Nektonem przez Pacyfik

0
480

Jeszcze kilka lat temu o geografii Pacyfiku i kulturze zamieszkującej tamtejsze wyspy ludności nie miałem praktycznie najmniejszego pojęcia. Te rejony znałem głównie z egzotycznych opowiadań Jacka Londona, w których romantyczne Morza Południowe sprawiały wrażenie mitycznych krain, istniejących jakby poza naszym światem. Mimo połkniętego bakcyla podróżowania i wielkiej fascynacji światem tropikalne wyspy Oceanii leżały daleko poza granicami moich marzeń, a tym bardziej planów. Wszystko zmieniło się w dniu, kiedy w wyniku zupełnego przypadku poznałem Łukasza Natanka, który zaproponował mi udział w rejsie przez Ocean Spokojny na jachcie Nekton.

 Jacht został zbudowany przez Łukasza ojca oraz jego dwóch braci w Polsce w ogródku rodziców jeszcze w latach osiemdziesiątych. Pierwotnym planem był rejs dookoła świata, jednakże gdy żeglarze dopłynęli do Kanady, postanowili osiedlić się tam na stałe. Przez kilkanaście lat łódka służyła wyłącznie do weekendowego pływania po Wielkich Jeziorach. Ten długi zastój zmienił dopiero rok 2006 kiedy rodzina Natanków wraz z kilkoma przyjaciółmi przepłynęła Przejście Północno-Zachodnie, czyli szlak z Atlantyku na Pacyfik biegnący przez mroźne wody Arktyki kanadyjskiej. Rejs ten został wyróżniony prestiżową nagrodą Kolosa. Gdy kilka lat później mój przyszły kapitan skończył studia stwierdził, że nie wyobraża sobie pracy za biurkiem od 8 do 16 i rozpoczął planować wyprawę do wysp Oceanii.

 Wydaje się, że wiele osób marzy o dalekich podróżach. W rzeczywistości niełatwo jest znaleźć kompanów do poważnej wyprawy, tak było i w naszym przypadku. Pierwotnie chęć udziału w rejsie deklarowało siedem osób, z których wszyscy mniej lub bardziej angażowali się w przygotowania. Powoli jednak poszczególni kandydaci rezygnowali i ostatecznie na załogę złożyły się trzy osoby. Do mnie oraz kapitana Łukasza Natanka dołączył szwedzki podróżnik Henrik Gard.

 Życie na oceanie

Z Vancouver wypłynęliśmy na początku maju 2010 roku i skierowaliśmy dziób jachtu na południe. Zdawaliśmy sobie sprawę, że północny Pacyfik o tej porze roku może dać nam nieźle w kość. Dlatego przed opuszczeniem Kanady czekaliśmy na odpowiednie „okno pogodowe”, dające szansę dobrej pogody przynajmniej przez kilka pierwszych dni rejsu. Początkowo żegluga przebiegała wyjątkowo sprawnie, a czas umilały nam odwiedziny licznych delfinów i fok, a nawet waleni oraz największych latających ptaków świata – albatrosów.

Niestety nasze meteorologiczne obawy okazały się słuszne. Wpłynęliśmy w głęboki niż, który na swojej trasie z Japonii zdążył już nabrać impetu. Początkowo twardo opieraliśmy się sile żywiołu, wiatr jednak nieustannie się wzmagał, a pióropusze wody strzelały w górę i waliły w sternika z wielką siłą. Należy w tym miejscu wspomnieć, że aby zmierzać w obranym przez nas kierunku musieliśmy płynąć ostrym bejdewindem. Wdrapując się na strome wzgórza osiągających już niekiedy dziesięć metrów fal, jacht zupełnie tracił sterowność. Był to znak, że aby przetrwać musimy zmienić kurs i płynąć z wiatrem – w kierunku, z którego przybyliśmy. Zmagaliśmy się z żywiołem o sile dziesięciu i jedenastu stopni w stali Beauforta przez ponad dwie doby. Później nastąpiła zupełna flauta.

