Nurtem Schengen i do Oslo

0
418

Za zgodą Jerzego Kulińskiego

 

Iwonę i Marka Tarczyńskich już znacie – nie tylko z „łamów” SSI, ale i jako niedawnych laureatów Nagrody ŻAGLI w konkursie Rejs Roku 2013 (http://kulinski.navsim.pl/art.php?id=2399&page=0 ). Pamiętacie też pewnie też pewnie ich piękną suczkę – niezastąpionej załogantki – specjalizującej się w wachtach portowych. Tym razem pożeglowali do Oslo. Piękny rodzinny rejs. Zazdroszczę. Cieszy mnie też, że w końcu przekonali się do jachtu balastowego. A tak na marginesie „nurtowego”rejsu do Oslo – warto przypomnieć, że cwaniacka Norwegia do Traktatu Schengen się dopisała, choć z członkostwa w Unii Europejskiej do tej pory się miga.

 

Żyjcie wiecznie !

 

Don Jorge

 

————————————————–

 

NURTEN SCHENGEN 2014 – Gdynia – Skagen – Arendal – Oslo – Bornholm – Gdynia

 

Do końcowych zadań programu Nurtem Schengen niezbędny jest jacht kilowy. Początkowo staraliśmy się wziąć go w leasing, lecz

 

 gdy przedsięwzięcie nie powiodło się – postanowiliśmy kupić 40 letni jacht duński, SUPERO – 800, z benzyniakiem WIRO, 7 KM .

 

10 dni poświęciliśmy na jego przygotowanie do treningowej wyprawy po banderę norweską. Ruszyliśmy 25 czerwca z Gdyni do

 

Świnoujścia. Towarzyszyła nam, jak zwykle, suczka Mila. To jej 10 rejs. Pod salingiem flaga SAJ i macierzystego Jacht Klubu Politechniki Warszawskiej. W Świnoujściu, obok aprowizacji, kupiliśmy, taniej niż w Warszawie, korony krajów skandynawskich. Do Sassnitz odbiliśmy rano, 6 lipca, przy wietrze 3-4B z SE, pod pełnymi żaglami (36 m2 ), osiągając do 5 węzłów.Na trawersie wyspy Greifswalder Oie przybiegło wspomnienie, opisanej przez Jurka Kulińskiego tragedii Erika Hansena w 1947 r. z jachtu „Sen”. Zrozumiałe – w Nastved czeka na nas Erik Hansen, były właściciel jachtu SUPERO – 800. Obowiązki sternika z wielką skrupulatnością wykonywał autopilot. Dotychczas z tego dobrodziejstwa nie korzystaliśmy. Mila – otrzymała koję dwukrotnie szerszą od poprzedniej, a jacht na falach nie dawał rezonansu, męczącego czułe ucho psa.

 

 

Z Sassnitz popłynęliśmy kursem NE, powyżej płw. Jasmund, skąd skierowaliśmy się na cypel przylądka Arkona. Między płw. Jasmund i przyl. Arkona znaleźliśmy się w opisywanych tu często przedziwnych zawirowaniach wiatru i kłębowisku martwych fal, które skończyły się dopiero za przyl. Arkona. Skończyła się także słoneczna pogoda. Nadciągnęły niskie, burzowe chmury, a z nimi wiatr 12 -14 m/sek. 2 Mm na N od Arkony położyliśmy się na kurs portu Klintholm, na wyspie Mon w Danii. Przy silnym wietrze (6B), dużym zafalowaniu i ograniczonej widzialności o 20.30 weszliśmy do mariny Klintholm. Kapitan portu, w eleganckim mundurze, wskazał miejsce dla małych jachtów. Marek stwierdził, że tego faceta już gdzieś widział. Eureka! To kpt. Michael Larsen, którego zdjęcie zamieścił Jerzy Kuliński w locyjce portu Stege na wyspie Mon, kiedy Michael był tam szefem. Być może hafenmeistrów przenoszą jak proboszczów.

 

W porcie Klintholm poznaliśmy parę żeglarską, globtrotterów z Lublina, Jadwigę i Mirosława Muchów z jachtu „Mucha”. Umówiliśmy się wstępnie na wspólną ekspedycję na Helgoland, w poszukiwaniu grobu gen. I. Prądzyńskiego, twórcy Kanału Augustowskiego.

 

Z Klintholm, przez niewielką zatokę Hielm Bugt, w sztormowej pogodzie, z wiatrem, na połowie genui lecieliśmy (wiatr NW, 8B), do Stübbekobing. Naszym celem była miejscowość Masnedo, tj. dzielnica Vordingborgu, gdzie znajduje się centrum produkcji artykułów sportowych, m. in. silników i części zamiennych WIRO.

