Bartek Czarciński – 10 tygodni

0
536

 

Początek tygodnia upłynął pod znakiem słabych, kręcących wiatrów. Nie mogę narzekać, bo dało mi to możliwość przeprowadzenia prac organizacyjnych, do których potrzebowałem ciszy i spokoju. Za to w piątek ocean się obudził i zaserwował od razu silny wiatr.

Dzień 65

Snujemy się od rana. W sumie to już od 4 dni nie mogę przekroczyć 100 mil na dobę. Rano ciężko było już nawet płynąć powyżej 3 węzłów i za często pojawiała się 2 we wskazaniach prędkości. Trochę mnie to zmotywowało do postawienia czegoś większego z przodu. Wybór padł na mniejszy code 0 (ostatnio zwijany w popłochu, nie do końca w 100% suchy, to będzie okazja przewietrzyć).

Jedziemy teraz nawet 4 węzły, ale to raczej dlatego, że jak tylko postawiłem większy żagiel, momentalnie dookoła zaczęło robić się ciemno od chmur i już wieje 10-15 węzłów. Kurs kiepski – 240. Przechodzi jakiś lokalny mały front nad nami i stąd zmiana jego kierunku. Mogło by popadać, bo kryształki soli zaczynają pokrywać każdy skrawek pokładu i takielunku. Nie żałuje, że zapomniałem zabrać soli. Spokojnie mógłbym zbierać ją z pokładu i pakować do małych woreczków, zdrową atlantycką sól w kryształkach. Może założę małą manufakturę? Ciekawe co by na to urząd skarbowy powiedział?

Pilnuje się żeby zestawy łowcze wodować od rana. Po 2 dniach bez ryb (bo 3 dni temu do klubu przyjaciół zielonego kalmarka dołączył całkiem pokaźny tuńczyk) wróciłem do wyrzucania dwóch żyłek za rufę i ciągnięcia ich tuż przy powierzchni wody. Tylko wtedy coś się interesuje moimi przynętami. Do kalmarka dołączyły dzisiaj piękne haczyki zdobione nitkami z jakiejś pomarańczowej liny. Prawdopodobnie autorstwa Kapitana Tomka Cichockiego. Najprostsze bywa najlepsze, więc jest nadzieja!

obraz nr 1

Spędziłem bardzo aktywne popołudnie. Co prawda nie za bardzo żeglarsko, a administracyjnie. W związku z tym, że nawet wielki, jak na Perłę, żagiel z przodu ledwo ciągnął, został zrolowany. Grot wyciągał prędkość ledwo 2 węzłów, ale okazało się to idealną prędkością w stosunku do długiej fali, której w ogóle nie było czuć na pokładzie. Łódka powoli unosiła się i opadała. Do czasu gdy nadejdą silniejsze wiatry mam trochę zadań do wykonania. Zacząłem od kabiny. Z doświadczeń Bałtyckich i Morza Północnego wiem, że jak zacznie się chodzenie w sztormiaku, to wszystko będzie mokre w środku, a pierwsza będzie kanapa na wejściu. Dlatego przygotowałem miejsce na materace na dziobie, gdzie będę je przechowywał gdy będę mokry wchodził w sztormiaku, z którego będzie lała się woda. Po co je moczyć. Specjalnie na tą okazję materac z granulkami styropianowymi został uszyty z takich materiałów, które trudno chłoną wodę i szybko schną. Będę spał jedynie na nim. Przetestujemy w boju. Później przeniosłem się do warsztatu na rufę. Muszę jakoś zabezpieczyć plastikowe butelki i skrzynki na narzędzia. Do tej pory butelki po prostu układałem na dnie. Problem pojawił się kiedy chciałem użyć agregatu, który mocno podgrzewa atmosferę dookoła, a był zarzucony butelkami. Zrobiłem z sieci rybackiej zasieki. Spokojnie, sieć zabrałem ze sobą i nie pochodzi z żadnej pospolitej kradzieży na morzu.

