostu czuły mocniej innymi zmysłami. Hm. Analizuję to, czekając na swoją kolej sterowania. Może spróbować się zabawić? Tylko co by tu….

– Wera, baksztag prawego halsu. Ster i komendę zdaje. – mówi A., korzystając z formułki, którą kazali nam wkuć. Powoli wracam „na ziemię”. Moja kolej.
– Yyy baksztag lew…prawego halsu. Ster i co? komendę biorę? – wyrwali mnie z zamyślenia i jeszcze każą powtarzać ten „łamaniec językowy”. No luuudzie:- p
– Przejmuję. Nie biorę.
– Dobra. To przejmę. – idę do steru i myślę co by tu… – Albo nie, poczekajcie jeszcze chwilę. Mam wizję.
Odwiązuję z ręki bandankę i…zawiązuję ją na oczach. Staję się tymczasowo niewidoma. Chcę wyłączyć niepotrzebny napływ informacji, które póki uczę się, tylko dekoncentrują w skutek tego, że nie umiem ich analizować jako całość. A analiza każdego z osobna, w sposób niezintegrowany wprowadza tylko chaos. Skupię się tylko na wietrze. W ciszy, ciemności. Posłucham, zagłębię się. Poczuję. Tak!
– Dobra. Biorę ster i komendę! – oznajmiam.- i płyniemy!
Nikt nie protestuje, mimo że wsiada za kierownicę „ślepa” nieumiejąca sterować ja. A wokół tyyyle innych żaglówek. Kolizyjny może być. Wszyscy ufają, że będzie dobrze. Niestety nie ze względu na mnie, tylko dlatego, że na pokładzie jest instruktor, gotów naprawiać zalążki moich szkód. Nie mniej nastaje cisza wśród towarzyszy, gdy na ślepo szukam w powietrzu steru a potem ostrożnie siadam. Są podejrzewam równie skupieni co ja. Możliwe że nawet oszołomieni, bo pomysł z lekka od czapki i raczej mało codzienny. Za ster w bandance…
– W takiej sytuacji musisz sobie ustalić na jakiej wysokości łapiesz ster, by po zwrocie przez sztag chwycić go na tej samej wysokości po drugiej stronie. – mówi W. dostosowując metodę nauki do moich wydziwianek.
Tylko tak utrzymam kurs zero, gdy przesiądę się na drugą stronę jachtu w czasie zwrotów. W sposób lustrzany muszę zmienić stronę i złapać przeciwną stronę steru. No hm. Hm. No-na-pewnooo. Kiedy ja nic nie widzę. Ale nie no. No przecież dlaczego nie. Da się.
– O, zapamiętam, że ster dotyka mojej nogi lekko nad kolanem. To po drugiej stronie tak samo będzie.
– Tylko że w takim razie musisz za każdym razem siadać tak samo. – słyszę podpowiedź. No tak. Ta sama pozycja, ten sam kąt zgięcia stawów kolanowych. Do tego wszystkiego trzeba ciągnąć linę z grota. Długa, czerwona, luzuje lub wybiera żagiel. Nauczę się tego bezwzrokowo i później odpadnie mi element patrzenia na nią. Dobrze, bo nie jest to potrzebne, a tak odruchowe u wielu.
Płynę w ciemności. Koncentruję się na słuchaniu, czy żagiel łopocze. Gdy łopocze, mam odpaść od linii wiatru. Niestety już nie pamiętam więcej z tego epizodu, ale pamiętam magię chwili. Ta ciemność i porozumiewanie się ze „szmatami”. Mówiły mi co mam robić. Dziwne uczucie. Mistrzowsko mi nie szło, przyznaję, w ogóle szło mi źle. Wciąż mi się myliło z której strony wieje wiatr. Ale to nie ważne. Liczą się też inne elementy. Nie można lepiej „nauczyć” się samej łódki niż robiąc na przykład zwrot przez sztag nie widząc nic. Dopiero w czasie takiej chwili uzmysławiam sobie że dotąd ani razu nie pomyślałam, że między ławkami jest półtora metra odległości i cały szereg innych rzeczy. Że trzeba dbać by wszystko co potrzebne zawsze było w zasięgu ręki. Musi być porządek.
Gdy ściągnęłam opaskę uderzyła mnie jasność. W skupieniu na ciemności zapomniałam, że mam towarzyszy. Że nie jestem sama. Że w oddali widać port, do którego płyniemy. Że w ogóle – no tak! Że jest w okół tyle rzeczy! Zupełnie inaczej.
Nie pogadałam z wiatrem. Pogadałam z łódką. Też istotne.

no właśnie. Port. Dopłynęliśmy. Zdaje się, że na silniku był M. Port (o ile nie mylę portów) opierał się na bojkach, czyli bierzesz linę, stajesz na krańcu rufy, wychylasz się nad wodą i przeplatasz przez uszka bojki. Wybierasz cumę i łódka zaparkowana. Kto do bojki? Mogę ja? Możesz. Ekstra!


i znów:
– Macie stanąć przy pomoście tak, że jak będę wracał pijany w nocy to nie wpadnę do wody. – stała portowa kwestia W. no ile można. Marzę o siusiu, a tu że za daleko za blisko. Nosz no. Ale dobra. W głębi wiem, że to bardzo istotne.

