REKORD POBITY! Wielki triumf Wschodu!

0
502

To byłoby takie medialne.. ale prawda jest inna – Krystian był szybszy o blisko 3 godziny..

Ponownie wystartowaliśmy we dwóch, niestety reszta zgłoszonych zawodników w ostatniej chwili się wycofała, no a Edka niestety nie ma już wśród nas. Nie były to więc regaty a znowu prawdziwa bitwa – a z pojedynkami tak już jest już, że wygrywa tylko jeden. Nikt z nas nie ukrywał, że chce wygrać za wszelką cenę – niestety, dla mnie kolejna szansa dopiero za rok.

Właśnie tak musiał czuć się von Jungingen po bitwie pod Grundwaldem, chociaż nie wydaje mi się, żeby był dumny ze swoich wojsk tak, jak ja z Quicka. Mam poczucie, że dużo nie brakowało, jedynie odrobinki szczęścia, ale cóż bywa i tak. Kolejny rewanż dopiero za rok i jakoś muszę z tym życ przez całą zimę.

Sobota

Zacznę od sobotniego poranka. Rano obudził mnie Krystian z nietegą miną, jego pierwsze słowa brzmiały „Bałtyk ponownie ma zamiar nas wytrząść” i wszystkie moje mrzonki o pięknej pogodzie, lekko wiatrowej żegludze pod spinakerem, szumie rozcinanej wody – takiej jak na SailBook Cupie – rozwiały się całkowicie. Może jednak coś się jeszcze odmieni?

Nawet przelicznik KWR Mieci z minimalnym ożaglowankiem nie pozostawiał złudzeń, będzie bitwa 1:1. Zawsze uważałem, że Quick jest zdecydowanie  silnowiatrowy ale Miecia chyba jeszcze bardziej, a okien pogodowych w tej imprezie organizatorzy nie przewidują.. Nie jestem bez szans, zostaje jeszcze „czynnik ludzki”, czyli my dwaj! Zobaczymy czego Krystian nauczył się na Ostarze 😉 Tak więc próbujemy!

12.00

Start! Zero strategii, prosto na Gotland! 

Siła wiatru zdecydowanie służy Mieci, próbuję wszelkich kombinacji ustawień ale długości linii wodnej nie oszukam – konsekwentnie tracę ok. 0,7 węzła na każdej przejechanej mili.

14.30

Teraz mam połówkę, prędkość 7-7,4 w., autopilot myszkuje na fali, więc zabieram się za sterowanie ręczne – może przestanę tak tracić? AIS podający prędkość Krystiana nie pozostawia złudzeń, mniej ale ciągle mi odchodzi.

18.27

Wiatr 18 w. zachodni, do wysp 124 nm, czas zacząć drzemki, by siły na przecinanie rut wystarczyło. Dziwne ale co drzemka mam inny sen, każdy katastroficzny.. rewelacyjnie to działa na moje samopoczucie i fakt, że Miecia jest coraz dalej przed moim dziobem.

22.45

Wieje 24 w. predkość 7-8 węzła, adrenalina chyba się kończy, bo robię się senny. W zasięgu sześciu mil widzę 7 jednostek, więc o śnie mogę zapomnieć; odpalam agregat, aby nakarmić baterie – niech i on coś z siebie da, sam nie będę tyrał po nocy!

Niedziela

4.47

Nie wiem ile drzemek przeleciało, zanim zorientowałem się, że coś jest nie tak.  Przechył ok, bujanie ok, wiatr ok, ale prędkość dziwnie niska..

Zaspany wychylam się na zewnątrz, aby sprawdzić co jest nie tak i pierwsze co pomyślałem – UKRADLI MI GENUĘ!!!. Za chwilę doszło do mnie, że nie mogli nic mi ukraść, bo nikogo tu nie ma. Kaprzy od dawna nie grasują po Bałtyku, tym bardziej nie połasiliby się na trzyletnią genuę. Co prawda i tak była to jej ostatnia Bitwa, więc niby wszystko ok ale to ja o tym decyduję kiedy i gdzie ją odstawię! Rozglądam się i widzę na prawej burcie moją genię robiącą za dryfkotwę, świecę na roler i widzę 20 cm przetartego wiszącego fału. Przez całą operację wydobycia geni spod Quicka wspominam ciepło „partacza”, który namówił mnie na wymianę oryginalnych stalowych fałów na nowe lepsze. I tylko zapomniał o jednej rzeczy, gdy po dwóch miesiącach wymieniał kolejny fał, będąc na topie masztu, nie powiedział mi, że jest problem i fał się przeciera a jedynie po cichu skrócił go o 40 cm (poskładałem to sobie dopiero teraz). Partaczy w żeglarstwie należy tępić, dlatego odradzam usługi tego pana – przecież od jakości wykonanej roboty może zależeć nasze życie! Po powrocie dowiedziałem się, że rolki po linkach stalowych muszą być bezwzględnie wymienione po przejściu na liny miękkie… czyli pełen profesjonalizm specjalisty…

