ZIMOWĄ PORĄ (18)

0
236

Za zgodą Jerzego Kulińskiego

Czasy się zmieniły – wygląda na to, że więcej jest teraz piszących niż czytających książki. Tak twierdzą liczni. Nie biorę tego do siebie, bo nawet w szczycie formy pisałem jedną książkę rocznie, podczas gdy jednak czytałem ich kilka. Pilnuje tego Marys Lenz – nie tylko podrzucając mi lektury, ale i z których następnie jestem przepytywany. Prawdę mówiąc marynistyka mnie jakoś nie pasjonuje – wolę literaturę faktu z zakresu historii i polityki XX wieku. Ale gusta są różne – oferta ogromna, wystarczy zajrzeć do Empiku. Empik sobie ostatnio odpuściłem z powodu objęcia go patronatem przez dwie postacie co najmniej negatywnie postrzegane. Proszę to przyjąc jako eufemizm.

Andrzej Colonel Remiszewski gustuje w marynistyce i to upodobanie doskonale się „komponuje” z linią programową SSI. 
Dziękuję !
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
——————————–
Dziś będę troszkę przewrotny. Na przekór statystykom mówiącym o upadku czytelnictwa w Polsce, zaproponuję wszystkim lekturę aż dwunastu książeczek. 
Dużo? 
Tylko pozornie. 
Nie są one zbyt grube, za to napisane tak, że czyta się je jednym tchem. Z czytaniem na jachcie bywa różnie. Właściwie żeglowanie zawsze ograniczało w poważnym stopniu moje czytelnictwo. W domu pochłaniałem słowo drukowane w każdej ilości i nieustannie, nie tylko książki ale i wszelkiego rodzaju prasę – nie było Internetu, a telewizja miała tylko jeden, a potem dwa programy. Podczas rejsów natomiast ograniczałem się do czytania locji i zapisów poczynionych w dzienniku przez poprzednie wachty.
Tak to było:
Wiatr pochylił wesoło żagli biel,
Burta srebrne grzebienie fali tnie.
Zniknął w dali szary ląd,
Ziemskie troski poszły w kąt.
Z chwilą oddania cum przestawało interesować człowieka co w polityce, a co w sporcie, nie mówiąc już o przysłowiowych kłopotach ze sznurkiem do snopowiązałek i rzuceniu na rynek flanelowych koszul. Powiedziałby ktoś: był czas na literaturę piękną. Tu zaskoczenie, sam się przez lata dziwiłem. Okazywało się, że na morzu traciłem zainteresowanie książką. Można się doszukiwać dwojakich tego przyczyn. Z pewnością rytm wacht, nieustanny deficyt snu, ilość zajęć, w dużym stopniu wykluczały zajmowanie się czymś jeszcze. Do tego dochodziło zaangażowanie emocjonalne: pobyt na morzu tyle tych pozytywnych emocji wytwarzał, że przestawało ich wystarczać na przeżywanie lektury.
Trochę się to zmieniło, gdy zacząłem pływać już jako kapitan. Wolałem wtedy sypiać w dzień (zawsze taki tryb życia preferowałem), większość nocy spędzałem więc z książką przy świeczce lub małej lampce. Długie pobyty w morzu znakomicie to ułatwiały.
Był taki rejs, kiedy odkryłem Edwarda Stachurę. Przez dwa tygodnie zdążyłem przeczytać większość jego prozy (poezji nie czytuję): „Cała jaskrawość”, „Siekierezada”, „Fabula rasa”, „Jeden dzień”, „Falując na wietrze”, „Się”… „mówiłem potem Stachurą” przez kilka kolejnych dni.
Od kiedy, korzystając z przywileju bycia armatorem, uprawiam żeglarstwo sportowe – „s portu do portu”, czasu na czytanie zrobiło się znów mniej. Na początku sezonu na jachcie ląduje jakieś kilkusetstronowe tomisko (ostatnio „Samobójstwo Europy – Wielka Wojna 1914-1918”), lecz czas na czytanie znajduję tylko przy samotnym pływaniu porannej kawie albo tuż przed snem.
Tak to żeglowanie, życie na jachcie, nie sprzyja mojemu czytelnictwu. Zupełnie inaczej jest zimową porą. Żeglować możemy, jak w znanych piosenkach, tawerną, możemy planując lub wspominając, prowadząc internetowe dyskusje. Możemy też marząc, a temu znakomicie sprzyja dobrze dobrana lektura. Marynistyki w Polsce nie wydaje się zbyt wiele. W jej wyszukiwaniu życie komplikuje nam sukces wolnego rynku. Kiedyś w zasadzie monopolistą były dwa wydawnictwa: Morskie oraz Iskry. Dziś tematyką morską zajmuje się każdy, czyli „trochę nikt”, co wzbogaca ofertę ale utrudnia zdobycie informacji o dostępności i JAKOŚCI nowych pozycji.
