Gutek – Ocean południowy to jedna wielka pustka

0
300

Najpierw było ciepło, potem temperatura gwałtownie spadła. Są wady i zalety takiego rejsu z przystankami. Jak się płynie od razu dookoła, trzeba się tylko raz przyzwyczaić, o i płynie się dłuższy czas. A tutaj trzeba wrócić do tego o czym się już zapomniało.

MJ: Co możesz powiedzieć na temat pogody po opuszczeniu Cape Town? Czy to co się działo (najpierw długi sztorm przed startem, a potem długa cisza) było bardzo dziwne jak na te okolice?

ZG: Nie, po prostu tak się ułożyło, stworzyła się naturalna bariera, która nie pozwalała nam się dostać na południe. Z matką naturą nie wygramy. Ale na pewno bezpieczniej było poczekać ze startem niż halsować się pod 50 węzłów. Halsowaliśmy pod 35. To regaty, a regaty są na wodzie i ja nie mam żadnych możliwości żeby załatwić pogodę.

MJ: Czy trudno jest przestawiać się, kiedy najpierw masz ciszę, a praktycznie zaraz potem sztorm?

ZG: Ja byłem mocno sfrustrowany. Gdzie nie popłynąłem, było źle, albo dziura, albo płynąłem do tyłu, albo sztorm, niosło nas w zupełnie innym kierunku niż chcieliśmy się przedostać. Prognozy się nie zgadzały. To było wkurzające. Albo nie było wiatru, albo był ze złego kierunku.


MJ: A co jest gorsze – cisza czy sztorm?

ZG: Oj. Cisza była chyba gorsza, bo nic nie można było zrobić.

MJ: Cisza cię bardziej denerwuje?

ZG: Do tego jest jeszcze fala. A fala jest destrukcyjna. Łódka lata, wszystkie okucia się ruszają, strzelają, można tylko czekać aż się coś zepsuje. Chyba lepiej już jak jest sztorm, choć też nie za duży. A w każdym razie jak jest wiatr.

MJ: A jak reagujesz na takie frustrujące warunki?

ZG: Różnie. Ale raczej krzyczę. Tyle się już nakrzyczałem do tych moich urządzeń różnych że czasami mnie gardło bolało.


MJ: Czy dużą ulgą było wreszcie dostanie się w warunki typowe dla Oceanu Południowego?

ZG: Z jednej strony tak, ale dokładnie w tym momencie zaczęły się moje kłopoty z jednym urządzeniem o którym już nie chcę gadać, bo powiedziałem za dużo. Także z jednej strony byłem szczęśliwy, że mam normalny wiatr a z drugiej wiedziałem, że jest źle. Generalnie cały czas – poza pierwszym tygodniem – to były warunki typowe dla Oceanu Południowego. Może jeden sztorm był mocniejszy niż zwykle, no i nie był jeden tylko trzy ? trochę dużo jak na jeden etap.

MJ: Na początku drugiego etapu dużo było częstych zmian pozycji. Ty lubisz takie bliskie regaty?

ZG: To akurat było fajne. Brada widziałem jeszcze 3-4 dni po starcie, z Derekiem płynąłem też kilka dni. To fajne być na środku oceanu i widzieć kogoś innego. Nawet jak się skończył kontakt wzrokowy to wciąż byliśmy w odległości kilku godzin od siebie.

MJ: Czy walka z Bradem jest twoim głównym celem?

ZG: Ja po prostu płynę swoje. Zobaczymy co to przyniesie. Gdybym był skupiony tylko na walce, to prawdopodobnie mógłbym z czymś przesadzić. Lepiej wszystkie zamiary kalkulować na chłodno, przemyśleć trzy razy. Oczywiście jeżeli się trafi okazja to nie ma powodu, żeby jej nie wykorzystywać, ale nie ma co z góry zakładać, że poświęcę wszystko, żeby wyprzedzić jedną łódkę. Nie myślę o tym.

MJ: Wiem, że już mówiłeś o tym dużo, ale powiedz jeszcze raz, na czym polegała awaria autopilota i jakie mogły być jej potencjalne konsekwencje?