4.47

Skończyłem upychanie genuy pod pokładem, zapiąłem foka marszowego na baby sztagu, bo opór wody wyrwał liklinę na 30 cm, więc muszę o niej zapomnieć. Przypomniał mi się komentarz kpt. Cichockiego pod zdjęciem Polskiej Miedzi doszczętnie porwaną genuą po sztormowym Baltic Polonez Cup – „albo się jedzie albo stoi”. No to sobie pojeździłem ;( 

Wracam do gry, nie wiem ile czasu trwało wleczenie spowalniacza.. Zły!!! Zły na siebie, że zaufałem profesjonaliście i sam wszystkiego nie sprawdziłem.. Jeszcze mu zapłaciłem! Wrr..

9.00 

Telefon do zespołu brzegowego, trzeba gonić ile sił, bo mogę nie zdążyć przed odkrętką i do Faro halsówka, wtedy na pewno przepadłem. No nic my z Quickiem orzemy dalej.

Zafalowanie powoduje, że kawę udaje mi się wypić dopiero za czwartym razem, trzy wcześniejsze się wysypały lub rozlały. Pijąc kawę wspominam towarzyszkę z ubiegłorocznej bitwy, Sylwię… Jeszcze w Ustce była ze mną, ale widocznie wysłuchawszy prognoz postanowiła sobie odpuścic, eh kobiety…

9.30

Próbowałem wciągnąć w roler foka marszowego, ale samotnie przy tym wietrze? Nie da rady. Jedynie sowitą kąpiel mi zafundowano, strugi wody po plecach, rewelacja, a tak się martwiłem brakiem wody na prysznic:)

Przebierając się w drugi sztormiak H/L z logo Ostar For Dydek, zerkam na barometr, ciśnienie spada, będzie okazja przetestować nowy zakup H/L kalosze Extreme Waterproof, wcześniejsze Shadow dostały odemnie po zeszłorocznej Bitwie 10/10, mogę je śmiało polecić!

Nazwa Extreme wyjątkowo pasuje do Bitwy;) no zobaczymy!

17.00

Konsultacje telefoniczne dotyczące warunków, które przyjdą, pan Andrzej sugeruje zarefowanie, więc zawczasu refuję grota, czekając na odkrętkę i wzrost siły wiatru. Godzinę później telefon do Oli, ponoć ciągle, sukcesywnie dostaję lanie a przecież tracking nie kłamie.. Team dopinguje, więc wrzucam pełny zestaw (już bez genuy), prędkość rośnie, Miecia mi nie odchodzi, a refowanie? ee…. będę się tym martwił w nocy 😉 (i tak rzeczywiście się stało)

20.00

Przyszła obiecana odkrętka i wieje z północy, prędkość na wiatr od 6 do 9.9 węzła!!! Oczywiście w uślizgach na starej fali, ale to kolejny rekord Quicka.

22.20

Widoczność mocno spada, odpalam radar, bo wszędzie widać statki. Chwile optymizmu zastapił strach, wiatr wzrósł do 30 węzłów. Spacery do masztu na czworaka, wpięty w lifelinę, co chwilę cofając się jak rak, żeby oswobodzić ją z kolejnego zahaczenia. Refowanie grota to naprawdę nic przyjemnego – ciągłe wywózki i łopot żagli to wielkie obciążenia dla takielunku a stracić masztu na nawietrznym brzegu Gotlandii bym nie chciał – fakt, że już nie jestem ubezpieczony w Pantaeniusie uspokaja, ale Quicka byłoby żal.