Aby nie poruszać się po śliskim gruncie nowości, zarekomenduję rzecz dawną, dla niektórych (modne słowo) „kultową”. To Cecila Scotta Forestera cykl powieści o Horatio Hornblowerze.
Hornblower, wyśmienity żeglarz, całe życie cierpiący na chorobę morską. Znakomity nawigator oraz matematyk i gracz w wista, co pozwala mu przeżyć w okresie bezrobocia. Całkowicie pozbawiony słuchu muzycznego, jednak z wybitną zdolnością do języków obcych – znał francuski i hiszpański, co owocowało różnymi sukcesami bojowymi i… prywatnymi. Znakomity dowódca: rzutki, odważny, pełen inicjatywy, bezinteresowny, umiejący się zatroszczyć o swych podwładnych, a jednocześnie zmusić ich do maksymalnego wysiłku.. Jednocześnie pełen wątpliwości i kompleksów, nieśmiały, często kwestionujący we własną odwagę i umiejętności.
W jego rodzinie nie było tradycji służby w marynarce wojennej. Ze względu na pochodzenie i brak powiązań rodzinnych (jego ojciec był wiejskim lekarzem) musiał sobie długo radzić samodzielnie, bez wykorzystywanej powszechnie przez innych kandydatów na oficerów protekcji. Mimo wszystko dochodzi do stopnia admiralskiego, tytułu lorda i wchodzi w rodzinę słynnego zwycięzcy spod Waterloo, księcia Wellingtona.
Wszystko na tle wojny światowej toczonej przez Wielką Brytanię z „tyranem z Korsyki”, czyli Napoleonem – jakże inna wizja tamtych czasów, niż ta, do której jesteśmy w Polsce przyzwyczajeni. I od Kanału Angielskiego, po Bałtyk (także Zatokę Gdańską), po Dardanele i po Indie Zachodnie, Przylądek Horn i Nikaraguę.
Jest tam wszystko: walka flot i pojedynczych okrętów, starcia lądowe, szpiegowskie rozgrywki, polityka, miłość, psychologia, sztormy i cisze, manewrowanie zwinnymi szkunerami i wielkimi pełnorejowcami…
A na koniec pojawia się biografia Hornblowera napisana zupełnie przez innego autora. C. N. Parkinson, profesor ekonomii znany przede wszystkim z satyry na biurokrację („Prawo Parkinsona”) był także pisarzem marynistą. I napisał opowieść „Horatio Hornblower, jego życie i czasy”. Zrobił to tak dobrze, że pewien bardzo znany recenzent literatury morskiej napisał w „Żaglach” w 1979: „A myślałem, że Hornblower to postać fikcyjna”… jakieś dwa numery potem przepraszał.
Namawiam na spędzenie zimy z Hornblowerem. Polskie wydania z lat 70 i 80 są dostępne w bibliotekach, antykwariatach i na portalach aukcyjnych, angielskie (czyta się łatwo) także w anglojęzycznych księgarniach internetowych. Poniżej komplet tytułów w kolejności chronologicznej, mimo, iż pierwsza powstała trylogia „Szczęśliwy powrót”, „Okręt liniowy” i „Z podniesiona banderą”. Tom „Vademecum” zawiera wypełnienie kilku luk w historii. A na koniec powiem, że jest jeszcze jedna luka, i to mogąca nas wyjątkowo zainteresować, dotycząca pobytu Hornblowera na Bałtyku w 1812 roku. To jednak zupełnie odrębna historia.
Cykl powieści hornblowerowskich:
Autor C. S. Forester:
Mr Midshipman Hornblower (Pan midszypmen Hornblower)
Lieutenant Hornblower (Porucznik Hornblower)
Hornblower and the „Hotspur” (Hornblower i jego okręt „Hotspur”)
Hornblower and the „Atropos” (Hornblower i jego okręt „Atropos)
The Happy Return (Szczęśliwy powrót)
A Ship of the Line (Okręt liniowy)
Flying Colours (Z podniesioną banderą)
The Commodore (Komodor)
Lord Hornblower (Lord Hornblower)
Hornblower in the West Indies (Hornblower w Indiach Zachodnich)
The Hornblower Companion (Vademecum Hornblowerowskie), zawiera też:
Hornblower and the Crisis (Hornblower i kryzys)
Tłumaczką całej serii wydanej w latach 70 i 80 przez Wydawnictwo Morskie jest Henryka Stępień Późniejsze i wcześniejsze tłumaczenia niektórych z nich uważam za dużo gorsze.
Autor C. N. Parkinson:
The Life and Times of Horatio Hornblower (Horatio Hornblower, jego życie i czasy tłum. Juliusz Kydryński

28 listopada 2014
Colonel

—————————————-
Tekst zawiera osobiste, prywatne i subiektywne obserwacje autora.

Komentarze