Dziennik pokładowy – część III

0
143

27.11.

Walnąłem w coś. Nie wiem w co. W środku jest sucho, na dziobie brak śladu. A wydawało się, że to było bardzo twarde. Dobrze ze byłem w dryfie max. 4 kn.

Sztorm 8B. Fok sztormowy. 17:47 Pojawia sie księżyc. 17:55 Chrzest. Za późno by zrzucić żagiel. Byłem na jachtach z przyrządami, które zanotowały raz 40 drugi raz 45 kn. Teraz było nie mniej. A leciałem w fordzielu na 2m2 z prędkościami 6-10kn. Nie zastanawiałem sie długo. Już przy pierwszej próbie wywózki do wiatru wywalam dryfkotwę. Żyjje! Nie damy się Mała, dasz radę. Przede wszystkim aktywnie. Wiatr ma delikatną odchyłkę na wschód. Ja wykorzystuję każdą okazje by uciec, choć parę stopni na zachód. Wiatr nie jest najgroźniejszy, ale gdy mam za dużo żagla (2m2 jest za duże) to wywozi do wiatru, a fal już jest na ponad połowę masztu. Lecę na dryfkotwie i foku sztormowym. 3-5kn. Mam sterowność i staram się sie uciekać przed kolejnymi cumulonimbusami, śpiewam do nich i do Małej. W słuchawkach „Waiting (phase one)”  

Za sterem do 4 rano. Na zachodzie widziałem biały błysk, nie spadochronowa [raca], na pewno nie świtało, jakaś pirotechnika. No cóż białe to raczej nikt nie wzywa pomocy tylko odwoluje. Wiatr sie ustabilizował około 8B, później 7B już bez burzowych chmur. 62 mile

28.11

Idiota. Wychodzę z kabiny wyłączam AISa, muszę oszczędzać. Akumulator 55Ah, ale nie wiem, przy jakim napięciu wyłącza się AIS (okazało sie już na Teneryfie ze przy 9.6V). Brakuje słońca i nie ma ładowania. Na pokladzie burdel, fala 5m, sprzątam w końcu. Nie wiem ile czasu minęło. Siadam do steru, chce nadrobić przespany czas, odwracam sie by wycignąć stabilizator kursowy(dryfkotwę). O shit!!!  Idealnie w moim kilwaterze statek! Blisko bardzo blisko. Mila? Rzucam sie do kabiny, jedną ręką włączam UKF drugą AISa. Będę musiał wołać cale towarzystwo w okolicy. Czy zdąży sie załadować nazwa statku?  Jest. „Anangel Legend” 1,8 mili. W piz…dużo miejsca jeszcze ma!

 

-hello maleństwo, jestem na Twoim kursie! Czy mnie widzisz!?
-ok, na kursie

Nic nie mogę zrobić, za duża fala by odejść z kursu na więcej niż 10-15 stopni, a hamulec wciąż w wodzie. Sprawdzam na AISie, co robi. Kurs z 194 schodzi na 190, później 185. Dziękuję mu przez radio i mówię, że jest juz ok. On pyta jeszcze czy u mnie wszystko w porządku, czy nie potrzebuję jakiegoś wsparcia. Bardzo to milo usłyszeć. Odpowiedziałem ze wszystko gra. Bo co miałem rzec? Że kiełbasy bym zjadł?  A zjadłbym 😛 !

Ok nic nie widzę przy takiej fali, ogarniam jeszcze raz sytuacja na ekraniku AISa. Ooo SAR się wyświetla. Jest na moim kursie? 80mil stąd i spotkamy sie za pół godziny? Coś tu nie gra. Jego prędkość to 150kn. Co to do cholery jest?? Przełączam ekran, a tam porusza sie piękna ikonka samolotu. Ej!  Przecież właśnie meldowałem, że u mnie okej. Jest jakiś alarm. Nie mam UKF z DSC, na CH16 nic nie mówią. Przypomniałem sobie nocny błysk. Samolot zaczyna krążyć jakieś 15mil przede mną.

Zrobiło sie trochę słonecznie, wiatr spadł do 6B, samoster zaczął działać. Zrobiłem jedzonko, dużo i zasnąłem w środku. Obudził mnie radioodbiornik, którym dostałem w głowę. Jacht na burcie, mała fala (przez ku..a otwartą) zejściówkę. Zaczynam ogarniać środek. O jajeczka! Na podłodze. Czuję, że jacht jest znowu w dolinie fali, bokiem, Co jest? Patrzę, a samoster spadł z osi i Mała od kilku minut steruje absolutnie sama. Wyłażę na zewnątrz. Dociera do mnie, co zrobiłem…Głupek. Obie części sztorcklapy leżały w kokpicie, została jedna. Na szczęście ta większa – dolna. Rozglądam się jeszcze po wodzie, choć wiem ze nawet gdybym ja zauważył (a to nie możliwe, bo przecież wypadła już wcześniej, a my ruszamy sie szybciej) to w tych warunkach nie podejdę do niej. I widzę! Żółwia… nie wiem, może mam omamy? 75 mil

ozi i brożka
 

Komentarze