ZG: Pierwsze kłopoty zaczęły się dzień przed Wigilią. Do tego dnia wszystko działało perfekcyjnie, żadnych oznak awarii. Nagle łódka zrobiła rufę. Ta pierwsza rufa jeszcze była w warunkach znośnych, w miarę bezpiecznych, nie było dużej fali jeszcze. Ale się zaczęło. Skontaktowałem się z serwisantem, który powiedział że musi działać. Zdenerwowałem się, ale co mam zrobić – płynę dalej. Kolejna rufa, tym razem taka, że mało życia nie straciłem, przykleiłem się żaglami do wody. To było w nocy i w szkwale, idealny moment. Przez chwilę nie wiedziałem nawet czy jestem na górze czy na dole, było czarno. Zacząłem próbować coś zrobić, przez chwilę nawet myślałem, że już nie będę miał elektroniki. Zacząłem się bać o własne życie po raz pierwszy. Środek oceanu, nie mam kierowcy, nie da się płynąć bez samosteru. To tak samo jakby w trakcie lądowania samolotu wyłączyć urządzenia i pilot albo zdąży zareagować albo nie. Później się do tego przyzwyczaiłem że on jest w stanie zrobić coś nieprzewidywalnego i byłem cały czas przygotowany na szybką reakcję.

MJ: Czy bardziej denerwowało cię to, że masz awarię czy to, że możesz stracić pozycję?

ZG: Straciłem zaufanie do tego urządzenia i bałem się stawiać większe żagle w odpowiednich do tego warunkach. Płynąłem przez to dużo wolniej niż normalnie bym płynął. Genakera użyłem tylko dwa razy a mógłbym na nim płynąć większość czasu. Ale po prostu się bałem.

MJ: Czy myślałeś, że w tym momencie mógłby to być koniec wyścigu?

ZG: Tak. Świetnie zdaję sobie z tego sprawę. Bo człowiek nie jest w stanie, sterować, nawigować, jeść i spać w tym samym momencie. Trzeba odpocząć, ogrzać się, zarefować, rozrefować. To tak jakby pilot w samochodzie zdecydował, że trzy zakręty jedzie dobrze, a na czwartym jednak w drzewo.

MJ: Czy jak masz kłopoty, to twoja wyobraźnia zaczyna szaleć i popadasz w czarnowidztwo?

ZG: Oj tak. Bardzo. Miałem od razu 74 różne rozwiązania tej sytuacji. Wizji miałem wiele – czarnych oczywiście.

MJ: Czy jak się jest na łódce samemu, to ten efekt się zwiększa? Jest gorzej niż jakby była tam druga osoba?

ZG: Chyba nie. Ale bardziej się to odczuwa, bo nie można liczyć na nikogo, tylko na siebie.

MJ: A trudno jest potem zacząć myśleć pozytywnie?

ZG: Potem to już tak pozytywnie myślałem, że go prosiłem, mówiłem do niego: „No weź, nie rób mi tego, jedź normalnie”. Na koniec zadziałało, na tyle, że dojechałem, nie było super-dobrze, ale się udało.

MJ: Jak bardzo wymagające fizycznie są warunki na Oceanie Południowym?

ZG: Przede wszystkim jest zimno. Jeżeli nie ma się każdej czynności na zewnątrz dobrze zaplanowanej to zaczynają się kłopoty. Jest tak zimno, że dłonie marzną bardzo szybko, a jeżeli cos się zostawi w połowie, to może się to źle skończyć. Trzeba wszystko dokładnie zaplanować a potem to wykonać. Zimno sprawia że szybciej tracimy energię, a w środku też nie jest za ciepło, cały czas mokro.

MJ: Jesz dużo więcej w takich warunkach?

ZG: Właśnie nie. Jeść mi się nie chciało, ale piłem dużo więcej ciepłych napojów. Jadłem przez rozum, wiedziałem, że trzeba jeść.

MJ: Od strony psychicznej co jest najtrudniejsze?

ZG: Ja się tylko zastanawiałem, co będzie, jak przyjdzie 50-60 węzłów wiatru i 15-metrowe fale, bo na Operon Racing nie miałem jeszcze okazji pływać w takich warunkach. To były znaki zapytania, jak przygotować siebie, jak przygotować łódkę. Już bardzo dużo wiem, ale jeszcze trochę czasu powinienem na niej spędzić.

MJ: W jakim stopniu w tej chwili ufasz Operonowi? Na ile go znasz?

ZG: Wiem już dobrze w jakich warunkach i na jakim kursie jest OK przy konkretnym ożaglowaniu. Mogę więc iść na dół, napisać maila, zjeść coś. Inaczej muszę cały czas uważać.

MJ: Co możesz powiedzieć o okolicznościach przyrody? Jak tam jest na Oceanie Południowym?

ZG: Generalnie jest brzydko, buro i ponuro, nikomu nie polecam. Szaro, czarno, zimno, deszcz pada, chmury. Trafiły się dwa dni ładne i było naprawdę bardzo ładnie. Było przyjemnie, pokazały się rybki, wieloryby, orki, delfiny, można było spędzić trochę więcej czasu na pokładzie, bo już nie było tak strasznie zimno.

MJ: Czy ta przyroda cię onieśmiela, potęguje w jakiś sposób samotność?

