Pytanie bez odpowiedzi

0
95

Jak można nazwać kraj w którym prezerwatywy o smaku malinowym kupić łatwiej niż książkę ?

To prowokacyjne i ostre w wymowie pytanie zadałem, narazie sobie i wybranemu gronu przyjaciół, po dwóch latach bezskutecznej próby przeczytania niewielkiej objętościowo książeczki Władysława Wagnera pt: „Pokusa horyzontu”. Nie jest to dzieło na miarę Kopernikowskiego „O obrotach sfer niebieskich” czy choćby Sienkiewiczowskiego „Latarnika”. O ile pierwsza z tych pozycji, z uwagi na jej niedostępność w polskich czytelniach i bibliotekach szkolnych , przypomina nieco los książki Wagnera, o tyle nowelka Sienkiewicza proroczo przewiduje kłopoty Polaka, który na dalekiej emigracji wpadł na szalony pomysł zdobycia i przeczytania skromnej, acz pisanej wielkim i szlachetnym językiem, pozycji. Nie bez znaczenia zatem będzie odpowiedź na tytułowe pytanie, w czym postaram się pomóc niniejszym felietonem.

Zdjęcie: Jak można nazwać kraj w którym prezerwatywy o smaku malinowym kupić łatwiej niż książkę ?

To prowokacyjne i ostre w wymowie pytanie zadałem, narazie sobie i wybranemu gronu przyjaciół, po dwóch latach bezskutecznej próby przeczytania niewielkiej objętościowo książeczki  Władysława Wagnera pt: „Pokusa horyzontu”.  Nie jest to dzieło na miarę Kopernikowskiego  „O obrotach sfer niebieskich” czy choćby Sienkiewiczowskiego „Latarnika”. O ile pierwsza z tych pozycji, z uwagi na jej niedostępność w polskich czytelniach i bibliotekach szkolnych , przypomina nieco los książki Wagnera, o tyle nowelka Sienkiewicza proroczo przewiduje kłopoty Polaka, który na dalekiej emigracji wpadł na szalony pomysł zdobycia i przeczytania skromnej, acz pisanej wielkim i szlachetnym językiem, pozycji. Nie bez znaczenia zatem będzie odpowiedź na tytułowe pytanie, w czym postaram się pomóc niniejszym felietonem.
Bohater nowelki Sienkiewicza to latarnik. Człowiek związany z morzem a jednocześnie niejako symbol czegoś szlachetnego. Wszak światło które zapala każdego wieczora jest niczym słońce które nie tyle, jako sztuczne światło,  podtrzymuje życie  ale wręcz chroni je przed wpadnięciem na niewidoczne nocą skały.  I tenże latarnik jeden jedyny raz zapomina o swoim niemal boskim, wobec żeglarzy i marynarzy, obowiązku zapalenia ostrzegawczego światła. Zapomina, bo w przesyłce z dalekiej Ojczyzny dostał książkę, której tytuł ani fabuła są zupełnie nieistotne , wobec faktu, że jest to książka pisana w jego ojczystym języku. Zatopiony w jej lekturze doprowadza do nieszczęścia gdyż na nieoświetlone skały wpada statek.
Rzecz dzieje się w latach 70-tych XIX wieku i można by uznać, że od tamtego czasu, w rozwoju cywilizacyjnym dokonał się niesamowity postęp. Dziś światełka ostrzegające przed grożącym nam niebezpieczeństwem zapalane są komputerowo a emigranci mogą sobie o każdej porze dnia i nocy czytać na facebooku co tylko ktokolwiek zapragnie napisać. Gorzej z natychmiastowym zdobyciem prezerwatyw o smaku malinowym, gdyż w tym celu dostęp do facebooka nie wystarczy. Tu trzeba, tak jak w czasach opisywanych przez Sienkiewicza, nadal liczyć na sympatię i przychylność dla emigracyjnych zachcianek, rodziny lub przyjaciół, którzy zechcą pofatygować się na pocztę w celu wysłania niewielkiej paczuszki z upragnionym acz mało dostępnym na emigracyjnej obczyźnie towarem.
