SWOBODNA ŻEGLUGA MORSKA TO JEST TO !

0
669

Za zgodą Jerzego Kulińskiego

Trzech Panów (bez psa) w małej łódce na Bałtyku. Marcin Jackowski, autor korespondencji sam podsumowuje – TO JEST TO(Agnieszka Ociecka – pierwsza polska reklama Coca Coli). Opisy takich rejsów sprawiają mi podwójna przyjemność – że coraz liczniejsza staje się grupa praktykująca samodzielną żeglugę morską oraz że pojawiają się w mojej łepetynie wspomnienia bałtyckich perygrynacji.
Gratuluję nie bez zazdrości.
Czekam z Czytelnikami SSI na kolejne relacje.
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
—————————————
Witaj Jerzy,
We wstępie do zeszłorocznej relacji z rejsu ( http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=2326&page=0 )napisałeś „Nie mam wątpliwości – w przyszłym roku będziecie czytali o ich rejsie do Sundu lub portów południowej Szwecji”.
Czyżby Gospodarz naszego okienka był prorokiem, a może wie jak stopniować trudności. W tym roku popłynęliśmy na wody, zatoki, do portów i porcików południowej Szwecji.
Przygotowania do rejsu:
Końcem grudnia spotkanie załogi. Długa dyskusja: a gdzie by tu tym razem popłynąć? Rozważanie wielu opcji. W ramach stopniowania trudności wybieramy kierunek południowa Szwecja. 
W ruch poszły Locje Jerzego: „Południowa Szwecja”, „Bornholm i Christianso” oraz „Porty wschodnich Niemiec” – tak na wszelki wypadek. Z właścicielem jachtu (tak jak w ubiegłym roku jacht był z czarteru – mały, ale dzielny Albinek) uzgodniliśmy kwestie aktualnych map i dodatkowego wyposażenia jachtu.
Bartek przeszedł kurs SRC mieliśmy już 2 radiooperatorów w załodze.
Odświeżyliśmy adresy www stron z dobrą prognozą dla żeglarzy, z ostrzeżeniami nawigacyjnymi w rejonie żeglugi. „Praktyka bałtycka”, locje, światełka, sieci po raz kolejny poszły w ruch, bo wiedzy nigdy za dużo. 
Plan:
Zaczynamy w Szczecinie Dąbiu w HOM-ie i tam kończymy rejs po 14 dniach. Nie próbowaliśmy nawet tworzyć szczegółowego planu w stylu: gdzie i kiedy mamy być. Oczywiście każdy z nas miał jakieś oczekiwania i chciał coś konkretnego zobaczyć. Ale takie szczegółowe planowanie jest pozbawione sensu, bo na morzu o rozwoju wydarzeń decyduje pogoda. 
W czasie rejsu ma być miło i bezpiecznie, czytaj bez brawury i w kamizelkach. Przekonywanie się do kamizelek mamy już za sobą w zeszłym sezonie, w tym roku to było naturalne zjawisko. 
Żegluga = w kamizelce. 
Cel rejsu, jak się uda, odwiedzić Karlskronę i szkiery w jej okolicy, a reszta planu powstała dynamicznie np. oglądanie w pubie meczy finału MŚ w piłkę kopaną. 
Załoga: 
Płyniemy we trzech: kompan z poprzedniego rejsu Bartosz Mitka, debiutant i to od razu na morzu Sławomir Kawalec i autor relacji Marcin Jackowski.
obraz nr 1

Załoga
.
Rejs:
Sobota 5 lipca. Zjawiamy się raniutko w szczecińskim HOM-ie o 0800 przejmujemy jacht, gorączka sztauowania potrwa jeszcze kilka następnych godzin, ale już o 1000 oddajemy cumy i zaczyna się WIELKA PRZYGODA!
Przez Jezioro Dąbie, Odrą, Roztoką Odrzańską, na Zalew Szczeciński fajnie wiało do 2 bramy torowej, aż zgasło. Po dwóch godzinach stania w miejscu i przepłynięciu jednego kabla do Świnoujścia płyniemy na silniku. 2130 stajemy w marinie.
