Jachtostopem przez Atlantyk – Przestrzenni /5/

0
371

Wiesz, czemu życie jest piękne? 02/12/2015    

W naturze ludzkiej powinno być pomaganie, empatia i bezinteresowność. Powinno. A koń jaki jest, każdy widzi. Rozeznanie woli drugiego człowieka mamy trochę otępiałe, bo czasem wycofujemy się z nawiązania kontaktu oceniając go „po twarzy”. Potem okazuje się, że to był błąd że się nie odezwaliśmy, bo pod tą twarzą skrywa się inna – ta, której potrzebujemy.

Powyższy wniosek niezależnie kiedy został wysnuty, narodził się za późno. Mając świadomość, że podczas tej wyprawy milczenie wyjątkowo nie powinno być cnotą, musieliśmy uczyć się wyczuwać „moment” i nienachalnie rozpoczynać rozmowy tak, żeby jasno się skomunikować i nie wychodzić na ludzi, którzy (niezależnie jak bardzo źle to zabrzmi) za wszelką cenę chcą płynąć „na krzywy ryj”.

Z poprzednim kapitanem i załogą z którą spędziliśmy ostatni tydzień pożegnaliśmy się w niedzielę – chciałam podzielić się z Wami minutowym filmem z tego pożegnania, ale prędkość transferu danych pozostawia wiele do życzenia. Mam pomysł, żeby po powrocie udostępnić sytuacyjne filmy krótkometrażowe, bo na pełen metraż będzie trzeba trochę poczekać. Kontynuując, przygoda z poprzednim kapitanem prawdopodobnie nie do końca dobiegła końca, bo możliwe że się spotkamy na Karaibach. Póki co, my zostaliśmy na kei machając Zorbie, znów zdobywając status czasowego bezdomnego.

Parę dni przed przypłynięciem do Mindelo dostaliśmy wiadomość od australijskiego kapitana, że wypłynęli na wycieczkę po wyspach i wrócą za 4-5 dni. Oczywiście mają nadzieję że to nie problem i że sobie poradzimy. Oczywiście, to był problem bo zostajemy przez prawie tydzień bez dachu nad głową. I jak zwykle oczywiście niepotrzebnie zaczęliśmy się tym martwić. Historia dalej ma się tak, że w marinie stał polski jacht z Sopotu – Lady Dana 44. Podeszliśmy do załogi, wytłumaczyliśmy że jacht który ma nas stąd zabrać przypłynie dopiero za kilka dni i szukamy pomocy wśród żeglarzy z prośbą o przenocowanie, bo:

  •     nie mamy pieniędzy
  •     strach się zapuszczać na miasto z bagażami, zwłaszcza że jedyny tutejszy hostel jest osadzony w bardzo nieciekawej okolicy
  •     nie wymagamy wiele, mamy niewiele i możemy spać nawet w kokpicie (nie wchodząc do środka)

Jako, że był to polski jacht, uznaliśmy że dobrą rozgrzewką (póki co bez barier językowych) będzie rozmowa właśnie z rodakami. Dalszą część historii można się domyślić. Załoga przyjęła nas bardzo życzliwie, dała miejsce do spania, nakarmiła i…napoiła. I to nie raz! I to nie tylko wodą. Zostaliśmy więc bezpiecznie zakwaterowani w polskim jachcie, nie martwiąc się o dach nad głową przez następne trzy noce. Perspektywa tułaczki dwa dni (mogliśmy zostać tylko na trzy noce, bo do tego czasu jacht stoi w porcie. Później płynie na Karaiby) brzmiała o wiele lepiej niż pięć dni.

Ostatni wieczór zmienił bardzo wiele. Po dojechaniu ostatniej osoby z załogi i wieczornym „przyjęciu”, decyzyjne osoby zaproponowały wspólny przelot przez Atlantyk. Dziś wiemy, że australijski katamaran nie daje nam sygnału o swoim położeniu, więc nie chcemy ryzykować. Płyniemy z dzielną, polską załogą na Martynikę. Dalej, co z nami będzie zobaczymy.

