Sputnikiem dookoła Ziemi – Za Słupami Heraklesa

0
371

Morze Śródziemne to wielki gar, ogrzewany nieustannie przez mordercze słońce. Jak w każdym podgrzewanym garze, woda zaczyna w nim gwałtownie parować. Parowanie uruchamia gigantyczną pompę ssącą, która przez szczelinę między Europą a Afryką próbuje uzupełnić z Atlantyku brakującą wodę, ulatującą do atmosfery. To wywołuje stały prąd, który przez Cieśninę Gibraltarską niesie ogromne masy chłodnej wody na wschód. Ten prąd miesza się jednak ze strumieniami pływowymi, które cztery razy na dobę podążają za oddychającym w rytmie księżyca oceanem. Taka sytuacja wywołuje spore zamieszanie w okolicach Słupów Heraklesa. Są tu miejsca, gdzie stroma, metrowa fala utrzymuje się nawet przy całkiem bezwietrznej pogodzie. Lepiej nie znaleźć się w takim rejonie przy silnym wietrze, kiedy rozbujany Atlantyk dołoży swoje trzy grosze.                                                                                obraz nr 1

W stronę Gibraltaru ruszyliśmy po drugiej w nocy gdy tylko przestało dmuchać. Istniało ryzyko, że wiatr szybko zmieni kierunek o sto osiemdziesiąt stopni i dla odmiany przywali z zachodu. Noc była ciemna a powietrze lekko zamglone.
– Widziałeś to? Coś przepłynęło koło nas bez świateł!
Zawołał do mnie sterujący właśnie Mateo.
– Cholera, to na pewno przemytnicy z Maroko. Wiozą ludzi albo haszysz, albo jedno i drugie. Trzeba mieć oczy dookoła głowy.
– Myślisz, że mogą być niebezpieczni?
– Po pierwsze możemy się z nimi zderzyć, po drugie nasz jacht może im się wydać użyteczny do tego co robią. Świećmy na nich latarką, żeby wiedzieli że jesteśmy czujni. W ostateczności w bakiście są maczety, ale pewnie i tak mają coś lepszego.
Za chwilę oświetlił nas płynący szybko kuter hiszpańskiej straży przybrzeżnej. Dla jasności sytuacji zapaliłem dodatkowo wszystkie światła pokładowe. My nie mamy niczego do ukrycia.
Jeszcze dwie godziny trwała wokół nas ta zabawa w chowanego, w trakcie której straż przybrzeżna również wyłączała wszystkie światła, starając się przechytrzyć szmuglerów.                                                               obraz nr 2

O świcie dotarliśmy do Gibraltaru. Wybrałem nową marinę po hiszpańskiej stronie, bo według locji była najtańsza.
– Poproszę dokumenty jachtu, paszporty i ubezpieczenie OC jachtu.
Przywitała mnie pani bosman.
– Paszporty i rejestracja proszę bardzo, ale OC nie mam i nie zamierzam mieć. Nie jest to przecież wymagane żadnymi przepisami unijnymi ani krajowymi. Do tej pory w całej Europie nikomu nie było ono potrzebne.
– W naszej marinie i większości portów na Morzu Śródziemnym żądamy od klientów ubezpieczenia. To na wypadek gdyby uszkodził Pan jakiś drogi jacht w marinie.
– Ale to jakiś absurd! Po pierwsze nie uszkadzam drogich jachtów bo potrafię sterować swoją tanią łodzią, a po drugie co marina ma do tego? Jeżeli będzie kolizja między jachtami, to marina nie jest tu stroną tylko ich właściciele.
– Przykro mi, ale takie mamy wewnętrzne wymagania. Jeżeli Pan tego nie akceptuje, to nie może Pan u nas cumować.
– Oczywiście, że nie akceptuję. W środku waszej ulotki jest reklama firmy ubezpieczeniowej. Nie będę się godził na taką zmowę. To zwykłe naciąganie. Dziękuję, poszukam innej mariny.
W brytyjskiej marinie nie było miejsc, ale udało nam się znaleźć jeszcze jeden, jak się okazało najtańszy porcik po hiszpańskiej stronie.
– Idę załatwić formalności. Mam nadzieję, że tu nie wymagają takich papierów.
– Może weź na wszelki wypadek jakieś dokumenty po polsku…
– Pewnie! Mam tego całą grubą teczkę. Niech sobie biorą co chcą. Ja nie znam hiszpańskiego, oni polskiego, jakoś się dogadamy!
Okazało się, że tutaj też ubezpieczenie było niezbędne. Chcieli ubezpieczenie, dostali ubezpieczenie. Ksero miało co robić i wszyscy byli zadowoleni.
obraz nr 3

Od jakiegoś czasu pralnie stały się moimi ulubionymi miejscami w marinach. Nie tylko dlatego, że wychodzę z nich z całym worem pachnących i świeżych ubrań i śpiworów, które od razu wprowadzają do jachtu trochę domowego klimatu, ale też dlatego, że pralnia zmusza do interakcji. Każdy kto tam przyjdzie, musi odczekać przynajmniej pół godziny, a jeżeli jest naprawdę dużym brudaskiem to znacznie więcej. Coś w tym czasie trzeba robić. Można czytać książkę, ale najlepiej zacząć rozmawiać. Z pralni zawsze wynosi się kilka ważnych żeglarskich wskazówek i porcję dobrego humoru. Tym razem było wyjątkowo ciekawie, bo spotkaliśmy troje młodych polskich autostopowiczów, mieszkających na brytyjskim jachcie za cztery piwa dziennie od osoby i portugalską żeglarkę, która kiedyś studiowała w Krakowie i jest przysięgłym tłumaczem z języka polskiego. Było wesoło, czas zleciał szybko, a od nowych znajomych dowiedzieliśmy się o sekretnym wejściu na Gibraltarską skałę, które omija wszystkie płatne bramki.
obraz nr 4

Już na schodach przywitały nas makaki. W zasadzie to my je przywitaliśmy, bo one mają najwyraźniej wszystko i wszystkich głęboko gdzieś. W swoim środowisku czują się panami sytuacji i potrafią całkowicie zablokować ścieżkę lub schody. Trzeba wtedy dosłownie przechodzić nad nimi. Ani myślą przestać się iskać i choćby podnieć wzrok na kilkukrotnie większego od siebie przechodnia.

