O Mini Transat z Radkiem Kowalczykiem-wywiad

0
200

Polskie żeglarstwo ma
niezmiernie bogatą tradycję, zwłaszcza w morskim żeglarstwie samotniczym.
Wspaniali polscy żeglarze samotnicy utworzyli w 1975 roku Klub Żeglarzy Samotników.
Należą do klubu m.in. Krystyna Chojnowska, Kazimierz Jaworski czy Krzysztof Baranowski.
Jest to prestiżowy klub, i żeby zostać jego członkiem trzeba ukończyć
nieprzeciętny rejs, pokonując samotnie sporą ilość mil morskich. Mam ogromny
zaszczyt należeć do tego prestiżowego klubu, a wśród moich klubowych kolegów
jest też Radosław Kowalczyk. O Radku i jego Mini Transacie słyszeliście już
sporo. Miałem ostatnio okazję porozmawiać z Radkiem w spokojniejszych
warunkach, w klubowym zaciszu, właśnie o Mini Transat. Poniżej zapis naszej
rozmowy.

Jacek Zieliński

 

Kiedy narodził się pomysł, aby zrobić coś tak szalonego (bez sponsora i
bez wystarczających środków)?

Pomysł narodził się w 2003
roku. Stałem wtedy na śluzie w La
Rochelle we Francji, gdzie wypływało w morze 80 jachtów klasy
Mini. Był to start do Mini Transat 2003. Kiedy stałem w tym samym miejscu 2005
roku obiecałem sobie, że kiedyś i ja wystartuję w tych regatach. Po powrocie do
kraju zrobiłem pierwszy krok. Nie miałem ani środków, ani sponsora, ale
wiedziałem, że jak zacznę i będę uparcie dążył do mojego celu, to osiągnę, co
chcę.

Było to Twoim marzeniem?

Tak. Zarówno pływanie na
jachcie tej klasy jak i sam rejs prze Atlantyk. Start i ukończenie było moim
największym marzeniem.

Skąd  pomysł żeby od razu startować w jednych z najniebezpieczniejszych
regatach na świecie?

Nie wystartowałem od razu.
Zaczęło się od testów na Bałtyku w 2009 roku. Potem regaty na naszym morzu i
dopiero po kolejnych przygotowaniach jachtu wyjazd na eliminacje do Mini
Transat. W 2001 roku 3 700
mil pod żaglami w 5 regatach eliminacyjnych i jednym
1000 milowym samotnym rejsie. Startując w Mini Transat 2011 miałem już duże
doświadczenie i sprawdzoną łódkę. Moje marzenie zapoczątkowane w 2003 roku
zaczęło się spełniać.

Które z regat eliminacyjnych były najtrudniejsze?

Wszystkie były trudne i
każde z innego punktu widzenia. Najbardziej dokuczało mi zimno na UK Fastnet
Race, awaria autopilota i zaplątanie w nieoznaczone sieci na Transgascogne,
silne pływy, skały i brak wiatru w Pornichet Select i Trophee MAP. Grand Prix
Italia to wyrwane stery, duży przeciek i słabe wiatry. Mógłbym wymieniać dalej,
bo tych nieoczekiwanych przygód było naprawdę wiele. Wszystkie te zdarzenia
stanowiły o trudności tych regat. Do tego jeszcze doszło zmęczenie, samotna
żegluga i nieznajomość tych akwenów. Podczas eliminacji nie zdarzyły mi się
„łatwe regaty”.

Co poza kłopotami finansowymi było najtrudniejsze do zrealizowania?

Cały okres przygotowań. Całe
6 lat budowy jachtu i przygotowania projektu. Był to bardzo trudny okres w
kilku aspektach: zawodowym, rodzinnym a także zdrowotnym.

Były momenty, w których miałeś po prostu dość?

Najbardziej brakowało mi
środków za dokończenie budowy jachtu i to były pierwsze trudne chwile. Potem
podczas eliminacji awarie jachtu i sprzętu. Mój wypadek i nadal ciągły brak
środków na realizację kolejnych etapów. To były na prawdę trudne chwile, ale
jak widać można i takie przezwyciężyć. Podczas regat znalazłem się w innym
świecie. Po starcie problemy lądowe przestały mieć znaczenie. Pojawiły się
nowe, czysto żeglarskie dotyczące żeglugi, sprzętu i radzenia sobie z nimi w
pojedynkę, bez wsparcia, części i wystarczającej liczby narzędzi.

Porozmawiajmy już o samych regatach, jak radziłeś sobie z brakiem snu?

Technika krótkiego snu.
Nauczyłem się spać po 15-30 minut. Oczywiście nie umożliwiało to dobrego
wypoczynku, ale pozwalało kontrolować sytuację w trudnych czy ruchliwych
akwenach. To najlepsza technika dla samotnego żeglarza.

Fala
zalewająca pokład przewróciła Cię na nadbudówkę. Rozbiłeś głowę. Musiałeś
zawinąć do portu, by opatrzyć ranę we francuskim szpitalu. Dzień później znów
byłeś na morzu
Skąd
w Tobie ten upór i determinacja w dążeniu do celu? 