Niedziela 6 lipca. O 0800 wychodzimy z zaspanego portu, pamiątkowa fotka stawy młyny i pełni optymizmu (wiatr 2S) płyniemy w kierunku Nexo. Niestety bryza nie trwa wiecznie i po 1100 mamy słaby wiatr E, przechodząc przez NE, by ustalić się na wieczór 4E. 2000 jesteśmy na półmetku w drodze do Nexo (Fot. Młyny).
obraz nr 2

Nasz jachcik
.
Poniedziałek 7 lipca. Nocą wiało fajnie, o 0400 przycichło na 0500 stajemy w Nexo. Cisza spokój wszyscy śpią, na ulicy żywej duszy. Jemy śniadanie i dosypiamy do 0900. Idziemy zapłacić za postój do pobliskiego sklepu wędkarsko-żeglarskiego za postój (informacja w kilku językach w tym i po polsku widoczna w kilku miejscach mariny). Pani zza lady przyjmując dane jachtu, zapytała o narodowość załogi i jak dowiedziała się, że jesteśmy z Polski zaczęła do nas mówić płynnie po polsku. Okazało się, że jest Polką i mieszka na Bornholmie. Reszta dnia upłynęła na wycieczce rowerowej w głąb wyspy. Lasy, pola, Aakirkeby, plaża w Dueodde, fajne sielskie klimaty, oazy ciszy i spokoju. Po kolacji sprawdzamy prognozy pogody i własnym oczom nie wierzymy: wieczorem ma być jeszcze spokojnie, w ciągu dnia z NE ma nadejść sztorm 6-7E. Szybka decyzja zostać, przeczekać, dać się zamurować w Nexo na 3 dni czy uciec na N do Karlskrony i tam przeczekać sztorm. Po długiej dyskusji i rozważeniu różnych scenariusz decydujemy się uciekać przed sztormem do Szwecji. O 2200 zostawiamy za rufą główki portu Nexo. Wieje słabo 1 ze zmiennych kierunków, jest parno, duszno i mgliście. W oddali na S horyzoncie słychać i widać burzę. 
Wtorek 8 lipca. W nocy mijamy lewą burtą latarnie na Christianso, lecz z powodu ogólnej parności i mglistości nie widzimy jej świateł. Tej nocy wachty staramy się tak organizować, by siedzieć i obserwować te mglistości we dwóch. Wieje słabo 1E, o 0500 2E, ze wschodem słońca widoczność wraca do normy, o 0700 wieje już 3E, o 0800 jest nawet 4E i się refujemy. O 0900 dopada nas taka burza i ulewa, że znowu słabo widać (szacuję max. 100m). W ścianie deszczu znika kontenerowiec 5-6 kabli przed nami, potem my znikamy. Przechodzi, zaświeciło słonko, zrobiło się ciepło i pogodnie. Nawet rozrefowaliśmy foka, ale o 1000 powtórka, ulewa, porywisty wiatr i widoczność 100m. Wiemy, że gdzieś zbliżamy się do ruty na N od Bornholmu, nic nie widzimy, słuchamy UKF-ki, czy nas ktoś nie wywołuje. W radio cisza, w deszczu nic nie widać. Łapię się na tym, że z Bartkiem od czasu do czasu zerkamy na reflektor radarowy, tak by sprawdzić czy jeszcze z nami płynie J. Burza mija, po chwilowym osłabnięciu wiatr wraca do 5E. Pogoda robi się wprost wymarzona: słonce, chmurki i wiatr. Fok ciasno zarefowany na rolerze, grot niesie tradycyjny ref. Dzień mija nam na fantastycznym żeglowaniu. O 1600 wiatr wzrasta do 5-6, czyżby nas miał dogonić sztorm? Szwecja coraz bliżej, jej upragnione brzegi dają nam osłonę około 2100. Ze zmierzchem wpływamy do Karlskrony. Pływamy po porcie szukamy miejsca (same czerwone tabliczki) i co chwilę słyszymy wprost dzikie wybuch radości, wiwaty i okrzyki. Hałasy jak w Sztynorcie, jaki pamiętam z przed 20 lat. Kolega pyta, czy to może na naszą część te okrzyki. Niestety powód był bardziej prozaiczny Niemcy ograli 7 do 1 biednych Brazylijczyków. 2230 cumy obłożone, klar na portowo i zaczyna się wielkie gotowanie – w końcu zjemy coś ciepłego [na 7 metrowym jachcie w takich warunkach jak dziś na morzu, musieliśmy zadowolić się suchym prowiantem i kawą z termosu].
obraz nr 3

Mnóstwo takich po drodze.
