KTO NIE LUBI SUBIEKTYWNYCH OCEN – NIECH NIE CZYTA !

0
70

Za zgodą Jerzego Kulińskiego  www.kulinski.navsim.pl 

 

Dzisiejszy, okolicznowy news Mariana Lenza ma charakter … polityczny. Przyznaję – tematyka dość luźno związana z żeglarstwem, ale dziś wszysko nam kojarzy się z tym samym. 

To news nawołujący do refleksji, bo jak w końcu wszystko się zawali, to wrócimy do sytuacji opisywanej przez Marysia. Oby tylko !
Pamiętajcie o tym.
Zwłaszcza Ci, którzy już rozpoczęli przygotowania do zagranicznego rejsu.
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
.
——————————————————-
Motto: 
„Herodot z Halikarnasu przedstawia tu wyniki swoich badań, aby dzieje ludzi nie zatarły się z czasem w pamięci i aby nie zgasła sława wielkich i niezwykłych czynów dokonanych czy to przez Greków, Czy to przez barbarzyńców”. (Herodot I 1,1)

Jedziemy do Berlina

Pogrążony w głębokim zamyśleniu snuję się po wystawie „Wiatr i Woda 2016”. To już 28. wystawa! Jeszcze rok, jeszcze dwa i będzie jubileusz! 
Rozpoznając stan mego ducha podchodzi znajmy biznesmen, którego znam jeszcze z czasów pra-pra-kapitalizmu.
– Jestem już na emeryturze
– O! – nigdy bym się tego nie spodziewał, zawsze wydawał się być niezniszczalnym
– Mój zastępca też już przeszedł na emeryturę.
– ??????
– Młodzi wszystko przejęli. Wszystko się zmienia.
– Tak, wszystko się zmienia
 – przytakuję roztargniony.

Przystajemy przed stoiskiem na którym sympatyczna Pani zaprasza na Targi „Boot & Fun” – teraz takie maja hasło przewodnie – w 2016 roku, w Berlinie. Opisuje wystawę, jej walory … 
 Wiele polskich firm się wystawia – zachęca.
Słucham nieuważnie – jej słowa docierają do mnie jak przez watę. Myślami jestem daleko, bardzo, bardzo, daleko.
– Deja vu! Deja vu! – wspomnienia docierają jak przez mgłę. 
Tak, to było jesienią 1992 roku! Na wystawie Hanseboot w Hamburgu dowiaduję się, że zaprzyjaźniona firma Frau Mueller za miesiąc wystawi się na reaktywowanej  (po połączeniu się obu państw niemieckich) – wystawie w Berlinie. 

Postanawiam się tam wybrać. Wieczorem w Gdyni zajmuję miejsce w rejsowym autobusie do Berlina. Jest wypełniony do ostatniego miejsca. Jedzie z nami konduktor, pilot i opiekun w jednym. Nie mam żadnego bagażu – trochę jakby tym się różnię od reszty pasażerów. Pasażer za moimi plecami pyta:
– Wraca pan dzisiaj? 
– A co pan wiezie
? – dopytuje.
– Nic? Czy mógłby pan zabrać „sztangę” Marlboro i butelkę wódki? To wolno. Nie ma ryzyka. W drodze powrotnej będzie piwko … – kusi.
A niech mu tam, nie jestem piwoszem, ale się zgadzam. Tak! Tak! Po kilku latach Janusz Rewiński będzie śpiewał o tych czasach w balladzie: 
„… Zigaretten nach Berlin, łza się kręci w oku mym …”.

Jedziemy ku granicy. Od czasu do czasu autobus zatrzymuje się przy którymś dworcu kolejowym, lub na stacji paliw, na siku. Brakiem bagażu wzbudzam zainteresowanie pilota, którym jest starszy, dystyngowany, pan. Podchodzi i wypytuje:
– Wraca pan po południu – wie, bo ma mój bilet.
– Tylko na jeden dzień? – dziwi się.
– Proszę się nie spóźnić, wracamy o 16:00 – uzasadnia swój niepokój.
 Moglibyśmy już wracać o 11:00, wszyscy już wszystko załatwią, ale taki jest rozkład – wyjaśnia rozbrajająco. 
Widząc jego zainteresowanie mówię:
– Jestem żeglarzem, a w Berlinie jest wystawa jachtów, którą koniecznie chcę obejrzeć. Jeśli ma Pan czas możemy pójść razem – proponuję.

