Z Mielca na Adriatyk

0
366
Po raz trzeci udało mi się namówić członków i sympatyków klubu żeglarskiego „Orkan” na wrześniowy rejs  po Adriatyku. Dlaczego wrzesień ?
Z dwóch powodów znośne  temperatury 25-28 stopni, czyli tak jak u nas podczas lata.  Temperatura wody  mierzona przez termometr pokładowy wynosiła 23-25. Po 15 września ceny czarterów spadają o około 20%  Mniejszy tłok,  bo to końcówka sezonu też nie jest do pogardzenia. Popłynęliśmy na dwa jachty:   „Hoka Hej” 38 stopowy jacht Hunter 38    dosyć dobrze wyposażony, ale trochę już widać było po nim “zmęczenie sezonem”, a to akumulatory do urządzeń pokładowych były, słabe, a to prędkościomierz nie działał, ale w sumie wrażenie bardzo dobre.  
Drugim wyczarterowanym jachtem był francuski Oceanis 361   O dwie stopy mniejszy. Aby łatwo było się identyfikować, oraz dla splendoru powiesiliśmy pod salingiem flagę powiatu mieleckiego. 
Część osób obserwujących wpływające jachty pytała się   co to za “księstwo” przypłynęło.  
Rano w niedzielę już o 11 wypłynęliśmy w kierunku wyspy VIS, do której przybiliśmy za późno, bo nie było już miejsca w porcie miejskim, a tylko na bojach. Za które też trzeba słono płacić bo 120 złotych. Desant do miasta na pontonie, powrót na łajbę. 

obraz nr 1

 
Naszym następnym celem  była Mudra Grota, czyli szmaragdowa jaskinia, do której należało wpłynąć (pontonem) do 12 godziny.  Odbijające się  od dna promienie słoneczne wpadając  do jaskini podziemnymi otworami,  tworzyło wewnątrz niebywałe efekty świetlne w postaci szmaragdowej poświaty.  Po godzinie 12 zjawisko z przyczyn naturalnych zanika. Po doznaniach estetycznych, i uszczupleniu kasy okrętowej o 40 kun na głowę, płyniemy na wyspę St. Klemens, gdzie jest marina dosyć droga 67 euro, ale z natryskami. Załodze zamarzył się gorący prysznic, a komodor rejsu był ludzki.  Wiał  mistral z mocą 3-4 B i w marinie zameldowaliśmy się gdzieś około godziny 18.  Rano  z mariny popłynęliśmy taksówką wodną na wyspę Hvar do miejscowości o takiej samej nazwie. 
Po trzygodzinnym zwiedzaniu i zakupach wracamy  bo o 14 musimy wypłynąć. Doba “hotelowa” kończy się właśnie o tej godzinie. Ustalamy cel. To nie jest takie łatwe, bo musi być marina. Cumowanie, na kotwicy nie wchodzi w rachubę, a załoga chce się codziennie kąpać. Pierwotny cel miasto urodzin Marco Polo, Korczula, był po za naszym zasięgiem, bo mieliśmy do przepłynięcia 40 mil, to jest około 8 godzin, szukać wolnego miejsca po nocy nie bardzo nam się chciało. Nasz wybór padł na Verboskę na wyspie Hvar.

obraz nr 2

Urocze miasteczko, gdzie rano na targu kupiliśmy 1 kg świeżych szprotek na  15 złotych, obiad był palce lizać.  Rano odbieramy prognozę pogody, jednak z ostrzeżeniami o silnym  wietrze w nocy.  W szkwałach dochodzący do 65 knts.  Na wodzie “skis” zwany flautą, ale diesel grot poradzi i na to. Z godzinnym postojem w  małej zatoce, płyniemy w kierunku Baśka Voda. Cumujemy o 16. Jest to teren tak zwanej Riviery Makraskiej, ponoć najbardziej uroczy zakątek wybrzeża Dalmacji. 
 Rano płacę za postój, a obsługa mówi że będzie wiała “very strong Bora“.  Zostajemy, ale z pewną niechęcią, bo cisza nic nie wieje. Godzina 10 jak zaczęło wiać, to na włączonym jachtowym wiatromierzu pokazywały się stałe wartości 35-40 konts, a na sąsiednim ponoć zaobserwowano wynik 80 knots. Pomimo tych ostrzeżeń, trzy jachty z naszego portu wyszły. Dwa od razu pożałowały, bo po godzinie wróciły, ale to już nie tak łatwo jak wypłynąć. W sumie do portu usiłowało się dostać 5 jachtów z czego dwóm udało się zacumować,  a trzy niestety musiały szukać innego schronienia. Na wodzie było istne piekło. Zostajemy na noc. Obsługa portu sprawdza czy jesteśmy dobrze zacumowani, poleca nam podciągnąć się na muringach,  do przodu po pół metra, mocno wybrać cumy. Wiatr pod wieczór zelżał, zmienił kierunek i zaczął wiać od morza. Za to w nocy jak walnęło, ale my znieczuleni doskonałym chorwackim winem przetrwaliśmy to dzielnie.