Potem siadamy całą załogą na łódce, W. wyciąga jakieś coś z procentami do picia i tak sobie siedzimy. Ja z P. standartowo wciągamy wszelkie dostępne ciastka na pokładzie. Waniliowe rurki. Mogę dla nich umrzeć. Nie włączam się w rozmowę. Słucham rozważań M. i W. o różnicach językowych w województwach, dlaczego Mazurzy nie lubią Olsztynian, o! o windsurfingu. Muszę kiedyś spróbować! Ja tymczasem w pełni zaangażowania tworzenia klimatu wieczoru wyciągam swoje ukochane waniliowe świeczki i zapalam kilka. Ktoś proponuje by dla bezpieczeństwa nie spalenia łódki („wiecie w jakim czasie z tej łódki nie zostanie nic?” „pół godziny. I spala się w proch”) by nalać do szklanej miski wody i tam powrzucać świeczki. Niech pływają, rozświetlając twarze przy stoliku. Wygląda to obłędnie. W ogóle wszystko. Piękny port, z otaczających jachtów wykradają się ciepłe światła, woda szumi, w tle śmiechy i rozmowy. Cudny stan przejścia późnego popołudnia z wieczór. Niebo wciąż mimo że zgasło słońce jest błękitno-szare. Jakby był dzień. Że już po zmroku zdradzają tylko ciemne drzewa, port, łódki. Magia. I do tego moje świeczki! które ustawicznie gasną przy mnie. Zawsze gasną przy mnie wszystkie świeczki gdy się śmieję. Strasznie to smutne, bo lubię na nie patrzeć. Uparcie zapalam je ponownie. Nagle M., geniusz nie powiem jaki wyciąga latarkę, zawiesza ją na bomie i zapala. Chamskie zimne światło latarki.
– Jak można tak zabić klimat!!
– Ciemno jest….
tak zabić klimat!
do tego A. wyciąga off-a na komary. Wszyscy się nim psikają, aż gęsto od zapachu słodkiego czegoś. Źle słodkiego. Fuj. Wszyscy się duszą.
tak zabić klimat…
:- p

Przenosimy się na ognisko. Spotykamy wszystkie gertisowe załogi. Najlepsze załogi na Mazurach. J. zabrał ze sobą milion instrumentów. Słyszy muzykę we wszystkim. Czaruje graniem jak nikt na świecie. W ogóle tworzy niesamowitą atmosferę. Chyba nie było osoby, która tego nie czuła. P. uzna nawet że nigdy nie spotkała tak pozytywnego człowieka. Ja też! J. szalenie miło było poznać! Przy okazji innego ogniska ktoś zażartuje nawet:
– J. nie znam Cię, ale daj mi numer do swojego dilera.
bo ma swój świat, piękny świat, którym zaraża innych. Nawet teraz przy ognisku, wstaje, zbiera nas wokół ognia i zaczyna klaskać dłońmi o kolana. I każe powtarzać. I półśpiewne słowa: ułana-coś tam. Kiriliri uhu uhu. Nie pamiętam. On mówi, potem my chórem. Twarze oświetlone ogniem, po skórze uderza ciepło, wszyscy skupieni na J,. by nie pogubić się. Wyobraźnią wychodzę z siebie i staję kilka metrów dalej. I widzę niesamowicie pozytywną scenę. Indianie tańczący wokół ciepła.

Podchodzi do mnie A., dziewczyna z innej załogi.
– Cześć. Słyszałam o twoim pływaniu z chustką na oczach. Też spróbuję!
A. okazuje się tak fajna, że A. liczę na spotkanie gdzieś kiedyś na wodzie:- ) Pamiętaj, że zawsze będę gotowa odprowadzać Cię po twoim chwiejnym wyjściu z Tawerny na łódkę. Przypilnuję, byś dostała się na nią bezpiecznie. To mogę obiecać! i rzuć palenie…

K. postanawia nauczyć mnie grać na gitarze. Cierpliwie pomaga ułożyć palce, powtarza 541 Amol [chyba. nie pamiętam już]. Przez ponad godzinę zaskakuję tylko z jednym chwytem.
– Mam tak zwany pierwszy stopień słyszalności. – tłumaczę swoją oporność na naukę. – czyli słyszę, że coś albo gra. Albo nie gra.
Nie mniej cierpliwość jego nie zna granic. Ja przy okazji utwierdzam się w przekonaniu jak bardzo mocną mam słabość do gitary, jak bardzo bym chciała na niej grać przy ogniskach. I jak bardzo się do tego nie nadaje. Dzięki K! za cierpliwość.