Upór zrodzony z marzeń i
wypracowany przez długie lata przygotowań. Taka „błahostka” jak
wypadek, wizyta w szpitalu i kilka szwów nie mogła mnie zatrzymać 🙂

Z jakimi problemami musiałeś się zmierzyć podczas rejsu?

Problemów było bardzo dużo.
Proszę sobie wyobrazić jak można przeżyć 40 dni na pustyni oceanu. Dodatkowo w
pojedynkę dawkując sen, dbając o jacht i przede wszystkim zapewniając
bezpieczeństwo żeglugi 24/7.

Wspomniałeś,
że jeszcze przed MiniTransat zmagałeś się z pękniętym sterem, zepsuł Ci się
autopilot, ale prócz tego musiałeś poradzić sobie z uszkodzonym systemem AIS, podczas
sztormu uszkodzony został kanister z 20 l paliwa do agregatu. A Ty płynąłeś dalej.  Jakie myśli przychodziły Ci do głowy
przy okazji tych problemów?

Natychmiast włączał mi się
wewnętrzny odruch rozwiązywania problemów. Już wcześniej nauczyłem się, że nie
ma problemów nie do rozwiązania i nie ma rzeczy niemożliwych. Trzeba tylko
najszybciej jak to możliwe znaleźć sposób na ich rozwiązanie. Wszystkie moje
myśli skupiały się wokół rozwiązania problemów.

To niewątpliwie jedno z największych wyzwań. Samotnie przez Atlantyk
bez telefonu,
bez prognozy pogody
oraz innych udogodnień technicznych.

Tak. To jedne z
najtrudniejszych regat na Świecie. Tak słyszałem przed startem. Teraz mogę bez
wątpienia to potwierdzić. W tych regatach żeglarz jest zdany wyłącznie na
siebie. I to stanowi największą trudność.

Nie mogę sobie wyobrazić jak wyglądało Twoje życie na tak malej przestrzeni?

Jak życie 40 dni pod stołem.
Bardzo mała przestrzeń życiowa pod pokładem i ogromy Ocean zaledwie 50cm
poniżej. Chodzenie na własnych stopach nie było konieczne podczas całego rejsu
a doba trwała średnio 2 godziny. Nie można tego porównać do jakiejkolwiek
znanej nam na lądzie formy egzystencji. To jak życie w maleńkiej przestrzeni w
kosmosie, gdzie wokół tylko pustka.

Co najbardziej zapadło Ci w pamięć podczas całych regat?

Uderzenie w wieloryba,
usterka z tym związana i ratowanie siebie i jachtu. Samotne noce i chwila, gdy
do mety zostało „tylko” 2000 mil. Powitanie na Maderze i przekroczenie
linii mety w strugach tropikalnego deszczu. Delfiny przed dziobem i martwa
cisza oceanu. Mógłbym tak wymieniać jeszcze godzinami.

Podczas pierwszego etapu z La Rochelle we Francji do
Funchal na Maderze miałeś spotkanie z wielorybem. Skutkiem tego było
uszkodzenie kila i konieczność postoju technicznego w Portugalii, przez co
straciłeś kilka dni. Możesz opowiedzieć coś o tym zdarzeniu, o tym jak sobie
poradziłeś?

Uderzyłem w coś w nocy, a
właściwie nad ranem. Nic nie widziałem, bo była ciemna noc. Jacht się wywrócił
i usłyszałem trzask. W pierwszej chwili myślałem, że to maszt! Po oględzinach
okazało się, że to jednak balast. Widziałem pęknięcie balastu wewnątrz jachtu.
Rano zanurkowałem i już było jasne: pęknięty i niemal oderwany balast! Zostałem
sam. Nie było w około nikogo, nawet w zasięgu radia. Musiałem ratować przede
wszystkim siebie, a nie mogłem inaczej jak utrzymać jacht na powierzchni. I tak
zaczęła się historia ratowania jachtu. Wpadłem na pomysł, że przywiążę bulbę
kila do burt jachtu. Zrobię to przy pomocy mocnych lin i kabestanów. Nurkowałem
5 godzin. Wiązałem pod wodą węzły i wyprowadzałem liny na pokład. Bałem się, że
się zaplączę, że zgrabieją mi ręce i nie wejdę na pokład. Bałem się, że jacht
odpłynie, bo na przykład puszczą dryfkotwy. A jednak nie miałem innego wyjścia,
jak zrealizować ten pionierski plan. Jak się okazało było warto. Uratowałem
siebie i jacht!

Jak oceniasz swój jacht?

Bardzo solidny, bardzo pewny,
ale już nie najnowszej generacji. Jacht CALBUD przepłynie jeszcze bez problemu
kolejne 10 Transatów, ale szanse na zwycięstwo na nim są niewielkie. Jest po
prostu starszej generacji i ustępuje swoją szybkością tym najnowszym
jednostkom.

A jak Twój jacht wypadał na tle innych mini
biorących udział w regatach?