.
Środa 9 lipca. Pod tą datą znajdziemy wpis w dzienniku „Odpoczynek, wakacje, zwiedzanie Muzeum Morskiego (POLECAMY!!!!). Wieczorem półfinał Argentyna – Holandia (0:0) w karnych 4:2. Obiecany sztorm dotarł, od załóg wpływających do portu dowiadujemy się 6-7, czasem 7. Sama Karlskrona, jak i pozostałe porty Szwecji są niewiarygodnie czyste, sortowanie śmieci do 6 różnych koszy. W marinie miejskiej idziemy zapłacić za postój, obsługuje nas młody barista. Tak, Biuro Opłat Portowych mieś się w pobliskiej restauracji/kawiarni. Pytam się go gdzie mam się zgłosić z listą załogi, zgłoszenie w porcie wejścia. Po minie człowieka widzimy, że on totalnie nie wie o czym do niego mówimy. Tłumaczymy jeszcze raz od początku, powoli i nic. Barman konsultuje się z kolegami i cała załoga baru przekonuje nas, że jest OK. Dodają, że Coast Guard zagląda tu rzadko i zwykle nic nie chce od żeglarzy. Gdy za jakiś czas będziemy opuszczać gościnne wody Szwecji, nie będzie nawet człowieka na dyżurze, by z nim porozmawiać o zgłoszeniu wyjścia z ich terytorium. W porcie jachtowym Bartek wynajduje jachcik typu Nesz. Na takich jachtach minął nam nie jeden rejs na mazurach, to były czasy i jachty J (Fot. Nesz).
Czwartek 10 lipca. Dalej wieje, prognozy niezmienne. Wycieczka promem na wyspę Aspö. Zwiedzanie wyspy na rowerach – piękna architektura obronna. Twierdza przywodząca na myśl Wisłoujście ale zadbane, żyjące, otwarte do zwiedzania, czekające na gości ze swą restauracją. Po objedzie o 1400 częściowo na silniki, częściowo na żaglach płyniemy pomiędzy szkierami w kierunku portu Torhamn.
Szwedzi, albo ich służby hydro podchodzą bardzo poważnie do zgodności mapy z terenem i oznakowaniem. Szwedzki atlas map jak informował o pławie, stawie czy kamieniu to tak było. Jak na mapie nie było kamieni, to w terenie też nie. Ale i tak jeden na oku sprawdzał, czy aby się jakieś głazy nie zawieruszyły pomiędzy kartami atlasu map. Cały czas czysto. Imponująca zgodność. Czas na ryby, o 1700 stajemy w spokojnej, osłoniętej od wiatru zatoczce (poza zatoczkami cały czas wieje tęgie 5) nieopodal wyspy Järkö. Ryby się na nas obraziły, cóż na kolację był gulasz z puszki i czerwone domowe wino „château de Sławek”. Zostajemy na noc na kotwicy i długiej cumie do pobliskiego brzegu. Nocleg jak na mazurach, na dzika w pięknych okolicznościach przyrody (Fot. Zachód słońca).
obraz nr 4

Las.
.
Piątek 11 lipca. Rano na silniku przy wietrze 5-6 przechodzimy do pobliskiego porciku Torhamn. O 0900 w porcie tłok, jachty w tratwach po 4-5. To miał być szybki wypad do pobliskiego spożywczaka po chleb, masło i świeże rośliny. Niestety po godzinie jesteśmy tak zastawieni, że o wyjściu możemy zapomnieć. Specjalnie nie pomstujemy, prognozy na morzu 6-7E. Reszta dnia mija na nic nie robieniu oraz drobnych pracach bosmańskich. Dzień jak u Kubusia Puchatka, jemy małe conieco i dokładnie nie dzieje się nic. Nawet na wieczór nie sprawdzamy pogody, z tak zatkanego portu (tratwy po 5-6 jachtów) to i huragan by nas nie wywiał. Na noc w porcie jest więcej niż 25 jachtów. (Fot. Torhanm).