Powoli ludzie znikają od ogniska. Późno już. W kilka osób postanawiamy czekać do wschodu. Siedzimy i słuchamy żaglówkowych opowieści W. Najlepsza jest o tym, jak razem ze znajomymi w środku nocy, w stanie bardzo rozweselonym postanowili zrobić psikusa innym obecnym tam ludziom. Poodwiązywali więc cumy od pomostu wielu łódkom. i obserwowali jak odpływają na środek jeziora. Wyobrażam sobie nawet jak strasznie byli wówczas ubawieni swoim pomysłem i jak płonęły ogniki w oczach no bo przecież taaaki psikus!
– Budzisz się, wychodzisz na pokład a tu…cojestgrane! – z zaangażowaniem żywiołowo opowiada.
W. z kolegami pouciekali i czy były szkody chyba nie wiedzą albo ja za słabo pamiętam opowieść. W każdym razie brzmiało to przednio. Nie do końca życzliwe działania, ale tak właśnie powstają morskie… ‚tfu’! mazurskie opowieści, które opowiada się w takich chwilach jak ta.

D. i A. dorzucają swoje historie. Mija nam tak w sympatycznym gronie czas do świtu. Niestety…wschód bez pompy. Ale sama obserwacja nieba dostarcza wrażeń. Ładnie przechodzą kolory nocy w świt. Znikają gwiazdy, szarzeje, z róż zmienia się płynnie w pomarańcz, potem dominację przejmują chłodne tony. Słońce przez ten czas ukryte za chmurami.
– Idę spać. – mówię do pozostałych. Czyli na całe dwie godziny, suuuper. Ależ będę wyspana. O jeny. A jutro tfu dziś o dziewiątej wykład z teorii żeglowania. Sama fizyka. Żyć nie umierać….

Budzi mnie o siódmej trzydzieści koszmarna ulewa. Kto by pomyślał. Tak sucho i ładnie było chwilę temu. A. wyciąga do łazienki na prysznic. Wyłaniam łepetynę na zewnątrz ciepłej łódki, br, zimno. Mokro. Sennie. Pusto. Wszyscy śpią. Leeeje. Weź kurtkę przeciwdeszczową i chodź. Idę w piżamie. Półprzytomna sunę przez błoto. W łazience robactwo na suficie. Białe szpitalne kafelki. Prysznic 7zł/5min. Rozbój w biały dzień. Gdy myję zęby patrząc na swoje umęczone odbicie („skrzywdzony baranek”:-p kto pamięta?) nagle myślę:
– Nawet to miło będę wspominać!
i mam rację. Miło wspominam nawet ten koszmarny poranny prysznic. No może poza tym 7/5. I nawet wykład był świetny. Przysypiałam z racji niewyspania (zresztą jak większość gertisowców), ale dobra restauracyjna kawa postawiła na nogi i potem już pełnia skupienia. Siły ciężkości, siły wyporu, środek czegoś tam, wiatr pozorny, rzeczywisty, żagle. Szkoda, że już nie pamiętam tego.
Po wykładzie, podczas trwania którego wypogodziło się w miarę – pada najważniejsze pytanie, jakie można zadać. W.:
– Mamy chleb?
Mamy. Całe-szczęście. Śniadanko! oh. śniadanko. Jajecznica. Kanapki z pomidorem, ogórkiem. Sałatka owocowa. Tuńczyk. Wszystko. Dzięki A. mamy najlepsze śniadania i obiady na Mazurach. Ktoś rzuca nawet:
– Ja nawet w domu takich śniadań nie jem. Nastawiałam się na dwa tygodnie zupek chińskich, a tu proszę!
Do śniadania zawsze herbatka. Reszta w szklankach z uszkiem, ja w swoim kubku w różowe Tatry. Wszyscy słodzą jedną góra dwiema łyżeczkami.
– A Ty?
– Ja cztery….
Pod koniec obozu okazuje się, że mamy największe spożycie cukru wśród gertisek. Ale ja zupełnie nie wiem czemu!

 

Świetne dwa tygodnie w niesamowitym miejscu i z prze-fajnymi ludźmi. Przedstawiam głównych bohaterów:- )

Nasza załoga składała się z P., A., M. i M. oraz instruktora W. No i mnie! Byliśmy w kilka załóg na kilku łódkach (m.in Santana, Clapton, Page i nasz Hendrix). Na przestrzeni tych dwóch tygodni nocowaliśmy w wielu portach. Za dnia ćwiczyliśmy, wieczorami i nocami bawiliśmy się, a rankami wstawaliśmy na apel. I śniadanie!

Gdyby ktoś chciał tak fajnie spędziź czas jak my, polecam Szkołę Żeglarstwa Gertis! http://www.obozy-zeglarskie.pl/ naprawdę autentycznie polecam:- )

za zgodą Weroniki
Zapraszamy do obejrzenia jej galerii zdjęć
oraz odwiedzin na blogu

Komentarze