Trochę o szajbie… czyli 505 dla strachliwych :)

0
601

Właściwie mogę nazwać się początkującym załogantem, choć niekoniecznie czuję w trzewiach skąd wieje wiatr 🙂 Może ta umiejętność przychodzi z czasem? Moje pierwsze widzenie z 505-tką nie było, jakby to powiedzieć „gromem z jasnego nieba”. Nie poczułam też nieodpartej chęci wypróbowania jej zwrotnej natury na połyskującym za drzewami akwenie Ślesińsko-Mikorzyńskim. Opanowało mnie czterokończynowe porażenie i pewność, że moja noga nie postanie na pokładzie tego wehikułu…nigdy, przenigdy!!! Mąż mój nie krył entuzjazmu, wręcz chorobliwego rzekłabym. Cały w pąsach obiegał łódkę dookoła i zachwycał się każdym drobiazgiem. Dla mnie 505-tka zarówno od dziobu jak i od rufy strony stanowiła jawne zagrożenie zdrowia i życia.

Kiedy pogodziłam się już z losem posiadania „rodzinnej łódki”, która wchodzi znienacka w ślizgi ustanowiłam reguły gry i kolejne etapy „szkolenia”. Przede wszystkim minimalany wiatr, słoneczna pogoda i żadnych szaleństw. Przez jakiś czas ekscytowałam się wychylaniem za burtę i moczeniem włosów w wodzie, w bezwietrzne dni ćwiczyłam zwroty i fachowe nazewnictwo, operowałam szotami foka i udawałam przed mężem, że frajda nieziemska 🙂 Z czasem zaczęliśmy pływać na silniejszych wiatrach, darłam się w niebogłosy i oczekiwałam natychmiastowego powrotu do pomostu. Sezon szybko sie skończył a Ja dalej hodowałam swój strach przed żywiołami, z którymi nigdy nie sympatyzowałam: wodą i wiatrem.

Drugi z kolei sezon naszej łajby-szajby obfitował w niepojęte dla mnie ekstremy i zwroty akcji. Jezioro Ślesińsko-Mikorzyńskie nie jest łatwym akwenem. Jest wąskie a wiatr zawija zaciekle, do tego masa motorówek i dzikich pasjonatów skuterów. W nowym sezonie trudniej było okiełznać aspiracje męża, im siliejszy wiatr tym trudniej mu było usiedzieć na piachu. Pływaliśmy więc przy różnych warunkach pogodowych, im bardziej wialo tym bardziej sternik się cieszył, a ja tym głośniej krzyczałam : „Hamuj!!!”. Strach towarzyszył mi właściwie przez cały czas, gdy kładliśmy żagle to jakby kamień z serca.

Sytuacja emocjonalna zmieniła się znacząco po pierwszej glebie. Wyobrażenia na jej temat odzwierciedlało się w nocnych koszmarach i bladości z jaką wdziewałam kamizelkę przed każdym wypłynięciem. Ta pierwsza wywrotka była nieziemska. Stanowiła apogeum strachu i radości po bezpiecznym wylądowaniu w wodzie. Kiedy okazało się , że jest to zjawisko do przeżycia, nabrałam odwagi. Rozentuzjazmowany mąż coraz częściej wizualizował sobie mnie na trapezie i ostatecznie postawił na swoim. Wdziałam gacie!!!

Najpierw „na sucho”, na trawie, z obstawą i przed okiem obiektywu…udało się 🙂 Kiedy wypłynęliśmy opuściły mnie siły i nadzieja, Ze zgrozą wypatrywałam szkwałów i jak w malignie wskakiwałm na burtę, posłuszna komendom. To co wówczas przeżywałam, trudno nazwać radością…nasz rodzimy akwen hartował mnie kilkusekundowymi traumami nad wodą. Wisiałam i wskakiwałm, wisiałam i znów wskakiwałam – istny cyrk! Podobno byłam zwinna i szybka…hmn, strach potrafi jednak zmobilizować człowieka.

Regaty o Puchar Starosty Poznańskiego – nieoczekiwany przełom 🙂

Te dwa dni zapisały się w mojej pamięci nieodwracalnie. Emocje towarzyszące mi od samego początku trudne są do opisania: ból głowy, mdłości, ściśnięty żołądek i mroczki przed oczami…Uratowało mnie jedno – ludzie 🙂 Pasjonaci 505-tek zebrali sie tłumnie i dumnie 🙂 Wszyscy wyglądali na totalnie zafiksowanych, podekscytowanych, szczęśliwych i co najbardziej mnie zdumiewało, w żadnym razie nie przestraszonych. Poznaliśmy załogi z Warszawy, Zbąszynia, Gdyni, Poznania i wiele innych. Wszyscy przyjęli nas z otwartymi ramionami. Podejrzewam, iż fakt, że nie zagrażaliśmy im w najmniejszym stopniu, nie miał tu nic do rzeczy. Tacy to po prostu ludzie – załoga pierwsza klasa 🙂

Po raz pierwszy doświadczyłam pozytywnej adrenaliny. Na wodzie było tłoczno, nikt się nie utopił, nikomu nie urwało kończyny, wszyscy byli pozytywnie pobudzeni i nastawieni na sukces. Osobiście uważam, że największy sukces osiągnęłam ja sama 🙂 Bez względu na wynik ( honorowe ostatnie miejsce) i całą masę niedociągnięć ( nogi za szeroko, tyłek za wysoko…czy jakoś tam) czułam sie jak zawodowiec. Wisiałam sobie na trapezie i prułam przez fale…klasa!!!

Nie wiem co przyniesie nadchodzący sezon…myślę, że konieczny będzie czas na ponowne oswojenie z szajbą. Życzę sobie w takim razie odwagi i pasji…

P.S. Głębokie jak Bajkał ukłony w stronę sternika…dzięki Grzybek 🙂

by Anna Grzybowska

Szczękościsk utrzymany…

Początki

Przyczajona

Odwaga to moje drugie imię 😉

obraz nr 5

Początki trapezowania 

obraz nr 6

Kiedy zaczynało wychodzić, strach stawał się mniejszy

obraz nr 7

Jak dla mnie, laika, szaleństwo! 🙂

obraz nr 8

Serce rośnie

obraz nr 9

obraz nr 10

 Za zgodą: http://www.int505.pl 

Komentarze