Zrobiło się jakoś ponuro a błyskawice na północnym wschodzie nie dodają otuchy. Jeszcze 8 mil i minę kardynałkę, prędkość na 2 refach i marszowym foku 7-8 węzłów!

Poniedziałek

01.30

Kurs powrotny miał dać mi szansę, aby się obronić. Spinaker, genaker ale max na co mogę sobie pozwolić to „motylek” o prędkości 6 do 11 węzłów. Wciskam w siebie dwie zupki i siadam za sterem – tak jak pierwszego dnia jadłem i jadłem, tak teraz zero apetytu.

Telefon do Oli, której w tej chwili zdecydowanie bardziej zależy na wygranej aniżeli mnie – przemoczonemu, znużonemu, zmarzniętemu i pobijanemu. No ale dobrodziejstwo i jednocześnie przekleństwo techniki – tracking nie kłamie, trzeba gonić Miecię! Do Helu 200 mil czyli ostatnia prosta (oby wiatr siadł, tylko to może spowolnić rozpędzoną Miecię).

Zrzucam foka sztormowego i w góre leci największy fok, jakiego mam. Stawiam spinakerbom na sztywno a do kolejnej ruty 6 mil – przypomniały mi się opowieści o pijanych Rosjanach na mostku.. Do Mieci 21 mil, spoglądam na pakiet ratunkowy czyli worek z racami, radiem, wodą i kombinezon ratunkowy od Jacka z Polleda II – tak na wszelki wypadek z osobistą prośbą o nie używanie 😉 – miło mieć takich kapitanów za przyjaciół.

3.51

Stałe 35 węzłów z północy, padam a w zasiegu wzroku 4 statki.. jednak spać muszę.. Do Helu 179 mil, oby wiekowy (pewnie oryginalny z 1987 roku) fok na baby sztagu firmy noname wytrzymał.

7.24

Wstałem, zazwyczaj tak się nie spinam ale naprawdę mi zależy, telefon do Oli – co tam u Krystiana? – ciśnie, mam kolejne dwie mile straty :/ Ok, stawiam całego grota, niech się dzieje co chce, Krystian musi kiedyś odpuścić!

8.30

Jakiś problem ze sterem, przez chwilę coś go blokuje ale już jest ok, mam nadzieję, że tylko coś podeszło, bo utrata sterowności w tych warunkach…

10.00

Z cyklu ile sie da! Wiecej nie wycisnę, wiatr północno-zachodni w okolicach 30 węzłów a ja na całym grocie i foku, częste wywózki.. sterowanie tylko ręczne.

11.00

Wiatr 25-30 w., log pokazuje średnią 9 węzłów! Na GPS do 13! Pierwszy raz w życiu widzę odkosy wody po obu burtach w realu, trwało to kilka sekund ale prędkość chwilowa 15 w.! Aż rece mi drżą…

Generalnie kuje strasznie, taka dobra piździawa ale tak sobie myślę, że gorsze jest samo czekanie na pogorszenie pogody, bo jak już przyjdzie i okazuje się, że żyjesz to wcale nie jest tak źle jak sobie wyobrażałeś – strach ma WIELKIE oczy 😉

Dzwonię do Zbyszka ze Słoni, wiem że śledzi tracking i pytam czy naprawdę siądzie. Kończy się kasa w telefonie satelitarnym ale zdążyłem usłyszeć, że raczej nie siądzie, nie dziś.

15.00

Kark mi zesztywniał od ręcznego sterowania a naprawdę boję się przejść na autopilota, kolejne wywózki.. Zerkam na grota, który prosi się o zarefowanie, ale przecież miało siadać.. Na wycieczkę do masztu nikt mnie teraz nie namówi (już widzę siebie wiszącego za burtą na uprzęży niemogącego się wdrapać na pokład). Nawet świetnie skompletowana apteczka przez Kasię, mojego medyka, (z zastrzykami z Nospą, Ketanolem i jednym nieoznakowanym, pewnie Pavulonem;p) nie pomoże. Trudno czekamy!

16.15

Obłożyłem jeden ref na grocie, prędkość spadła minimalnie ale nie wywozi i komfort, o ile w ogóle można tak powiedzieć!