Sobota 12 lipca – pogoda daje nam fory. Przycicha o 3 NE. Port rozładowuje się w czasie zaledwie godziny. Gdyby załogi ćwiczyła ten manewr od wczesnej wiosny to i tak by im nie wyszedł sprawniej. Uderzający jest spokój i wysoki poziom umiejętności manewrowych Szwedów i Duńczyków. Kierunek Utklippan, najpierw pod osłoną lądu i wysp, aż wreszcie wypływamy na przestwór naszego Morza. Im bardzie wychodzimy w morze tym wieje mocniej najpierw 3, 4, 4-5, 5 a przy samym Utklippan 5-6 NE. Podejście od zawietrznej strony i o 1130 jesteśmy w porcie. A tak swoją droga takie pory to zawsze są fajne bo mają wejście zwykle od zawietrznej i nawietrznej. Na wyspie spędzamy pół godziny intensywnie zwiedzając jej część N, na S przyjdzie czas w kolejnych latach. Pogoda nie dawała nam spokoju, a obawialiśmy się, że wiatr cały czas tężeje.
obraz nr 5

Sami oceńcie jakie to maleństwo
.
Kierunek na Karlshanm, przy tym wietrze oznacza pełny baksztag i jazdę na ogromnych falach. I nasz mały „wróbelek” ustanowił swój rekord prędkości chwilowej 9,9 kn! Być może obliczenia i nauka stanowią inaczej, ale nasz dzielny „Passer” z fali jechał jak na nartach. Dla porównania średnia dla całego rejsy wyniosłą 3,4 kn. Wiatr trochę traci na sile i przy stałym 4 NE mkniemy w nieznane. O 1800 zaczyna padać najpierw drobny, potem gruby, wreszcie ulewny deszcz. Im bardziej pada tym słabiej wieje, 3, 2, 1 przeważnie z NE. W marinie miejskiej w Karlshamn jesteśmy jedynym jachtem. Po przybyciu i zapłaceniu za postój, dla odmiany w pobliskim hotelu, o 2000 w pełnym świetle dnia (deszczowego, ale zawsze dnia) rozpinamy tent nad kokpitem. Zyskujemy dodatkową przestrzeń osłoniętą od deszczu (Fot. Karlshamn).
Niedziela 13 lipca. Od rana załoga coś mówi o jakimś bardzo ważnym meczu. No tak, finał mundialu. Po śniadaniu i obiedzie jak przestało padać tak koło 1400 zwiedzamy miasto. Ładne, czyste, zadbane. Wieczór w pubie. Meczu nie będę opisywał – to nie forum piłkarskie. Ponieważ piłka nożna jest dla mnie tak obojętna, że mogła by nie istnieć. Obserwowałem gości pubu, około 100 osób. Wszyscy, Szwedzi, Duńczycy, Niemcy kibicowali drużynie Germany. Co ciekawe, prawie połowa kibiców to kobiety, które często bardzo głośno zagrzewały germański napad i bardzo przeżywały, gdy obrona ulegała Argentynie. Druga obserwacja, szwedzkie piwo jest strasznie cienkie w smaku, na szczęście mieli porządne browary z Czech.
Poniedziałek 14 lipca. O 0700 opuszczamy senne Karlshamn i pod wiatr S mozolnie halsujemy się. Wieje równo 5 S i z każdym zwrotem przybliżamy się do wyspy Hanö. Mieliśmy zamiar po zwiedzeniu wyspy, latarnia, cmentarz angielskich marynarzy płynąć dalej do Ahus. Nim dojdziemy do tego, co zmieniło nasze zdanie to kilka słów o bezpieczeństwie na wodzie. Na jachcie, jeszcze na początku rejsu ustalamy, lifeliny są w gotowości cały czas, a na fali to się przypinamy zawsze. To samo się tyczy kamizelek ratunkowych. Zachowujemy wzmożoną czujność, portu Hanö nie ma w locyjkach Gospodarza. Wg mapy podejście nie wygląda na trudne. Ale zawsze przygotowanym być trzeba. O 1300 wchodzimy do portu, szukamy miejsca, jeszcze jedno kółeczko, jest miejsce. Stajemy long side do betonowego nadbrzeża z oponami. Kolega chce zrobić ten decydujący krok, by już być na lądzie i ….. I nagle jakaś niewidzialna siła ciska nim o burtę jachtu. Widzimy dłonie wczepione w pokład i czapkę kolegi. Co jest grane. Szybka kontra na ster, by nie zgnieść go o nadbrzeże. Manewrując silnikiem stajemy. Pomagamy koledze wyjść na pokład i dopiero teraz widzimy. LIFE LINA naprawdę działa i zapobiega wypadaniu za burtę. Niestety zderzenie kolegi z jachtem zakończyło się silnym stłuczeniem żeber i przejściowym ograniczeniem ruchów. Obiad, suszenie sztormiaka, gumiaków. Organizujemy na jachcie izbę chorych i zwalniamy kolegę z prac do zachodu słońca.