Jak widać, planowanie sprawdza się tylko w tabelkach. My już nie planujemy, bo mamy ciągłą opiekę z Góry. A Bóg wymyśla nam o wiele lepsze opcje niż sobie wstępnie ustalaliśmy. Najlepsze, ze tego typu sytuacja nie zdarzyła się pierwszy raz. Któregoś dnia, po przeżyciu kolejnej z niespodzianek nasunęła mi się myśl, którą pozwolę przytoczyć:

– Wiesz, czemu życie jest piękne?
– Bo to co zaplanowałeś, może w ogóle nie wyjść. Za to może się udać wszystko lepsze, o czym nie miałeś odwagi pomyśleć.

I tym pozytywnym akcentem zakończę wywód – jacht na którym płyniemy ma AIS, czyli można go zlokalizować w czasie i przestrzeni. Na Martynice powinniśmy być koło 15 grudnia. Jak tylko dopłyniemy, zameldujemy się!

Dziennik pokładowy – 6 grudzień, niedziela

Podczas gdy Wy, mieszkańcy wielkomiejskich i mniejmiejskich miejscowości jecie w rodzinnym gronie niedzielną jajecznicę (lub tofucznicę), my powoli przemierzamy Atlantyk. Dopiero czwarty dzień. Na podstawie prędkości i ilości morskich mil do pokonania, zgodnie z wyliczeniami zostaje nam jeszcze około 11 dni żeglugi – 1615 morskich mil. Z około 2070nm w linii prostej. 

Znaleźliście w bucie upominek od św. Mikołaja? Z racji tego, że my tu przemieszczamy się boso lub w sandałach, a Mikołaj i jego renifery prędzej się rozpuszczą z zapocenia zanim tu dolecą, trzeba było sprawić sobie jakiś substytut mikołajkowego prezentu. Ja na tę okazję postanowiłam umyć głowę (z odżywką!). Bartek za to poczynił całej załodze „wypasioną” jajecznicę z niezliczonymi dodatkami, a panowie z załogi zaserwowali sobie po puszce schłodzonego caboverde’ńskiego Super Bock’a. Każdy więc świętuje jak lubi. Ja może w gratisie obetnę sobie paznokcie?

Perspektywa żeglowania około dwóch tygodni przedstawia ten czas jako wielką niewiadomą, kryjącą w sobie spory zadatek do barwnych morskich opowieści. Póki co, bilans po czterech dniach ma się tak, że:

  1. chłopaki złapali dwie dorady które zjedli ze smakiem (po jednej wczoraj i dziś)
  2. z racji dosyć słabego wiatru zmieniliśmy genuę na genakera (przedni żagiel na większy powierzchniowo) 
  3. leżałam dwa dni z migreną przez odwodnienie i niedożywienie. Z własnej głupoty, bo to nie pierwszy raz. 
  4. widzieliśmy stado delfinów. Chwilę się pobawiły przy dziobie naszego jachtu i popłynęły dalej doglądać rewirów.
  5. latające ryby nie próżnują i co noc wskakują nam ochoczo na pokład. Chyba nie przemyślanie, bo rano widzimy je ususzone, biedaki.

Jest spokój, cisza, wiatr spokojny, fale umiarkowane, a niebo nocą zupełnie inne niż w Polsce. Włącznie z tym, że księżyc porusza się po nieboskłonie w prawo i zamiast „rogala” ma kształt litery „u”, a Kasjopea i inne gwiazdozbiory są „kopnięte”. Dodatkowo zachody słońca trwają około 2,5 min. Jeżeli wolno mrugasz, jest prawdopodobieństwo, że przegapisz moment „wpadania” słońca w horyzont. Tak samo jest przy wschodach – niesamowite zjawisko. Zwolennicy szybkich randek byliby zachwyceni. Max 5 min (z odebraniem sympatii z domu, dwoma buziakami i odwiezieniem) i po robocie. 

Milena

https://przestrzenni.wordpress.com/

Komentarze