Dzień 66

Dzisiaj wróciłem do zgłębiania tajników pracy z liną dynemą. Wgrałem przed rejsem trochę instrukcji z obrazkami, które prowadzą krok po kroku jak na przykład zaplatać na linie ucho, czy łączyć dwa końce liny ze sobą. Potrzebuję przygotować sobie kilka stropików z dwóch stron zakończonych uchem. Gdy będę stawiał foki sztormowe chciałbym, żeby pracowały ponad koszem dziobowym i relingiem. Tak żeby nie obrywały od byle jakiej fali chodzącej po pokładzie. Strasznie zawiły opis dla kogoś kto nie używał żagli sztormowych, ale przy najbliższym postawieniu foka zobaczycie o co mi chodzi. Tak więc z twarzą wlepioną w ekran komputera z instrukcją zaplatania ucha, zabrałem się do roboty.

obraz nr 2

Dzięki żaglowni Sail Service i jej fachowcom, mam niezbędne narzędzia do naprawiania żagli i pracy z linami. Na tej zabawie zleciało mi pół dnia, aż zastał mnie zmierzch. Oczywiście reszta dnia to prace gospodarczo przeglądowe. Żeby spać w miarę spokojnie, staram się nie zapominać o przeglądzie masztu, lin, żagli i wszystkich pozostałych ruchomych i tych, które powinny być stałe, elementów. Czasami 2 godziny chodzę od śrubki do śrubki i sprawdzam czy się wszystko trzyma na swoim miejscu. Od takie zboczenie zawodowe. Trochę to złudne, bo nie wszystko jestem w stanie dostrzec. Wiele razy udało mi się jednak nie dopuścić do małych tragedii, więc kontynuuje swój codzienny rytuał.

Dzień 67

Wiatr nie dość, że przeciwny, to jeszcze coraz słabszy. Zaczęliśmy tydzień z przebiegiem dobowym 90 mil, wczoraj było 95. Czyli zakładana średnia 90 mil zrealizowana. Dzisiaj niestety już tylko 80 mil i wszystko wskazuje, że rosnąć w najbliższych dniach nie będzie. Snujemy się 3,5 węzła i gdyby nie to, że dzisiaj wypadają moje imieniny, a to dobry powód żeby poświętować, morale mogłyby mocno spaść. Do świętowania trzeba się przygotować. Placka nie upiekę, słodyczy nie ma, trzeba szukać innych małych przyjemności. Upiekłem chleb. Już o tym nie raz wspominałem, ale cały czas jestem pod wielkim wrażeniem mojego garnka do chleba! Zauważyłem, że z przedmiotów które mnie otaczają, najbardziej cieszą mnie rzeczy najprostsze, najmniej skomplikowane. Najlepiej jak nie potrzebują do działania elektryczności. Oczywiście fascynuje mnie internet satelitarny, ale garnek chyba częściej budzi uśmiech na mojej twarzy. Jest jakiś czar w prostych rzeczach, które działają. Pewnie ma na to wpływ fakt czy rozumiem jak coś działa. Dlatego dobrze czuje się na łódce, bo wiem jak jest zrobiona i jak widać, na razie działa, choć też jest bardzo prosta. Mam nadzieję, że się nie obrazi, za to że porównałem ją do garnka. Tak mi się jednak wydaje, że w tym całym szalonym świecie nowych technologii gubimy gdzieś sens i sami już nie wiemy co nam do życia jest potrzebne, co sprawi że będziemy się uśmiechać. O kurcze (raczej powinienem za radą wujka dobra rada napisać motyla noga! MIŚ obejrzany dwa razy :)), dni mijają, a ja zaczynam o sensie istnienia! No nic zaryzykuje jednak. Jak już przy pieczeniu chleba jesteśmy, to muszę przyznać, że nie dostrzegam sensu wymyślania urządzeń takich jak na przykład piekarnik z wielkim kolorowym wyświetlaczem, sterowany telefonem. Chleb się udał wyśmienicie, już po raz trzeci.