Przede wszystkim pomimo
przeciwności losu, które mnie napotykały, dopłynął do Brazylii. Pokazał, że
jest jednostką solidną i pewną. 20 moich kolegów nie dopłynęło do mety w ogóle.
Po awarii kilka i koniecznym powrocie do Portugalii już nie miałem szans na
dobre miejsce w regatach, ale nie zrezygnowałem. Ukończyłem na 26 pozycji na 34
startujących w swojej grupie.

Czy to prawda, że wszyscy żeglarze mini zachowują się jak jedna
rodzina? Można było liczyć na pomoc, czy czuło się w powietrzu tylko
rywalizacje?

Tak, to prawda. To jedna z
nielicznych klas na świecie, w której nie ma tajemnic i zawiści, mimo że jachty
są wyjątkowe i każdy posiada unikalne rozwiązania dające przewagę w regatach. Nie
ma tajemnic, a na wsparcie kolegi można liczyć zawsze. Oczywiście, że rywalizację
czuło się wszędzie. To przecież wielkie i prestiżowe regaty, do których każdy
zawodnik przygotowywał się bardzo długo. Jednak na pomoc w jakiejkolwiek
sprawie można było liczyć zawsze.

W jakich momentach miałeś dość i jak z tym walczyłeś?

Najbardziej brakowało mi
środków za dokończenie budowy jachtu i to były pierwsze trudne chwile. Potem
podczas eliminacji awarie jachtu i sprzętu. Mój wypadek i nadal ciągły brak
środków na realizację kolejnych etapów. To były na prawdę trudne chwile, ale
jak widać można i takie przezwyciężyć. Podczas regat znalazłem się w innym świecie.
Po starcie problemy lądowe przestały mieć znaczenie. Pojawiły się nowe, czysto
żeglarskie dotyczące żeglugi, sprzętu i radzenia sobie z nimi w pojedynkę, bez
wsparcia, części i wystarczającej liczby narzędzi.

Patrząc dziś wstecz, co zrobiłbyś inaczej?

Rozmyślam nad tym pytaniem
już kilka miesięcy, tj. od przekroczenia mety w Brazylii. Popełniłem jeden błąd
meteorologiczny i ten bym chętnie poprawił. Reszty spraw nie byłem w stanie
lepiej wykonać, zarówno podczas rejsu jak i podczas długich przygotowań.
Chciałbym mieć jacht najnowszej generacji, ale ze względów finansowych to
raczej sfera marzeń, niż błąd. Mam poczucie, ze udało nam się osiągnąć 110%
naszych możliwości, możliwości naszego całego zespołu.  

Przygotowania do regat to było 6 lat Twojej ciężkiej pracy i
organizacji całego przedsięwzięcia. Jakie warunki trzeba spełnić, aby
wystartować w tych regatach?

Trzeba posiadać jacht, który
pozytywnie przejdzie wszystkie testy i zostanie zakwalifikowany do regat Klasy
Mini. Trzeba przejść szereg szkoleń i uzyskać wymagane certyfikaty. Trzeba
przejść kwalifikacje i pokonać innych żeglarzy z całego świata uzyskując jedno
z 80 miejsc na liście startowej. Trzeba zapewnić środki finansowe na to
wszystko i zorganizować całe to ogromne przedsięwzięcie.

Jakieś wskazówki dla wszystkich marzycieli, którzy chcieliby podjąć
podobne wyzwanie?

Najważniejsze to zrobić
pierwszy krok, tak jak ja w 2003 roku. A potem się w tej drodze nie zatrzymać.

Czy patrząc wstecz zrobiłbyś to ponownie?

Oczywiście. Bez najmniejszych
wątpliwości!

Jakie masz plany na przyszłość związane z żeglarstwem
wyczynowym/regatowym?

Chciałbym wystartować w tych
samych regatach w latach 2013 i 2015 na nowoczesnym jachcie. Ale tu znowu na
przeszkodzie stoją finanse. Takie jachty są drogie i obecnie strona finansowa
jest największą i jedyną przeszkodą.

Radku, stopy
wody pod kilem i silnych wiatrów! Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.


Radek Kowalczyk jest trzecim Polakiem w
historii, który ukończył najtrudniejsze regaty atlantyckie, regaty MiniTransat
tym samym spełniając swoje marzenie. Przepłynął podczas regat Mini Transat 4749 mil morskich. Na 79
zawodników startujących regaty ukończyło zaledwie 59. Niewątpliwie Jego
wyczyn
to jedno z największych wyzwań sportowych. Ponad miesiąc na
morzu, na miniaturowej łódeczce, bez większości zdobyczy współczesnej
technologii takich jak telefon satelitarny czy mapy elektroniczne oraz komputer
z aktualizowaną na bieżąco prognozą pogody. Samo ukończenie ich wymaga
niezwykłej determinacji oraz wytrzymałości fizycznej – poza czysto żeglarskimi
umiejętnościami.
Organizatorzy
regat nazwali Radka Kowalczyka „indestructible” czyli niezniszczalnym. W
międzynarodowym towarzystwie żeglarzy klasy Mini polski żeglarz znalazł
niewątpliwie swoje miejsce i wielu przyjaciół.

 

 

Komentarze