Po krótkiej wizycie w San Francisco wypłynęliśmy w najdłuższy przelot tego rejsu. Naszym celem był bowiem pas wysp wsuniętych pomiędzy Równik i Zwrotnik Koziorożca. Od upragnionych lądów dzieliło nas ponad 3000 mil morskich. Na jachcie nie było autopilota, więc jedna osoba musiała nieustannie stać za sterem. Ustaliliśmy trzygodzinne wachty, co oznaczało trzy godziny pracy, po których następowało sześć godzin przerwy. Nie zawsze był to odpoczynek – poza sterowaniem musieliśmy zajmować się nawigacją, odpowiednim doborem i zmianą żagli, naprawą drobnych usterek i gotowaniem. A czasem rzeczywiście mieliśmy w kuchni sporo zajęć, na otwartym oceanie łapaliśmy bowiem kilkudziesięciokilogramowe tuńczyki i mahi-mahi.

 Inny świat

 Po 28 dniach na morzu zauważyliśmy na horyzoncie niewyraźny zarys wyspy z grupy Markizów w archipelagu Polinezji Francuskiej. Gdy podpłynęliśmy bliżej lądu, największe wrażenie zrobił na nas zapach… gleby i tropikalnej roślinności. Stanęliśmy na kotwicy w jednej w większych zatok, napompowaliśmy ponton i popłynęliśmy na plażę.

 Uderzyła nas egzotyka i koloryt tych wysp. Pogodni, poubierani w szorty Polinezyjczycy witali nas szczerymi uśmiechami i pozdrowieniem „Bonjour!”. Po obu stronach głównej drogi rosły palmy, na których, ku naszemu zdziwieniu, przesiadywały kurczaki. Młodzież jeździła oklep na koniach i kąpała je w wodach zatoki. Prawie wszystkie domy, mimo że zbudowane z dykty i blachy falistej, były wyposażone w anteny satelitarne.

Polinezyjki o jasnobrązowej skórze, delikatnych rysach twarzy i dostojnych ruchach nosiły kwiaty hibiskusa we włosach. Wdzięki tutejszych kobiet mieliśmy szansę podziwiać również kilka dni później na wyborach miss wyspy Ua Pou. Piątka młodych piękności prezentowała się w sukniach wieczorowych, kostiumach bikini oraz wykonanych z traw i liści palm strojach nawiązujących do ubiorów tradycyjnych. Poszczególne konkurencje były przerywane pokazami tańców. Taniec od zawsze odgrywał wielką rolę w kulturze Polinezyjczyków, towarzyszył wszystkim czynnościom rytualnym i magicznym, a także zagrzewał do walki. Stąd szeroki wachlarz tutejszych tańców. Imprezę uświetniły pokazy delikatnych, falujących ruchów kobiet, uosabiających rajskiego ducha Oceanii. Po nich nastąpiły tańce mężczyzn-wojowników, mające niegdyś na celu manifestację siły oraz gotowości do walki. Potrafiły również skutecznie podbudować morale przeciwników.

 Wyspa o jednym nazwisku

 Jednym z ciekawszych miejsc, jakie odwiedziliśmy w trakcie rejsu była wyspa Palmerston należąca do archipelagu Wysp Cooka. Ten malutki skrawek lądu wchodzi w skład atolu, czyli koralowego pierścienia otaczającego płytką lagunę. Ziemia tworząca wyspę to nic innego jak starty na drobny piasek, śnieżnobiały koral. Wynurzający się ponad poziom oceanu nie więcej niż na 3 metry ląd porastają jedynie palmy kokosowe. W wodach laguny pływają ławice tysięcy kolorowych ryb. Po błękitnym niebie suną kłębiaste cumulusy pchane na zachód delikatnymi powiewamy pasatu. Całość tworzy idylliczny klimat w pełni odpowiadający naszym wyobrażeniom raju.

 Wyspa została zaludniona 150 lat temu przez angielskiego marynarza Williama Marstersa oraz jego trzy maoryskie żony. Podróżnik doczekał się dwadzieścioro sześcioro dzieci i ponad stu wnucząt. Dzisiaj na wyspie mieszka 67 osób i wszyscy są potomkami pierwszych osadników. Każdy jest z każdym spokrewniony i wszyscy noszą to samo nazwisko.