Potem dotarliśmy do wykutych w skale tuneli, które brytyjscy obrońcy twierdzy fedrowali z przerwami przez około dwieście pięćdziesiąt lat od roku 1704, kiedy Gibraltar wpadł ostatecznie w ich ręce. Po II wojnie światowej doliczono się kilkudziesięciu kilometrów tuneli, z których tylko bardzo niewielka część dostępna jest dla turystów. Ze względu na swoje strategiczne położenie Gibraltar był zamieszkany od czasów przedhistorycznych i często przechodził z rąk do rąk. Historycy wyróżniają piętnaście wielkich oblężeń twierdzy.
obraz nr 5

obraz nr 6

Następnym celem było Maroko. Pierwotnie planowaliśmy zawinąć do Tangieru po atlantyckiej stronie, jeszcze przed Gibraltarem, ale mailowe rady kolegi Tadzia i informacje wykopane w żeglarskim internecie skutecznie zniechęciły nas do tego portu. Wybór padł na Marinę Smir na Morzu Śródziemnym, która uchodzi za najbezpieczniejsze i najbardziej przyjazne żeglarzom miejsce w tym kraju.
Odprawa paszportowa rzeczywiście poszła sprawniej, niż w niektórych krajach europejskich. Cena postoju też mieściła się w granicach przyzwoitości.
– Dzień dobry! Polska? Mam przyjaciela w Polsce, nazywa się Adam Kowalski, też tu przypływa. Pokażę wam, gdzie możecie wygodnie zacumować.
Natychmiast po odprawie przykleił się do nas szczerbaty Ahmed. Nie byłem nigdy w Maroko ale ten gość od razu wydał mi się nazbyt miły więc postanowiłem go ignorować.
Kiedy poprawiałem cumy przyczepił się do Mateusza.
– Słuchaj, ten gość mówi, że jest licencjonowanym przewodnikiem i że pokaże nam najtańsze taksówki, a za rozsądną opłatą oprowadzi po mieście. Twierdzi, że dzisiaj w mieście odbywa się ostatni targ w tym tygodniu bo potem są jakieś święta.
– No, zna Adama Kowalskiego z Polski, z Niemiec Petera Schmidta a ze Szwecji Olafa Erikssona. Nauczył się nazwisk z kilku krajów żeby łatwiej nawiązać rozmowę i stara się naciągnąć na kasę. Znajdziemy normalny autobus, pojedziemy do M’Diq i sami znajdziemy co chcemy.
Ahmed nie chciał się od nas odczepić aż do przystanku autobusowego. Ostatecznie dał za wygraną.
obraz nr 7

Całą noc męczyła nas marokańska dyskoteka. Mateusz i tak nie mógł spać więc poszedł zobaczyć jak bawią się miejscowi.
– Jaki bezsens! Muza gra głośniej niż na najgłośniejszych baletach na jakich byłem a tam praktycznie nikt się nie bawi, za to wszyscy łażą dookoła i piją herbatę albo jedzą pizzę. Jest już trzecia w nocy! Nie znudziło im się?
– Tutaj to i tak jest jakieś okno na świat, bo większość kobiet chodzi z odkrytą głową, ale w głębi lądu taka rozpusta byłaby nie do pomyślenia!
– Widać, że chcieliby być bardzo europejscy ale tak naprawdę nie wiedzą jak to ugryźć. No i pewnie miałoby to swoje konsekwencje.
obraz nr 8

Miasto jest w zasadzie jedną wielką aglomeracją, która ciągnie się wzdłuż kilkudziesięciu kilometrów wybrzeża Costa del Sol i płynnie przechodzi w Benalmadenę i Malagę. No oko żadnych granic nie widać. Paskudne bloki jak rak zeżarły plażę i jej okolice, tworząc jedną z największych w Europie maszynkę do mielenia turystów. Centrum Marbelli jest jednak dosyć przyjemne. Renesansowa starówka z rynkiem zacienionym drzewkami pomarańczowymi pozwala schować się przed upałem, a wspaniały park miejski obfituje w roślinność tropikalną, jakiej spodziewałbym się prędzej w sercu dżungli.
obraz nr 9

Z Marbelli udaliśmy się w stronę Malagi, gdzie niedługo Mateusz wsiądzie w samolot i odleci do Polski. Ja z kolei poczekam kilka dni na Tomka i Michała, z którymi pożeglujemy się w stronę Balearów. Spędzę więc w sumie około dwóch tygodni na Costa del Sol, które przewrotnie uważam, za najbrzydsze i najbardziej tandetne miejsce w naszej dotychczasowej trasie. Nie pozostaje mi zatem nic innego jak skoncentrować się na przygotowaniu zapasów żywności na kolejne miesiące i dopieszczeniu stanu technicznego jachtu.

.

.

Rejs „Sputnikiem dookoła Ziemi” wspierają: Sail Service, Crewsaver, Eljacht, Henri Lloyd, Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego, Lyofood, Jacht Klub Kamień Pomorski i Miesięcznik Żagle

Tekst: Mateusz Stodulski

Zdjęcia: Sputnik Team

Komentarze