 

Masnedo spotkaliśmy się z Ewą i Waldemarem z naszego klubu, którzy z Oslo wracali do kraju Antilą 22. Do Nastved ruszyliśmy następnego dnia i cumowaliśmy w marinie Karrebeksminde, Tam odbyliśmy wcześniej uzgodnione spotkanie z Marianną i Erikiem Hansenami. Opowiedzieli nam historię jachtu, którego skorupę wyprodukowała w 1975 r. stocznia, jako 35 egzemplarz SUPERO-800. Zabudowę prowadził samodzielnie przez parę lat pierwszy właściciel w Redvig. Do dziś nie została zakończona.

 

Z Nastved przez Zatokę Karrebeksminde Bugt wodami Wielkiego Bełtu popłynęliśmy na wyspę Samso, Przy wietrze z NW, kilkoma halsami, doszliśmy w 13 godzin do mariny Ballen na tej wyspie, Marina zapchana po brzegi, bo w tym czasie (16-19 lipca) odbywa się doroczny festiwal muzyki i piwa, na który zwaliła się chyba połowa Danii. Z kłębowiska jachtów i najróżniejszych pływadeł wyrwaliśmy się wczesnym świtem do Grenaa, już na Kattegacie. W Grenaa staliśmy 4 dni, czekając na usunięcie awarii silnika, toteż po naprawie z radością odbiliśmy do Skagen, przez Asaa Stranby.

 

W Skagen zdążyliśmy się wcisnąć na ostatni kawałek betonowego pirsu, na którym nie mieściły się już wielkie jachty naszych północnych sąsiadów. Dookoła burta w burtę stało po 6, 7 jachtów. Upał w mieście okrutny! Wśród żółtych, niskich XIX wiecznych domków unosił się duch malarzy i poetów. Było coś, co przypominało francuskie Honfleur. Znawcy twierdzą, że Skagen ma specyficzne, niepowtarzalne naświetlenie słoneczne, które przydaje specjalnych walorów malarskich. Tu tworzyli m. in. malarze Anna i Michael Anchel i poeta Drachman. Obok mariny, na cokole, Pomnik Rybaka, który sfotografowaliśmy. Ten solidnej postury mężczyzna z brodą, o rysach rasowego zejmana, ma wzorowo zapięty pas ratunkowy, a w ręku trzyma rzutkę. Wydaje się, że woła: „Pamiętajcie o kamizelkach!”. Sam cypel Skagen, jako miejsce wichrów i morskich prądów, nie robi na oko groźnego wrażenia, jak np. skaliste cyple Normandii, czy Bretonii. Wiadomo jednak, że pod względem nautycznym to trudny obszar, jak wszystkie styki mórz.

 

Po 17 godzinach drogi przez Skagerrak, w tym 5 godzin flauty, zawinęliśmy do Arendal. Bajkowy krajobraz – tysiące domków z czerwonymi dachami, kaskadowo rozmieszczonych na zielonych zboczach. Gdyby rosły tu palmy – można by sądzić, że jesteśmy w południowej Hiszpanii, a nie w kojarzącej się nam z chłodną północą – Norwegii. Z Arendal ruszyliśmy do Oslo przez Larvik ( Stavern), ważny, z powodu, że tu urodził się i tu ma swój pomnik Thor Heyerdall, którego setną rocznicę urodzin obchodzimy w tym roku. Tu w Larvik zbudowano sławny statek Nansena „Fram”, z którego korzystał również Roald Amundsen. Zatrzymaliśmy się także wAsgärdstrand, gdzie znajduje się chata, kupiona niegdyś przez największego malarza norweskiego, Edvarda Muncha.

 

Po drodze, na wyspie Tjome, mijaliśmy miejsce, zwane przez Norwegów „verdens ende” – koniec świata. Jak widać, Norwegowie pozazdrościli Portugalczykom („O fin do mundo”- Przyl. St. Vincento) i Hiszpanom (Przyl. Finisterre). Chyba wiele krajów ma swój koniec świata. Może by tak nasze Rozewie nazywać Koniec Polski?

 

30 lipca zawinęliśmy do Oslo, do mariny Aker Brygge. W czasie, gdy o Oslofjordzie pisał Jurek Kuliński, nazywała się ona Herbern. Od paru lat, po przebudowie i modernizacji, nadano jej obecną nazwę i znacznie podniesiono cenę (1 doba dla naszej 8 m łódki = 355 NOK). Od Arendal do Oslo pędził nas południowy wiatr, osiągający 12 m/sek. W chwili wejścia do Aker Brygge dmuchało 11 m/sek, co nie ułatwiało manewrów w zatłoczonej przystani.