 Obecnie wyspiarze są niezwykle gościnni i każdy żeglarz odwiedzający Palmerston staje się na czas pobytu członkiem ich rodziny. Całe dnie spędzaliśmy na lądzie pomagając naszym gospodarzom w drobnych pracach domowych. Ścinaliśmy kokosy w różnych stadiach rozwoju i podawaliśmy je jako pokarm… kurom i świniom. Nauczyliśmy się przyrządzać lokalne produkty na dziesiątki odmiennych sposobów.

 Mieszkańcy mają niezwykle ograniczony kontakt ze światem zewnętrznym, nie ma tu lotniska, jedyny więc sposób aby tu trafić to droga morska. Jedyny regularnie kursujący statek odwiedza wyspę dwa razy w roku. Dostarcza on wszystkie niezbędne dobra takie jak produkty spożywcze, materiały budowlane, odzież oraz książki. Wyspiarze odpłacają się poławianymi regularnie rybami, które mrożą i przechowują w wielkich lodówkach.

 Kulinarny raj

 Na Fidżi zostaliśmy zaproszeni na piknik na niewielką wysepkę przylegającą do zatoki, w której zakotwiczyliśmy. Przestraszyliśmy się, gdy zauważyliśmy, że nasi gospodarze nie zabrali ze sobą nic oprócz wody, soli i maczety. Jeszcze do niedawna panował na tych wyspach kanibalizm. Szczęśliwie nasze obawy okazały się zupełnie bezpodstawne. Wszystko, co potrzebne do pikniku znaleźliśmy rosnące dziko. Razem z Fidżyjczykiem imieniem Ryan, wybrałem się na spacer w poszukiwaniu orzechów kokosowych oraz owoców papai. Dodatkowo natrafiliśmy na dzikie papryczki chilli oraz banany. Po powrocie zauważyliśmy wykopane przez innych krajowców korzenie taro oraz manioku. Kolejna osoba właśnie wracała z torbą pełną owoców chlebowca. Jedzenie zostało przygotowane w piecu ziemnym. Należało w tym celu rozpalić ognisko i rozgrzać w nim kilka znacznej wielkości kamieni. Następnie kamienie zostały odsunięte oraz przykryte rozgniecionym pniem bananowca i wielkimi liśćmi taro. Na nich położono przygotowane jedzenie, które przykryto kolejną warstwą liści oraz ziemią. Po godzinie uczta była gotowa.

 Fauna i flora wysp Oceanii oferuje bogate zasoby łatwo dostępnej żywności. To w połączeniu z tropikalnym klimatem i panującymi tu przez cały rok wysokimi temperaturami miało wpływ na wytworzenie idyllicznego sposobu bytowania mieszkańców Oceanii. Życia na Pacyfiku wymaga poświęcenia niewielkiej ilości czasu na rzeczy niezbędne takie jak zdobywanie jedzenia oraz budowę domów. Krajowcy żyją tutaj spokojnie, bez ciągłego strachu i walki o przetrwanie, ponadto przez większość czasu mogą się oddawać czynnościom rytualnym oraz dbać o dobre relacje z bliskimi.

 Nawigacyjne trudności

Zaledwie na kilku wyspach Oceanii można spotkać porty z prawdziwego zdarzenia, a cumowanie do drewnianego bądź betonowego nabrzeża należy tu do rzadkości. W prawie wszystkich odwiedzanych przez nas miejscach byliśmy zmuszeni do stawania na kotwicy. Wymagało to w pierwszej kolejności znalezienia odpowiedniej zatoki. Musiała być osłonięta od wiatru i oceanicznej fali, a także posiadać właściwą głębokość i podłoże. Najlepiej kotwiczyć na poziomym dnie pokrytym piaskiem, kotwica wtedy trzyma mocno, a przy silnych podmuchach wiatru powinna się sama nawet głębiej zakopać. Należy starać się zatrzymywać daleko od raf i głów koralowych. Miotany przez poruszający się jacht łańcuch może zniszczyć budowane skrupulatnie przez polipy arcydzieła, a także może się w nie zaplątać uniemożliwiając odpłynięcie.