Kiedy zatem grono zacnych i patriotycznie pobudzonych żeglarzy ogłosiło rok 2012 rokiem Władysława Wagnera, ja postanowiłem ulec swoim emigracyjnym zachciankom i zażyczyłem sobie jako prezent z Polski książeczkę, którą w 1934 roku napisał był nasz niezpomniany aż do 2012 roku żeglarz. Przypomnę tylko, że ten niezłomny Polak jako jeden z pierwszych w świecie opłynął go dookoła pod żaglami i zmarł zapomniany, jak na ironię losu niedaleko latarni opisywanej przez Sienkiewicza. Pozostawił po sobie, wydane przed II Wojną dzienniki opisujące Jego bohaterski wyczyn. Tak przynajmniej ocenili Jego podróż harcerze z całego świata, którzy dosłownie na rękach donieśli Go z angielskiego portu gdzie zakończył swoją podróż, na otwarcie Światowego Zlotu Skautingu w 1939 roku. Wybuch wojny i skomplikowane poszukiwania ideałów wolności tak cechujące od wieków wszystkich Polaków spowodowały, że Wagner nigdy już do ojczyzny nie powrócił. Jedyne ślady które pozostały nad Wisłą to wspomniane wcześniej i wydane drukiem, 80 lat temu, w niewielkim nakładzie, dzienniki.
Wydawać by się mogło zatem, że ogłoszony rok Wagnera, poza uroczystym smażeniem kiełbasek  uświetniających odsłonięcie tablicy na dalekiej i nieznanej wyspie u wybrzeży, odkrytej już Ameryki, przyniesie spisane przez żeglarza słowa, pod ojczyste strzechy. Nic bardziej mylnego niż właśnie takie oczekiwania. Pierwszą część zapisków Władysława Wagnera pt: „Podług słońca i gwiazd” zakupiłem po prawie roku poszukiwań niejako na złość antykwariuszom twierdzącym, że jest to pozycja nie do zdobycia. Druga część zatytułowana „Pokusa horyzontu” jest obiektem moich westchnień od ponad już dwóch lat. Mam w tym temacie obszerną korespondencję nie tylko z Biblioteką Narodową w Warszawie ale nawet z dalszą rodziną Wagnera. Nic to nie zmienia faktu, że tego co sam żeglarz napisał zdobyć mi się nie udało. W jednym z ostatnich listów znalazłem nawet kuriozalne ostrzeżenie w którym czujny korespondent poucza mnie, że próba publikacji „Pokusy horyzontu” na co niewątpliwie wskazuje mój upór jej poszukiwania, jest zachowaniem niehonorowym wobec rodziny Autora. Osobiście, po wielodniowych rozmyślaniach na temat honoru polskiego, postanowiłem wznowić poszukiwania książki Władysława Wagnera, o czym mówię uroczyście i patrząc śmiało w oczy każdemu, który zamiast książki proponuje mi dostępne wszem i wobec w Polsce, prezerwatywy o smaku malinowym.
Przypominam raz jeszcze, że chodzi o książkę, lub nawet jej kopię, Władysława Wagnera pt: „Pokusa horyzontu” i obiecuję, że światło w moim oknie nie zgaśnie dopóty, dopóki tej książki nie przeczytam.