 Oslo – metropolia bez Starówki, ale za to ma ponad 50 muzeów. My zwiedzaliśmy głównie muzea na Płw. Bygdoy ( M. Morskie, Kon –Tiki, Fram, Vikingów). Najsilniejsze wrażenie wywarło na nas muzeum „Fram” . Sławny statek eksponowany jest jak okret „Waza” w Sztokholmie. Obiektem oryginalnym i budzącym powszechne zainteresowanie jest Muzeum Sztuki Nowoczesnej (Astrup Fearnley Museet), projektowane przez wybitnego włoskiego architekta, Renzo Piano. Marek codziennie odwiedzał, przy okazji spaceru z Milą, twierdzę Akerhus, pamiętną z odparcia 6 oblężeń.

 

Oslo pożegnaliśmy 1.08., po 13.00. Wiało 4B z S. Mieliśmy zamiar dojść do Drobak, jednakże 4 Mm przed portem uderzył sztormowy wiatr (17-19 m/sek). Przewężenie Oslofjordu w tym miejscu wywoływało zjawisko dyszy. Nie daliśmy rady. Cofnęliśmy się o 8 Mm, do wyspy Steilene. Tu cumowaliśmy na noc przy burcie kutra rybackiego.

 

Ostatnią noc w Norwegii spędziliśmy w szkierowej marinie Hanko, a do granicy szwedzkiej odprowadzał nas norweski, bardzo towarzyski delfin.

 

Na wysokości wyspy Resö wspomnieliśmy przejmującą tragedię jachtu „Janosik” kpt. Polakiewicza z września 1975 r.

 

Ponieważ cały czas silnie wiało z S, weszliśmy na szkiery, po których mknęły w obie strony tabuny jachtów, głównie norweskich. Przeszliśmy przez odcinki szkierów Grebbestad, Kungshamn, Hamburgsund i Mollosund oraz dwa szkierowe kanały. W drodze na wyspy północnego archipelagu Göteborga (Björko) odwiedziliśmy mekkę żeglarską Szwecji – Marstrand. Miasto w ubiegłym wieku było najsławniejszym kurortem Szwecji i zarazem, co dziwne, ze względu na wzniesioną tam twierdzę, szwedzkim Alcatraz.

 

Na południowym archipelagu Göteborga cumowaliśmy na wyspie Styrsö. Obowiązuje tu zakaz używania samochodów – tylko meleksy i rowery – przejmująca cisza. Stąd 10.08, przy silnym, przeciwnym wietrze, ruszyliśmy do Bua, na stałym lądzie. Niestety, udało się nam dojść tylko do Lerkil.

 

Z badań statystycznych hamburskiego Bundesamt für See Schiffahrt und Hydrographie w sierpniu na Kattegacie 57% wiatrów powinno wiać z korzystnych dla nas kierunków północnych i zachodnich, a 30% z niekorzystnych dla nas kierunków południowych. Mieliśmy więc nadzieję, że od Göteborga do Ystad przelecimy jak na skrzydłach. Tymczasem sztormowe wiatry z południowego wschodu trzymały nas w Lerkil przez 4 dni, a w Torekov jeszcze dłużej.

 

Mimo niezbyt korzystnej pogody, ruszyliśmy do Falkenbergu. Wiało do 13 m/sek z SW i W, fale sięgały do 2,5 m. W drodze z Falkenbergun do cypla Kullen, do mariny Mölle, rozdmuchało się do 17 m/ sek. z S, co zmusiło nas, by zejść z morza do Torekov. Zabrakło nam 10 Mm, aby schronić się w Sundzie. W efekcie staliśmy w Torekov przez 5 dni, odwiedzając m.in. miejsca Św. Thora, zdrowotne kąpieliska, miejscowe muzeum morskie.

 

Do Mölle mogliśmy odbić dopiero 22.08, gdy wiatr sfolgował do 12 m/sek. I tak, płynąc pod wiatr i dużą falę, 10 Mm pokonywaliśmy przez bite 9 godzin, robiąc 15 halsów. Urocze Mölle w początkach XX wieku było pierwszym koedukacyjnym kąpieliskiem w Europie, przyciągającym tysiące ciekawskich. Półwysep Kullen ma swój wojenny epizod. Stąd zaobserwowano wyjście na Morze Północne pancernika „Bismarck” w jego ostatni rejs.

