Nowoczesność i technika

0
614
Wydźwięk tej korespondencji Mariusza Wiącka jest jednoznaczny – drzewiej na jachtach nie widno było osób przypadkowych. Byli tylko zapaleńcy, a zapaleńcy nie żałowali sił, bo … nie mieli pieniędzy.
Dlatego oddawali się rozkoszom burłaczenia. Stąd zależność matematyczna:
zapał x kasa = constans.
Im wiecej kasy tym mnie zapału. I stąd się właśnie bierze sukces luksusowych charterów.
Przyjrzyjcie się fotkom uważnie, może tatusia odnajdziecie ?
Nostalgia ?
Zyjcie wiecznie !
Don Jorge 
______________________
Technika, alternatory, silniki, dyskusje mądre aż strach. 
Zaczynałem jako „brat mniejszy” czyli szuwarowo bagiennie na Mazurach, które do dzisiaj bardzo lubię. 

obraz nr 1

 
Gdy zaczynałem silnik był luksusem. W Polsce były dostępne szerzej trzy modele Salut 2,5 konia jak był nowy, Wietierok i cud techniki Forelle 7.5. Gdy już był na jachcie to pracował obowiązkowo ze ściągniętą górną osłoną, zwaną „kapylindrem”.

obraz nr 2

Na kanałach powszechne były widoki jachty powiązane linami, bo na jednym był silnik, który odpalało się sznurkiem  nawijanym na koło zamachowe bo mechanizm „szarpaczki” parę sezonów wcześniej szlag trafił, a sprężyny do tego urządzenia nie można było dostać za żadne skarby świata.  Proces odpalania takiego silnika na kanałach to 15-20 minut. 
Przeglądając  z okazji zbliżającej się 40 rocznicy powstania klubu „Orkan” znalazłem stare zdjęcia jak sobie żeglarz radził w tych warunkach, albo na burłaka, albo robiąc długi tramwaj, podpinając się do „wozu motorowego” 
 

obraz nr 3

Jak już nie było możliwości to wchodziło się  na pagajach do Mikołajek. Zaś za napęd pagajów służyły nastoletnie dzieci. A jak po takiej akcji jadły kolację i spały.
A czy ktoś pamięta jeszcze burłaczenie, na kanałach? 
 
Mariusz Mielec
—————————————–
Fotografie „Swantewita” do komentarza Izydora
obraz nr 4

 
 
Pozwalamy sobie na zamieszczenie jednego z komentarzy Pana Tadeusz Lisa.
 
wzruszyło mnie wspomnienie o burłaczeniu Tadeusz Lis 

1984 rok. Koledzy z jednego z akademickich klubów za moimi plecami szepczą z mieszaniną zazdrości (dużej) i podziwu (niewielkiego) – jemu nawet „Salut” nie odmawia…

Tylko komandor klubu jest sceptyczny – taki się jeszcze nie urodził, żeby na Mazury nie burłaczył. Mam zaholować 4 Omegi wypełnione po brzegi sprzętem i żywnością. Dostałem do dyspozycji dwa klubowe „Wieteroki” – żaden niepalny. Mam swojego „Saluta” i pożyczonego „Tümlera” z uszkodzoną pompą wodną i zaadaptowanego z roweru MAW’a. Udaje mi się wskrzesić jednego z „Wietieroków” (ale nie ma wolnych obrotów i wypadają zapłony), „Salut” działa perfekcyjnie (!).

O świcie ruszamy czterema Omegami spiętym w jednej linii z przystani na Wiśle, na początku potężny „Wietierok” 5KM  (uruchamia go Stefan-rugbysta). Ćwiczenia poszły na początku kiepsko. Przy pierwszym podejściu urwał linkę rozruchową, przy drugim podejściu zerwał linkę dwa razy grubszą, przy trzecim ściął klin, przy czwartym opanował technikę – koło zamachowe rozkręcane stalówką ze starego Cadeta wirowało jak fryga. W środku dumnie pyrka MAW. Na końcu mój „Salut” sterujący ogonem holu.