 Większość map pokrywających wyspy Oceanii, wyłączając plany dużych handlowych portów takich jak Suva czy Papeete, została wykonana jeszcze w czasach gdy w geograficznym świecie było wiele do odkrycia. Już sama grafika reprodukcji sugeruje, że nie zostały sporządzone współcześnie, o czym dosadniej informują umieszczone w rogach daty – 1900, a niekiedy nawet 1850. Wykorzystywane wtedy metody pomiarowe były w dużej mierze niedoskonałe, czego efektem jest przesunięcie wyspy na mapie nawet o kilkaset metrów względem jej rzeczywistego położenia. Na Nektonie korzystaliśmy z map elektronicznych, ale były one jedynie zdigitalizowanymi wersjami tamtych papierowych wykonanych w XIX wieku. W praktyce mogły służyć jedynie jako mapy poglądowe. Dokładną nawigację musieliśmy prowadzić „na oko”. W trudniejszych miejscach wciągaliśmy jedną osobę na maszt skąd mogła dokładnie obserwować przebijające się przez przejrzystą wodę dno i wydawać sternikowi komendy co do kursu, którym powinniśmy płynąć.

  Oko w oko z potworem

 Na wyspie Tanna, położonej w południowej części archipelagu Vanuatu, udaliśmy się na spotkanie z wnętrzem Ziemi. Tu bowiem znajduje się łatwo dostępny, aktywny wulkan Mount Yasur. Za niewielką opłatą miejscowy przewodnik zawiózł nas samochodem do podnóża ziejącego oparami siarki masywu. Po krótkim trekkingu w górę stromego zbocza pokrytego zastygłą lawą stanęliśmy na krawędzi krateru. Z dołu, niczym z paszczy smoka, wydobywał się biały, gryzący dym i wylatywały niewielkie kawałki jasnopomarańczowej magmy. Nagle głośny huk przeszył okolicę, ziemia się zatrzęsła, nagromadzona wewnątrz lawa eksplodowała, a fragmenty rozgrzanej skały wystrzeliły na kilkaset metrów w powietrze. W pierwszym momencie chciałem uciekać, szybko zdałem sobie jednak sprawę, że na niewiele by się to zdało – zdecydowałem się patrzeć w niebo, by móc uniknąć nadlatujących pocisków. Szczęśliwie wiejący znad oceanu wiatr skutecznie znosił płonące kawałki skał z dala od zgromadzonych na krawędzi krateru widzów. Po kilkudziesięciu sekundach bestia uspokoiła się i wszystko wróciło do stanu sprzed chwili. Piekielny spektakl powtarzał się regularnie co kilka minut.

Pod koniec listopada 2010 roku dopłynęliśmy do ostatecznego celu naszej podróży – australijskiego miasta Brisbane. Aby dotrzeć do oddalonej od oceanu metropolii należy przepłynąć kilkanaście mil w górę rzeki. Do centrum trafiliśmy już po zmroku. Jako pierwsze przywitały nas dziesiątki jasno rozświetlonych wieżowców. Po blisko siedmiu miesiącach spędzonych na morzu oraz we wioskach zamieszkanych przez nie więcej niż kilkaset osób, widok drapaczy chmur paradoksalnie przyprawił nas o swoisty szok kulturowy.

 Wyspy południowego Pacyfiku są odwiedzane każdego roku przez zaledwie garstkę żeglarzy. Dopłynięcie do tego obszaru praktycznie zawsze wiąże się z organizacją rejsu dookoła świata. Bez wapienia to właśnie swojej izolacji Oceania zawdzięcza fakt, że dziś nadal jest unikalnym, magicznym regionem w tak niewielkim stopniu dotkniętym przez świat zachodniej cywilizacji. 

Autor: Karol Janas

Komentarze