Wyspa Hanö jest śliczna, porasta ją las podmokły, kolorystyka jak u Tolkiena w wyprawach Hobbitów. Z lasu wychodzi się albo na granitowe polanki albo na granitowe plaże. Spacer wokół wyspy (około 10 km) zajmuje ponad 2 godziny. Ludzie zajmują na wyspie mniejszą jej część przy porcie. Za ogrodzeniem żyją sarny i to w sporych ilościach. Są dzikie nie dają się podejść na mniej niż 100m. Fajne miejsce na cel wyprawy. Nam się go udało osiągnąć i nawet posiedzieć dłużej niż planowaliśmy (Fot. Hano las, Fot. Hano polanka).
Wtorek 15 lipca. Powoli dobija się do świadomości smutna myśl: czas na powrót. Na szczęścia Hanö jest daleko, więc czeka nas ponad 150 mil radości żeglowania. Rano o 0900 opuszczamy to zaciszne miejsce. Kierunek Simrishamn, wiatr 3-4, potem 4-5 SSW. Czyli bez halsowania się nie uda. Jeden hals dla nabrania wysokości, dugi by podejść trochę bliżej celu. I tak po 45 milach o 2100 stajemy w porcie. Pogoda cały dzień wytrzymała, słońce, wiatr i morza sól na twarzy (Fot. Simrishamn).
Środa 16 lipca. Powoli, niechętnie, żegnamy się z Simrishamn. Na zwiedzaniu, pamiątkach dla dzieci i żon zeszło nam do 1030. Szybki klar i o 1100 przy spokojnym wiaterku (3W) płyniemy wzdłuż szwedzkiego wybrzeża. Pojawiają się statki, coraz więcej i więcej statków. Znak to, że ruta Bornholmsgat przed nami. Rozglądamy się bacznie. Każdy kalkuluje czy przed, czy za tą ogromną górą kontenerów. Co oni tam na mostku widzą. Przed dziobem na milę to pewnie nic. Mijamy jeden „pas ruchu”, a teraz statki płyną rządem w przeciwnym kierunku. Szczęśliwie trafiamy na większą przerwę pomiędzy nimi i bezstresowo opuszczamy tor wodny. Podpływamy dość blisko Hamershaven na Bornholmie. Płyniemy dalej. Zostajemy sami na wodzie, wkoło tylko fale i fale i nic poza tym. Bornholm kurczy się powoli, lecz nieubłaganie. Sielankę przerywa uporczywy warkot. Rozglądam się kolejny raz i po widnokrąg tylko my, Morze i warkot (głośniejszy). Załoga poderwana do dodatkowej obserwacji przeczesuje okolicę. Czyżby jakiś U-bot szedł na chrapach? Jest nerwowo słychać ten koszmarny warkot silnika tuż, tuż. I w końcu zagadka rozwiązana, na tle tarczy słońca (dla nas pod słońce) leciał sobie nieśpiesznie helikopter armii duńskiej. Warkot milknie, a my się cieszymy, że to nie statek widmo. Płyniemy kk 180 do zachodu słońca, i przy kolacji i później. Co 2h zapisujemy pozycję i sprawdzamy na mapie gdzie jesteśmy. W nocy wiatr osłabł do 2 SSW (Fot. Ruta).