ZG: Nie, ale na pewno daje do zrozumienia, że jesteśmy intruzami w tym środowisku, inwalidami. Jedna wielka pustka, natura niedotknięta przez człowieka przez tysiące lat.

MJ: A w którym momencie samotność dopada najbardziej?

ZG: Chyba święta. Ale całe szczęście że nie ma choinki, nie ma kolęd, nie ma sklepów, tego uniesienia. Po prostu dzień jak dzień. Ale chyba najbardziej kiepski z tych wszystkich.

MJ: W trzecim etapie będzie taki punkt, kiedy będziecie jeszcze dalej od cywilizacji. Jakie emocje z tym się wiążą?

ZG: Tak naprawdę to jest to samo. Znowu trzeba popłynąć na południe. I tyle. Warunki są bardzo podobne.

MJ: Co czułeś kiedy wpływałeś w największy sztorm, ten koło bramki bezpieczeństwa?

ZG: Chciałem uniknąć dostania się w najsilniejszy wiatr, ale bramka była tak ustawiona, że się nie dało i trzeba było wjechać w ten bardzo silny wiatr. Niestety spóźniliśmy się jakąś godzinę – dwie. Z 10 godzin staliśmy w środku tego niżu.

MJ: A czy świadomość nadchodzącego sztormu wpływa na twoje myśli, na uczucia?

ZG: Mentalnie trzeba się do tego przygotować. Będzie więcej wiatru, warunki życiowe zmienią się na tragiczne, przechył, zjazdy z fal jak po kamieniach, mokro, spanie w sztormiaku. Trzeba się przestawić.

MJ: A co się dzieje jak wychodzisz w takich momentach na pokład?

ZG: Przede wszystkim głowa obraca się cały czas 360 stopni dookoła. Na sprzęt, na wodę, na wiatr, na chmury. Spod każdej przychodzi tego wiatru jeszcze więcej, do 40%, trzeba więc wszystko zaplanować, żeby pracować nie pod chmurą i nie nocą. Oprócz tego woda jest zupełnie inna. Są ogromne fale, a na nich są inne, trochę mniejsze, które się zaginają, załamują, kąśliwe takie. Nie widzi się w ogóle horyzontu. Raz na jakiś czas – godzinę, półtorej – przychodzi tzw. 7 fal. I one są jeszcze większe, wtedy się góruje nad wszystkimi innymi falami i widać co się dzieje. A tak jest się cały czas pomiędzy, człowiek jak ryba, brakuje tylko żeby płynęła łódka pod wodą. Miałem jedną wbitkę, Operon zanurzył się dziobem w falę z przodu, stanął pionowo prawie, potem przewrócił się na bok. Na szczęście to było za dnia.

MJ: To był najgorszy moment w tym etapie?

ZG: Najbardziej niebezpieczny.

MJ: Czym się to mogło skończyć?

ZG: Jacht się wywrócić nie powinien. Ale gdyby coś w takielunku było źle ustawione albo źle zamocowane to można by maszt stracić, podrzeć żagle, dużo rzeczy można by zepsuć.

MJ: Jakie są wtedy dźwięki dookoła? Jest coś szczególnie niepokojącego?

ZG: Dźwięki są straszne, apokalipsa. Ale są systematyczne, człowiek się do nich przyzwyczaja. Ale oczywiście jeżeli pojawia się jakiś nowy, nienaturalny, jakieś stukanie, to trzeba iść od razu zobaczyć co się dzieje, nie można tego zignorować.

MJ: A jak było w trakcie pływania blisko z Derekiem, kiedy zamienialiście się miejscami?

ZG: Fajnie było, musieliśmy dzwonić do siebie, bo się wcale nie widzieliśmy a byliśmy jakieś 3 mile od siebie. Ale ani ja go na radarze nie widziałem, ani on mnie.

MJ: Czy byłeś pewien, że uda ci się go wyprzedzić?

ZG: Nie, absolutnie nie. Ja nigdy nie jestem pewien że dopłynę do mety. Wyprzedziłem go wtedy, kiedy była taka możliwość, wiedziałem, że to się może nie powtórzyć, teraz albo nigdy.

MJ: A dlaczego zdecydowałeś się podchodzić do Nowej Zelandii od południa?