Andrzej Kowalczyk, Agde 1 marca 2014
Bohater nowelki Sienkiewicza to latarnik. Człowiek związany z morzem a jednocześnie niejako symbol czegoś szlachetnego. Wszak światło które zapala każdego wieczora jest niczym słońce które nie tyle, jako sztuczne światło, podtrzymuje życie ale wręcz chroni je przed wpadnięciem na niewidoczne nocą skały. I tenże latarnik jeden jedyny raz zapomina o swoim niemal boskim, wobec żeglarzy i marynarzy, obowiązku zapalenia ostrzegawczego światła. Zapomina, bo w przesyłce z dalekiej Ojczyzny dostał książkę, której tytuł ani fabuła są zupełnie nieistotne , wobec faktu, że jest to książka pisana w jego ojczystym języku. Zatopiony w jej lekturze doprowadza do nieszczęścia gdyż na nieoświetlone skały wpada statek.
Rzecz dzieje się w latach 70-tych XIX wieku i można by uznać, że od tamtego czasu, w rozwoju cywilizacyjnym dokonał się niesamowity postęp. Dziś światełka ostrzegające przed grożącym nam niebezpieczeństwem zapalane są komputerowo a emigranci mogą sobie o każdej porze dnia i nocy czytać na facebooku co tylko ktokolwiek zapragnie napisać. Gorzej z natychmiastowym zdobyciem prezerwatyw o smaku malinowym, gdyż w tym celu dostęp do facebooka nie wystarczy. Tu trzeba, tak jak w czasach opisywanych przez Sienkiewicza, nadal liczyć na sympatię i przychylność dla emigracyjnych zachcianek, rodziny lub przyjaciół, którzy zechcą pofatygować się na pocztę w celu wysłania niewielkiej paczuszki z upragnionym acz mało dostępnym na emigracyjnej obczyźnie towarem.
Kiedy zatem grono zacnych i patriotycznie pobudzonych żeglarzy ogłosiło rok 2012 rokiem Władysława Wagnera, ja postanowiłem ulec swoim emigracyjnym zachciankom i zażyczyłem sobie jako prezent z Polski książeczkę, którą w 1934 roku napisał był nasz niezpomniany aż do 2012 roku żeglarz. Przypomnę tylko, że ten niezłomny Polak jako jeden z pierwszych w świecie opłynął go dookoła pod żaglami i zmarł zapomniany, jak na ironię losu niedaleko latarni opisywanej przez Sienkiewicza. Pozostawił po sobie, wydane przed II Wojną dzienniki opisujące Jego bohaterski wyczyn. Tak przynajmniej ocenili Jego podróż harcerze z całego świata, którzy dosłownie na rękach donieśli Go z angielskiego portu gdzie zakończył swoją podróż, na otwarcie Światowego Zlotu Skautingu w 1939 roku. Wybuch wojny i skomplikowane poszukiwania ideałów wolności tak cechujące od wieków wszystkich Polaków spowodowały, że Wagner nigdy już do ojczyzny nie powrócił. Jedyne ślady które pozostały nad Wisłą to wspomniane wcześniej i wydane drukiem, 80 lat temu, w niewielkim nakładzie, dzienniki.
Wydawać by się mogło zatem, że ogłoszony rok Wagnera, poza uroczystym smażeniem kiełbasek uświetniających odsłonięcie tablicy na dalekiej i nieznanej wyspie u wybrzeży, odkrytej już Ameryki, przyniesie spisane przez żeglarza słowa, pod ojczyste strzechy. Nic bardziej mylnego niż właśnie takie oczekiwania. Pierwszą część zapisków Władysława Wagnera pt: „Podług słońca i gwiazd” zakupiłem po prawie roku poszukiwań niejako na złość antykwariuszom twierdzącym, że jest to pozycja nie do zdobycia. Druga część zatytułowana „Pokusa horyzontu” jest obiektem moich westchnień od ponad już dwóch lat. Mam w tym temacie obszerną korespondencję nie tylko z Biblioteką Narodową w Warszawie ale nawet z dalszą rodziną Wagnera. Nic to nie zmienia faktu, że tego co sam żeglarz napisał zdobyć mi się nie udało. W jednym z ostatnich listów znalazłem nawet kuriozalne ostrzeżenie w którym czujny korespondent poucza mnie, że próba publikacji „Pokusy horyzontu” na co niewątpliwie wskazuje mój upór jej poszukiwania, jest zachowaniem niehonorowym wobec rodziny Autora. Osobiście, po wielodniowych rozmyślaniach na temat honoru polskiego, postanowiłem wznowić poszukiwania książki Władysława Wagnera, o czym mówię uroczyście i patrząc śmiało w oczy każdemu, który zamiast książki proponuje mi dostępne wszem i wobec w Polsce, prezerwatywy o smaku malinowym.
Przypominam raz jeszcze, że chodzi o książkę, lub nawet jej kopię, Władysława Wagnera pt: „Pokusa horyzontu” i obiecuję, że światło w moim oknie nie zgaśnie dopóty, dopóki tej książki nie przeczytam.

Andrzej Kowalczyk, Agde 1 marca 2014

Komentarze