Czwartek 17 lipca. Wiatr słabnie do 1 S by o 0700 zamilknąć na amen. Od 0900 powoli coś się rusza z SE. Płyniemy jakby nam się nigdzie nie śpieszyło. W takim dłuższym przeskoku można się rozsmakować w tym, co urocze w swobodnym żeglowaniu. Rytm wacht, bezkarne spanie w dzień (odsypianie albo nadsypianie). Co 2h pozycja z GPS ląduje na mapie. Nieuchronnie zbliżamy się do Polskiego brzegu. Jeszcze go nie widać. Decydujemy się na wejście do Dziwnowa. Przy wiaterku 3SE o 1830 wpływamy do Dziwnowa. I od razu czujemy się jak w domu. Na brzegach tłumy gapiów, po wodzie przetaczają się mega wycieczkowce Korsarze, Czarne Perły, czy inni Piraci. Najpierw go słychać – głośne szanty czy inna muza, byle głośno – nim wyłoni się z za zakrętu. Podczepiamy się pod jednego przechodzimy pod mostem. Otwieranie mostu co 2h i czasami jak idzie turystyczny statek to bardzo fajny patent. W poszukiwaniu ciszy i spokoju płyniemy na noc do Kamienia Pomorskiego, gdzie dopływamy na 2030, częściowo na żaglach, końcówkę na silniku. Ogromna, nowa i ładna marina. Jednak od razu coś nam nie gra. Tak jegomość od opłat. Jeszcze cumy nie obłożone, a on woła ileś tam złotych polskich. A gdzie wiara w to, że żeglarz może być uczciwy i sam przyjdzie albo zapłaci jutro? Dowiadujemy się, że za kaucją dostaniemy klucz do furtki na kei i sanitariatów. Później okazało się, że do prysznicy jest inny klucz. Nie wystarczy zapłacić za prysznic. Uderza mnie takie traktowanie. Elementarny brak zaufania. Dla kontrastu, w szwedzkich portach też się pojawiał taki jegomość raz dziennie sprawdzić czy wszystko jest OK. Płaciło się w sklepach, barach czy innych hotelach. I to też były mariny miejskie, gminne, komunalne. Upewniamy się, że na froncie wolińskiego mostu bez zmian. Uchyla (dokładnie obraca) AŻ! 2 razy dziennie. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że Kamień Pomorski nigdy nie zapełni swoje mariny jak będzie skutecznie odcinany od Zalewu Szczecińskiego przez wspomniany most. Pamiętam SAJ pisało w tej sprawie, ale najwidoczniej pismo nie nabrało jeszcze mocy urzędowej. Cóż odpowiednia dyrekcja drogowa podejmie decyzję w listopadzie i stwierdzi, na jakimś ważnym posiedzeniu, że żeglarze nie wykorzystują danej im szansy i nie pływają, choć most się obraca, co 2h. I ta sama dyrekcja wiosnę następnego roku przywróci sprawdzony układ 2 razy na dzień. 
Piątek 18 lipca. Wściekle rano o 0600 musimy zacząć regaty motorowe by zdążyć na 0900 pod most w Wolinie. Bezpiecznie już po drugiej stronie mostu możemy pozwolić sobie na zwiedzanie miasta. Czas w drogę, na silniku wychodzimy na Zalew Szczeciński. O 1100 genaker góra i przy zefirku 1-2N gnamy przed siebie. Mijamy Trzebież, przechodzimy Roztokę Odrzańską, Odę i na 1800 stajemy w HOM-ie na Dąbiu. Grillujemy do późnej nocy, wspominamy rejs, nieśmiało snujemy plany na przyszłe rejsy.
Sobota 19 lipca. W dzienniku znajdziemy lakoniczne „Wyokrętowanie załogi i klar na jachcie”. To jest taki dzień, który zawsze nadchodzi, tego się nie uniknie. Trzeba się zmierzyć z wyzwaniem zmiany siedzenia po nawietrznej na miejsce za kierownicą. W aucie dziwnie buja i kiwa. Jeszcze pożegnalna kawa z armatorem, opowieści morskie, przekazanie jachtu. Wór na plecy i do auta masz… (Fot. Załoga).
Podsumowanie:
14 dni, 447 mil morskich, 3 żeglarzy, jedna wspólna przygoda. Odwiedzone porty: HOM Dąbie, Świnoujście, Nexo, Karlskrona, Torhamn, Utklippan, Karlshanm, Hanö, Simirnshamn, Dziwnów, Kamień Pomorski, Wolin, HOM Dąbie. 
Wniosek: 
Swobodna żegluga to jest coś wspaniałego. Za rok też chcemy popłynąć! 

Pozdrowienia,
Marcin Jackowski, Bartek Mitka i Sławek Kawalec

Komentarze