obraz nr 3

Rano wieje normalnie, a bosman nam mówi że to już koniec bory i o 10 rano będzie spokój. Wypływamy, ale targa nami dosyć porządnie. Niby wieje 12-16 węzłów, ale jak walnie to   wiatromierz pokazuje 25-28 węzłów. Godzina 10 i jakby ktoś przekręcił wyłącznik, no może nie nastała cisza, jak na Solinie, lub Nidzkim koło wysp. To   lewej to z prawej, to od tyłu. O 11 jakby ktoś znowu przekręcił włącznik i zaczął wiać mistral 3-4. Aby nie było zbyt fajnie to prosto w mordę.  Załoga, po jednodniowym postoju twardo chciała halsować w kierunku Splitu. Ja nie byłem  przeciw,  bo to napęd gratis.
Dopływamy do ACI Marina o 1630 (do 17 musimy zgodnie z umową  czarterową).  Przy wejściu  ruch jak na Marszałkowskiej, kilkanaście jachtów usiłuje dostać się do portu jednocześnie.  Cumujemy, to już koniec tegorocznego rejsu. Idziemy w miasto. Na brzegu mariny duże napisy transport wodny do Starego Miasta w Split 5 minut łódki odpływają co chwile pełen. Nie byłoby nic w tym dziwnego gdyby nie to że na butach zachodzi się tam powolnym truchtem w 15 minut.
Podsumowanie:
ARI – OCEANIS 361: Maciek Skipper, Darek radioperator, Kasia, Karolina, Renia, Ania, Ewa w roli załogi 
Hoka Hej Hutner 38  Mariusz komodorr rejsu, Ewa skipper, Jacek kuk, Ewa, Jola, Adam w roli załogi. 
Odwiedzane porty: Vis, Palmeżana, Jezera, Verboska, Baśka Voda, Split 
Doświadczenie: przepłynięto  136 mil w czasie 36 godzin w tym na silniku 8.
I byłbym zapomniał! W roli maskotki, czy jak inni nazwali w roli okrętowego potwora wystąpiła Alice buldożek francuski. Dzielnie zniosła do swojej pani trudy adriatyckiego żeglowania.
I na koniec muszę coś napisać o wietrze nazywanym przez Chorwatów Bora.
Włączyłem radio VHF i w odstępie co 2 godziny (około) usłyszałem jak radio Split nadaje sygnał May Day relay (w zastępstwie za jednostki będące w niebezpieczeństwie).    Z tego co zrozumiałem jachty potrzebowały asysty. Czy te komunikaty dotyczyły jednego czy większej ilości jachtów tego nie wiem. Na drugi dzień usłyszałem wołanie Security, Security i prośba do  wszystkich jednostek znajdujących się w określonej pozycji aby pomogły szukać bo został ogłoszony na jednej jednostce alarm “człowiek za burtą”.  Obsługa portu gdzie staliśmy dwa dni z powodu Bory jednoznacznie wypowiedziała się na temat tych skipperów wychodzących z portu “idioci – nikt im nie powinien dawać jachtu bo to niebezpieczne dla sprzętu i załogi”.
Mariusz Wiącek Mielec
PS. Wyjaśnienie do zdjęcia z dużym przybliżeniem jachtu, walczył dwie godziny  zwinął żagle i szukał schronienia.
 

Komentarze