Nocą nie wzbudzając zainteresowania polskich, ani większego zainteresowania niemieckich celników, po sprawdzeniu paszportów przekraczamy granicę i docieramy do Berliner Ring i około 08:00 stajemy na postój w bocznej ulicy centrum Berlina, gdzie autobus będzie czekał do odjazdu. Pasażerowie udają się w swoich interesach, a my z pilotem, który okazuje się, zna doskonale język niemiecki, udajemy się na wystawę.
– Mam legitymację prasową „Żagli”, może uda mi się też i pana akredytowaćPrzedstawię pana jako tłumacza – naświetlam mu swój pomysł.

W recepcji powitano nas jako Very Important Persons – Panowie Dziennikarze z Polski!! Wszyscy stają na baczność! Akredytacja – oczywiście, wejściówki bezpłatne – oczywiście. Zapraszają do Klubu Prasowego, a tam: śniadanie gratis – obiad będzie później – na salaterkach kiście bananów – niczym dzisiaj ośmiorniczki – i pełne grona soczystych winogron, ciasto, naturalny sok pomarańczowy, i kawa; wszystkiego dowoli. Wystawa ma swój jubileusz „50. Tradition und Umwelt” – takie miała wówczas hasło. Starszy pan zachwycony, patrzy na mnie jak w obraz!

Zaczynamy zwiedzanie. Od stoiska do stoiska. Tu dopiero jest szok. Ja już jestem wystawowym bywalcem, ale starszy pan jest oszołomiony. Coś podobnego – takie cuda! W gąszczu giną dwie polskie firmy (jedna wyżej spotkanego biznesmena). Czas szybko leci. Z obiadu rezygnujemy. Odwdzięczę się wystawie publikując w „Gazecie Morskiej” dodatku do „GW” reportaż „50.Wystawa jachtowa”. Kto chce może przeczytać reprint na SSI.

– Już piętnasta, muszę iść do autobusu, proszę się nie spóźnić, bo pojedziemy bez pana – mówi pilot.
Jeszcze to, jeszcze tamto. Już późno! W pośpiechu opuszczam wystawę. Dobiegam do ulicy, w której ma stać autobus. Nie widzę. Odjechał? Jeszcze przecież jest kilka minut! Biegnę do następnej ulicy – Donnerwetter! – wszystkie takie podobne. Do następnej i daleko, daleko, widzę – jest! Biegnę co tchu, mam kwadrans spóźnienia. 
– Mieliśmy już jechać – pilot jest zdenerwowany.
Komplet pasażerów. Każdy jest na swoim miejscu, tylko moje jest puste. Padam ostatkiem sił, zdyszany i spocony. 
– Przydałoby się piwo – myślę.
Ktoś lekko trąca mnie w ramię. Odwracam się i widzę wyciągniętą rękę z puszką Heinekena w dłoni.
– Piwko – mówi mój przygodny znajomy.
Po chwili łyk i przynoszący ulgę zimny napój rozkosznie rozlewa mi się po całym ciele! Nie jestem piwoszem, ale teraz …. Ostatnio piwo tak smakowałem w Muzeum Piwa w Sapporo! Nie ma to jak solidność w interesach!

O północy jesteśmy na granicy. Wszyscy w skupieniu. Niemieckie służby wcale nas nie oglądają, przechodzą wopiści. „… zblatowany celnik śpi…” (to z ballady) – oj, oj, nie śpi, nie śpi przychodzi i spaceruje środkiem autobusu.
– Jest coś do oclenia? – pasażerowie przyjmują postawę, że można sądzić i tak, i nie.
Wychodzi mówiąc: – panie kierowco proszę zjechać na parking i otworzyć luki bagażowe.
Przez autobus przechodzi szmer. Zjeżdżamy i jeden z pasażerów trąca mnie koszykiem – dwadzieścia marek.
– To nie nasz – wyjaśnia mu mój znajomy.
– O przepraszam – i idzie dalej
Przypominają mi się często oglądane sceny ze wschodniej granicy. Nasz celnik, któremu Rosjanie ze względu na okulary nadali ksywę „Kobra” spaceruje po autobusie, lekko kołysząc głową hipnotyzuje ofiary i nagle: ciach! Bezbłędnie trafia w przemytnika, a jego młodszy kolega „Dżeki Patroszyciel” w chirurgicznych rękawiczkach – taki higienista – nicuje do dna przepaściste czemodany .
Koszyk dociera do kierowcy, który wychodzi z nim na zewnątrz. Mija pół godziny, celnik wraca, przechodzi się środkiem autobusu. Wychodzi na zewnątrz, ogląda otwarte luki.
Po chwili: – panie kierowco, zamknąć luki, można jechać.
Powoli zjeżdżamy z parkingu i kierujemy się na Szczecin. Jak się domyślam „koszykowe” zadowoliło celnika. Ostatecznie wszyscy „pracują” na tej granicy! Cały autobus zapada w sen: „… szmuglujemy jak we śnie/ verstehen Sie? …”– to cały czas ta sama ballada.

