Powrót do korzeni – CO WY NA TO ???

0
507

Żeglarskie przemyślenia

Czego potrzeba do szczęścia żeglarzowi posiadającemu własny jacht, a mającemu fantazję sprawdzenia własnych umiejętności oraz osiągów swojego jachtu?
Pytanie z pozoru banalne, bo odpowiedź nie jest trudna potrzebny jest rywal o podobnych cechach. Spotykamy takiego po drodze np. z Helu do Górek Zachodnich podczas kolejnej, rutynowej wycieczki na helską rybkę. Rozpoznać takiego bardzo łatwo. W miarę wchodzenia w bliższy kontakt na pokładzie zaczyna się ruch. Żagle zostają dotrymowane, sternik zmienia pozycję z luźnej na bojową. Zaczyna się wyścig. Porozumienie zostało zawarte. Kończy się ono bardzo często spotkaniem w porcie docelowym. Szczęśliwie, gdy wspólnym. Tak było od zawsze.

 

Tak zaczęła się historia America’s Cup. Ta chęć potwierdzenia wyższości, bo zaprzeczenia już nie, jednego sternika, załogi i jachtu nad drugim, nosi nazwę regat. Nie muszą one być licznie obsadzone, wystarczą dwa jachty. Tak się jednak składa, że gdy ktoś wygrywa to, kto inny przegrywa, a zwycięzca powinien być uhonorowany. Początkowo wystarczyła 1 gwinea, obecnie nie starczy. W miarę postępu i rozpowszechnienia regat sprawy zaczęły się komplikować, bo każdy chciał wygrać. Zaczęto wymyślać zasady, regulaminy, przepisy, formuły pomiarowe i temu podobne regulacje. Naturalną koleją rzeczy, gdy są przepisy, konieczny jest ich interpretator, czyli arbiter. Po prostu sędzia.

Ponieważ na początku rywalizowali ludzie majętni, finansowanie zmagań nie stanowiło problemu. Jednak z różnych przyczyn ludzie majętni rzadko bywają skromni, więc przyszła ochota obwieścić szerokiemu gronu odniesiony sukces. Nie stroniono przy tym bynajmniej od objawiania poziomu ekspensu finansowego związanego z pokonaniem wcale nie uboższego przeciwnika. W świecie biznesu i dużych pieniędzy nie mogło stać się inaczej, prestiż stawiał wymagania. Regaty zaczęły gromadzić na starcie coraz liczniejszych uczestników. I tak narodził się organizator, albowiem majętni ludzie woleli zapłacić, niż trudzić się osobiście.

Organizator tak, jak sędzia nie pracowali za darmo, a ponieważ ludzie bogaci są zazwyczaj oszczędni, należało poszukać dla m.in. siebie pieniędzy u tych, którzy przy cudzym ogniu zechcieliby upiec własną pieczeń. Tak zaczęła funkcjonować instytucja donatora, zwanego częściej sponsorem.

Ten z kolei żądny uznania dla swego wkładu w finansowanie fanaberii żeglarskich, napędził koniunkturę propagandowopromocyjną. Publikatory, czyli media szybko się zorientowały, że żeglarstwo w szerokim, społecznym odbiorze nie spełnia warunku masowej oglądalności, będącej nieodzowną dla osiągnięcia satysfakcjonujących profitów. Zapominając o idei i towarzyskich aspektach szlachetnej, żeglarskiej rywalizacji, liczne organizacje odpowiedzialne za przeprowadzanie regat wybrały drogę narzuconą przez rynek. Skutkiem tego podjęto rozliczne próby uczynienia z żeglarstwa dyscypliny o wysokiej oglądalności. Zamiar uzyskania efektu Colloseum, czyli boiska piłki nożnej musiał skończyć się niepowodzeniem i nic tu nie pomoże skracanie tras żeglarskich, czy przybliżanie ich do lądowej gawiedzi. Lądowa gawiedź, szczególnie w kraju rolniczym, żeglarstwo będzie odbierać, jako dyscyplinę o wysokim stopniu zagrożenia dla zdrowia i życia. Będzie podziwiać i niedowierzać na równi z niedostępnością podróży międzyplanetarnych w przyszłości. Znacznie łatwiej i przyjemniej jest uprawiać biernie piłkę nożną we własnym fotelu. Tego przecież naprawdę oczekują politycy, bardziej dbający o skutek wyborczy, niż nasze zdrowie i rzeczywiste zadowolenie.

Pojawiły się też, ostatnio coraz częstsze tezy mówiące, że w znacznie prostszy sposób można uzyskać oczekiwany efekt przez ogłoszenie sukcesu regat, które w ogóle nie zostały przeprowadzone. Podobno zaistniały już takie przypadki. Brak jednak wystarczających dowodów, zatem nie należy w ich istnienie bezkrytycznie wierzyć, co nie oznacza, że to się nie zdarzy. Wszystko przed nami. Poczekajmy.
W tym momencie nadszedł czas na kolejne pytania:
1. Czy wśród pomorskich żeglarzy są tacy, którzy chcieliby brać udział w reg
atach na zasadach szlachetnej rywalizacji, w których nagrodą jest wyłącznie uznanie środowiska znającego się na rzeczy?
2. Skoro mamy do dyspozycji własne jachty, pieniądze, dostępne akweny, niektóre
przystanie pozostają przyjazne i są wśród nas posiadający wiedzę (choć nie posiadają certyfikatów), cóż nas powstrzymuje od ścigania się w sposób odpowiadający naszym oczekiwaniom?
3. Na zakończenie pytanie retoryczne: Kto, dlaczego i jakim prawem psuje nam naszą ulubioną zabawę?
Chyba należy poważnie rozważyć powrót do korzeni, czyli zacząć wszystko od początku, pozbywając się przy okazji tego wszystkiego, co wpadło nam w kilwater i z zadowoleniem woła: PŁYNIEMY !
(AS) 

Komentarze