Wiem, że MAW się zgrzeje na Narwi. Siedzę na podłodze i nożyczkami wycinam z okładki zeszytu zaworki do pompy wodnej Zemsty Honekera. Mam na naprawę kilka godzin Kanału Żerańskiego. Naprawa poszła szybko. Już za śluzą do gry włącza się „Tümler”. Wszystko idzie gładko. Dziewczyny patrzą z zachwytem. Styropian pod burtami Omeg staje się zbędny – wielkość mojego ego gwarantuje 100% pływalności. Tylko komandor mruczy: jeszcze się taki nie urodził, żeby na Mazury nie burłaczył…

Pułtusk. Zabieramy ochotniczkę, która zapragnęła żeglarskiej przygody. Jest już na nabrzeżu. Tapirowane włosy, świetny makijaż, koturny i bananowa spódnica. Koledzy dżentelmeni rzucają się, aby pomóc wejść bóstwu na pokład – ja mam ręce uświnione sadzą – padła świeca. Ale bóstwo jest samodzielne i z gracją skacze z nabrzeża wprost na długi wał „Tümlera”. Po południu na wyżebranej tokarce próbuje go prostować przez przeginanie. O 22 jest jasne: „Tümler” kaputt!  Do Ostrołęki dopływamy na oparach paliwa w baku „Wietieroka”. Przy kompresji 6,5  pali jak smok. Ale jest, jest zbawienie! Na nabrzeżu na wózku pożyczonym od mleczarza 3 kanistry wachy!

84 rok – trzy kanistry!  Logistycy wyglądający na mocno steranych milczą na temat źródła – ale jakie to ma znaczenie! Nawet komandor mruczy o burłaczeniu – ale w drodze powrotnej. Przepływamy około kilometra. Z pierwszej łódki słyszę głos Stefana – parówka, parówka! Mieliśmy parówki ze zrzutów w puszkach od księdza Rysia z kościoła na Łazienkowskiej. Drę się, że obiad za 3 godziny. Ale Stefan upiera się przy parówkach. Teraz niestety słyszę go wyraźnie w ciszy silnika – chciał się spytać, czy ta para co leci z „Wieteroka” zamiast wody to tak ma być…

Zatarta Zemsta Breżniewa nie wytrzymała. Po rozebraniu okazało się, że sadzy nad tłokiem jest na pół palca – po nocnej pijatyce z pompiarzem chłopcy przywieźli paliwo chrzczone zużytym olejem silnikowym. Podobno silniki Poloneza i Fiata tolerowały do 150 kg oleju na tonę benzyny. Podobno.

Został Salut. Na cztery wyładowane Omegi. Co 2 godziny czyszczę świece, co 6 gaźnik. Tempo: 2 na godzinę. A przed nami Pisa…Dość niska o tej porze roku. Jestem już bardzo zmęczony jazgotem „Saluta” przy którym siedzę od Warszawy. Zmienię cię –  mówi bohatersko bóstwo. Już jej wybaczyłem ten zgięty wał – przez całą drogę czytała w moich myślach karmiąc mnie dżemem z pomarańczy i mlekiem. Masz – tylko nic nie zmieniaj. Z ulgą oddaje jej na chwilę rumpel. I natychmiast zasypiam na podłodze. Budzi mnie uderzenie głową o wręgę i wściekły ryk „Saluta”. Skaczę do silnika – za późno, śruba z obłamaną łopatką obraca się luźno na lekko skrzywionym wale. Ojejku – mówi bóstwo z czarującym uśmiechem – jak on śmiesznie skręca…

Finał: nie zostałem skazany za morderstwo. Ale uznałem nieodwracalnie, że w tym rejsie Jonasz musiał być rodzaju żeńskiego. Komandor rozpromieniony. Załoga do lin! Jeszcze się taki nie urodził, żeby na Mazury nie burłaczyl…

Epilog. Noc spędzona na ręcznym rozpiłowywaniu otworu od śruby nieczynnego „Tümlera”. I wyskubywaniu ściętego kołka. I prostowaniu wału na kamieniu. I wyważaniu śruby na strunach od gitary. Przez następne  15 lat prowizoryczna śruba działała nienagannie. Aż mi „Saluta” ukradli w Popowie ze strzeżonego boksu. Może jeszcze gdzieś żyje w dorzeczu Bugu i Narwi…

T.

Komentarze