ZG: Wiedziałem jedno, jeżeli będę płynął z Darkiem, to on mnie przejedzie. Ale taki plan miałem już wcześniej. Zadzwoniłem do komisji regat i zapytałem, czy to jest dozwolone. Przeczytałem instrukcję żeglugi 2 czy 3 razy ale nic na ten temat nie było. Chciałem się upewnić, że mogę. Zaskoczyłem ich strasznie tym pytaniem, ale powiedzieli, że nie ma problemu. Wtedy nie byłem jeszcze tego pewny, ale rozważałem taką opcję. Akurat z pogody tak wyszło, że tamta strona była dla mnie korzystniejsza, więc kilka dni wcześniej już wiedziałem, jak popłynę. Wychodziła krótsza trasa o jakieś 130 mil czyli pół doby. Policzyłem i moje szanse do Brada zaczęły się wyrównywać. Zabrakło mi trochę szczęścia bo się spóźniłem kilka godzin żeby być z nim na milimetry.

MJ: Czyli miałeś nadzieję, że go dogonisz?

ZG: Tak, ale naprawdę nie przesadzałem z prędkością. Mogłem płynąć dużo, dużo szybciej, ale powiedziałem: „Nie, jadę żeby utrzymać drugie miejsce”.

MJ: Cieszyłeś się bardzo, kiedy dopłynąłeś pomimo tych wszystkich kłopotów?

ZG: Cieszyłem się, że samoster mi aż tak nie przeszkodził. Miałem przecież wpłynąć na Kerguleny, miałem wpłynąć do Perth ? udało się.

MJ: Twoim zdaniem, gdyby nie to, to mógłbyś wygrać ten etap?

ZG: Nie wiem. Jest mnóstwo rzeczy które się składają na ten wynik. Może gdyby nie problem z samosterem byłoby coś innego. A może za szybko bym płynął ? trudno powiedzieć.

MJ: A co myślisz o tym, co cię czeka po starcie 3 etapu?

ZG: Prawie to samo. Trzeba dojechać do Hornu, minąć Falklandy, trafić do Punta del Este. Nie chcę już myśleć o samosterze – mam cały zestaw nowej elektroniki którą będziemy instalować, od firmy Eljacht. Ten system działa na innym sygnale, na innym patencie. Jeżeli wszystko będzie dobrze i ja będę ufał temu urządzeniu, to będzie dobrze. Jeżeli chodzi o niebezpieczeństwa to są takie same. Znów będzie się trzeba do wszystkiego przyzwyczaić.

MJ: A jak oceniasz swoje szanse na tej konkretnej łódce w tych konkretnych warunkach jakie stwarza Ocean Południowy?

ZG: To że jest dużo wiatru to nie znaczy, że można szybko płynąć. Płyniemy więc z podobnymi prędkościami, daleko mi nie uciekną. Każdy ogranicza się do takiej prędkości która jest po prostu bezpieczna. Mniej wiatru, 25-30 węzłów, to idealne warunki dla każdej łódki. Na halsówce i równo z wiatrem mamy podobne prędkości. Zauważyłem za to, że w półwietrze nie jestem w stanie utrzymać ich tempa. Przy 30-40 węzłach używają podobnych małych żagli, ale kształt mojej łódki jest inny, wcześniejszy o kilka lat, nie jest płaska i przez to „ciągnę wodę”. Teoretycznie jestem skazany na porażkę. Samochód 10 lat starszy nie może być szybszy. Po prostu.

MJ: A jakie masz oczekiwania co do trzeciego etapu?

ZG: Przede wszystkim chcę go przepłynąć w całości. Wszystko może się rozegrać za Hornem, tam są ciekawe warunki atmosferyczne. Można znowu dużo zyskać albo dużo stracić. Wszystko zależy od interpretacji pogody – tam będzie ciekawie na pewno.

MJ: A sam Horn? W jaki sposób on istnieje w twojej głowie?

ZG: Magiczne miejsce. Ponure i piętrzące grozę. Fajnie na to popatrzeć, dobrze pamiętam. Mount Everest żeglarstwa, ale miejsce kiepskie. To przede wszystkim cieśnina. Piętrzenie się wody, która cyrkuluje dookoła kuli ziemskiej a w tym miejscu napotyka zwężenie. Fala, silny prąd. Do tego jeszcze szelf, z 5 km głębokości robi się kilkaset metrów, po prostu niebezpiecznie. Naturalny przeciąg, w tym miejscu wieje przez 360 dni w roku. Przez te 5 dni wieje tam mniej niż 10°B. Dlatego statki używają Cieśniny Magellana, żeby się w ogóle w tym miejscu nie pojawiać.

MJ: Czy po Hornie to można uznać, że będzie z górki?

ZG: Teoretycznie lepsze, łatwiejsze warunki, zaczynają się jakieś 1000 mil od Hornu. Dopiero tam znika wielka fala. Różnica jest kolosalna pomiędzy Oceanem Południowym a Atlantykiem – jak między Zatoką Gdańską a sztormowym Bałtykiem. Ale w rejsie dookoła świata przejście Hornu to najważniejszy punkt. Potem można już gwizdać na pokładzie.

 

Komentarze