Rano, jeszcze ciemno, docieramy do Gdyni. Pasażerowie wyciągają bagaże. Ich zasoby jeszcze dzisiaj zasilą słynną gdyńską Halę Targową i okoliczne sklepiki, a wieczorem … kolejny kurs. Po raz ostatni przyglądam się pasażerom – nie wyglądają na meneli. Niektórzy zapewne obrosną w piórka i wyrosną na szacownych przedsiębiorców: jedni zostaną „inwestorami”, inni pójdą do polityki – „… z senatorem miłe chwile …”, jeszcze inni pójdą sprawdzić się w wielkim biznesie – „… na safari strzelam w słonia … „ – cały czas ballada! 

Tak było. Wspominam znajomą z Warszawy, która przez całą komunę „pracowała” w handlu zagranicznym kursując między Rijeką, Warną, Stambułem i Budapesztem. Nie gardziła Moskwą (och te dżinsy!), ani Lwowem. Przyszła transformacja i nowe pomysły. Była obrotna więc z mężem zakręcili się wokół polityki podczepiając się pod Wałęsę. Później pod jakąś koalicję, aby wykreować męża na posła. Niestety bez skutku, a koalicja padła. Jeszcze raz jadą na Wałęsie, ale kolejna szansa pojawiła się dopiero wraz z Ojcem Narodu (później zapędzony w ślepy róg przez „koalicjanta” się powiesił) i wyborami do euro parlamentu! Niestety nie udało się, inni byli lepsi.

Wreszcie bingo! Co to znaczy upór i konsekwencja! Po kolejnej zmianie barw mąż zostaje senatorem. Teraz senator po nowym „tryndzie” zbiera „punkty” z zapałem neofity bluzgając na Wałęsę (?), jedzie na nim jak na burej suce (?), „… z senatorem miłe chwile … trochę golfa, mody krzyk, buty, krawat od Versace, …” – to cały czas Rewiński.

A tu bęc! W połowie kadencji sprawa się rypła! 
To było latem 2009 roku na molo w Sopocie przypadkiem spotkałem Panią Senatorową; dociekam jak do tego doszło. Jest wściekła:
 Temu głupolowi wszyscy tłumaczyliśmy, że nie ma szans, że jest ryzyko, ale on koniecznie chciał przekręcić Tuska, i co? – teraz Pan Prezydent jest sam! Teraz Pan Prezydent jest sam – ubolewała niepocieszona. 
Nie mniej – realizując hasło śp. Lecha Kaczyńskiego „warto być Polakiem” zdążyli załatwić sobie u Pana Prezydenta złote krzyże zasługi.

No i niestety, Senatorowa nie doczekała Dobrej Zmiany. Na progu zmiany się przekręciła, kopnęła w kalendarz, znaczy się trafił ją szlag.
A może Senator wróciłby na swoje miejsce, może dałoby się go upchnąć w ławach poselskich, może trafiłby do Trybunału, lub do jakiejś Komisji. Ostatecznie w Radach Nadzorczych jest tyle miejsc, że mogłoby starczyć dla obojga? 

Pora kończyć. Zaraz pojawią się komentarze, że znowu o polityce i jeszcze większe wymówki na priva! – bo nikt nie lubi tak z otwartą przyłbicą. 
Panowie jaka polityka? Jaka polityka? Samo życie! 
Wysoko krążą jakieś ptaszyska! Syreny? Kruki? Może wrony?
Ta lepsza część społeczeństwa tańczy poloneza na grobach.

Marian Lenz
Gdańsk, 15 kwietnia 2016 roku w dzień obchodów 1050-lecia obchodów chrztu Polski i powstania państwa polskiego. 
———————————————– 

obraz nr 1

Komentarze