 

Płynęliśmy następnie do Helsingborgu, z silnym wiatrem z SW (13 m/sek), w towarzystwie wielu jachtów różnych bander. Przy łódce przez długi czas trzymał się młody delfin, który w pewnym momencie mocno uderzył w burtę i chyba przestraszył się, bo gwałtownie odpłynął. Do mariny wchodziliśmy o 15.00 i resztę dnia poświęciliśmy miastu. Na trasie do Mälmo, mieliśmy znów silny (14 m/sek), ale korzystny wiatr z SW. Tu spotkaliśmy Polaków z Trzebieży oraz polską załogę, uczestniczącą w międzynarodowych regatach katamaranów.

 

 

 

toalety w Oslo (wolność, równość i braterstwo)

 

. 

 

Z Mälmo przez 2 godziny ciężko halsowaliśmy, by przejść pod duńsko – szwedzkim mostem, za którym położyliśmy się wprost na kurs do Falsterbocanal, a stamtąd do Ystad. Wiało z W, z odchyleniem na S, 4-5B. W drodze dopadły nas 3 burze, z deszczem i piorunami. Ystad to hanzeatyckie miasto, dziś słynne ze spotkań miłośników twórczości Henninga Mankella, autora kryminałów o komisarzu Kurcie Wallanderze. Znany sklep – antykwariat żeglarski Tackel – Stäg p. Krysi, był, niestety, zamknięty. Jego ogromne zbiory oglądaliśmy przez szybę.

 

Z Ystad wzięliśmy kurs na płn. wsch. kraniec Bornholmu. Wiało 4-5B, z W, potem z NW. Przed wejściem do mariny Allinge zapanowała flauta. W marinie doborowe polskie towarzystwo: „Kapitan Głowacki” i 4 małe jachty. Z przyjemnością zwiedzaliśmy miasteczko Allinge i okolice. Sielankowy nastrój zakłócił o 2300 alarm ratowniczej stacji brzegowej, która poszukiwała zaginionego jachtu sportowego. Byliśmy przepytywani, czy na trasie naszej wędrówki nie spotkaliśmy tej jednostki. Do naszego odbicia jachtu nie odnaleziono.

 

Z Allinge, przed południem, ruszyliśmy brzegiem wyspy do portu Nexo, podziwiając niepowtarzalne krajobrazy Bornholmu. W Nexo spotkaliśmy polski statek badawczy IMiGW , „Doktor Lubecki”. Znając dramatyczne dzieje miasteczka Nexo, które Rosjanie w maju 1945 r. prawie doszczętnie zbombardowali, z ciekawością oglądaliśmy jego nowe wcielenie, odbudowane z gruzów, jak Warszawa.

 

Prognozy pogody na koniec sierpnia postawiły nas w nader trudnej sytuacji. Do 2 września przewidywany był wiatr z S i SE, bardzo dla nas niekorzystny. Ostatnim dniem, w którym wiało z NW, był 29 sierpień. Wypadało albo ruszać natychmiast, albo czekać do 2 września. Zdecydowaliśmy się ruszać przed świtem, kursem na Darłowo. Z portu wyszliśmy w kilwaterze „Doktora Lubeckiego”. Po porannej bryzie nastąpiło długie bezwietrze. Do 16.00 terkotaliśmy na silniku i kiedy do Darłowa zostało 17 Mm, uderzył silny wiatr z SE, 5-6B. Nie było szans na kontynuację żeglugi tym kursem, więc zdecydowaliśmy się odchylić na Kołobrzeg, gdzie dobrnęliśmy o godz. 23.00

 

Po całodziennym odpoczynku odeszliśmy do Darłowa, przy wietrze 4B, w porywach 5B, z SE. Długim halsem osiągnęliśmy taką wysokość, że można było bezpośrednio wziąć kurs na Darłowo, zwłaszcza że wiatr odchylił się nieco na N. Do Ustki wyszliśmy z Darłowa 02.09. o 24.00, kiedy zdawało się, że wiatr sfolgował. Port Łeba osiągnęliśmy po 16 godzinach halsówki, przy wciąż silnym wietrze (6B) z SE. Wejście do niego w nocy nie należało do łatwych.

 

5.09. o 23.30 opuściliśmy Łebę, by o 13.30. następnego dnia stanąć w Gdyni.

 

To koniec rejsu, trwającego 74 dni. Przepłynęliśmy 1600 Mm. Odwiedziliśmy 42 porty, położone w 5 krajach. Rejs był dla nas ważnym doświadczeniem w samodzielnym żeglowaniu małym jachtem kilowym, na urozmaiconych akwenach i w zmiennych warunkach pogodowych. Do kolekcji bander Schengen dał banderę norweską. Bardziej szczegółową relację z rejsu oraz prezentację zdjęć zamieścimy na stronie Jacht Klubu Politechniki Warszawskiej www.jkpwwolica.waw.pl/ 

www.kulinski.navsim.pl 

Komentarze