Od zawsze mam problem z podjęciem tej trudnej decyzji refowac/nie refowac, bo może będzie lepiej, a może gorzej, bo każda zmiana żagla samotnie to strata minimum jednej mili. Po chwili okazuje się, że jednak średnia wychodzi mi lepsza! Szacunkowe przybycie do celu spadło o całą godzine, czyli nie doceniałem strat wynikających z wywózek a efektowne uślizgi wcale tego nie rekompensowały. Pazerność jednak nie popłaca:/

18.00 

Łączność z panem Andrzejem, ma zacząć siadać o 21.00 przypomniało mi się, że już o 17-tej miałem mieć możliwość postawienia spinakera, ale jak patrzę na te fale (wiem, że kolejny raz powiem TAKICH NIGDY NIE WIDZIAŁEM ale to święta prawda) nie potrafię sobie wyobrazić siebie ze spinakerbomem w ręku – a zaręczam, że wyobraźnię mam wyśmienitą 🙂

Wiatromierz pokazuje siłę wiatru rzeczywistego 45-50 węzłów, nawet fajka mi nie smakuje a mina mi zupełnie zrzedła.

19.00

Przychodzi małe załamanie – po co pchałem się w ten syf, mogłem się wycofać po stracie genuy. Powód był wystarczający i teraz bym się bujał w suchej koi w Visby, czekając z książką z SailBookarni w ręku na poprawę pogody. Jakoś mi naraz ochota na te bitwy i batalie o pietruszkę przeszły, po co takie rzucanie się na niemożliwe i czekanie na łut szczęścia? Czy to jakaś kara? Nie mogłem zająć się golfem? tenisem? Zdobyłem Mistrza Polski i chyba powinienem na tym poprzestać z moim nowym tekstem na ustach „ja się już nie ścigam, więc nikt mnie nie dogoni”. Mam dość!… tylko dokąd uciec? 

20.00 

Zerknąłem na dane licznika podróży z GPS i widzę średnią prędkość 7,4 w. a maksymalna osiagnięta prędkość to 20,3 węzła! Quickiem! MEGA! Wraca moc!

Poniedzialek

00.15

Doszedł grad, deszcz, a do tego radio Witowo zapowiada wzrost siły wiatru – jeszcze?! a nie miało siadać? 60 mil do Gdańska, tam ulubiona Marina Gdańsk, gdzie sucho i ciepło…

Krystiana dogonić nie mam już żadnych szans, zwalić szmaty, palić silnik i uciekać do Helu? Byłbym tam za góra trzy godziny. Nie, bez sensu, nie odbiorę sobie satysfakcji ukończenia tej „drogi przez piekło”. Honorowo do końca, wiem że bym sobie tego nie wybaczył..

Ze strachu zrzucam foka, zostaje grot z jednym refem, wieje 20-30 w., prędkość 7-10, pewnie na samym maszcie miałbym z 4 w. 🙂

21.15

Jednak dokładam sztormowego foka – swoją drogą stawianie go z luku dziobowego napewno dobrze przepłukało zęzę, kilka fal wykorzystało okazję na spoczynek w zaciszu biednego Quicka. Dla lepszego samopoczucia przełączyłem wskaźnik siły wiatru na VMG, lepiej nie wiedzieć ile wieje, a trwać.

Poniedziałek

00.15

Trwam, próbuję zasnać, żebym nie padł na Zatoce – brakowałoby jeszcze, żebym wjechał w brzeg.. ciągle myślę o tym, że zaraz zacznie wiać jeszcze bardziej. Powoli zaczynam widzieć łunę nad Trójmiastem.

Hel. Tu dziennika już nie prowadziłem, więc z pamięci. Zaraz za Helem zrobiło się swojsko, pamiętałem o boi GN lewą burtą symbolizującą utonięcie Edka, przypomniałem sobie jak się poznaliśmy na pierwszym Polonezie, potem widywaliśmy na spotkaniach KŻS.. Teraz jestem tu, gdzie go zabrakło… eh to życie…

Skoro swojsko, wiatru o wiele wiele mniej, falka jakaś taka przyjacielska a Bitwa jeszcze trwa to cały grot w górę i prosto na metę, między N7 i N8 a więc 5.12 i 59 sekund – zakończyła się moja BITWA.

Zaraz za metą powitał mnie GoodSpeed z Łukaszem, Olą i Gołym. Miło zobaczyć znajome twarze po kilku dniach tyranki – dzięki, że wam się chciało tak o poranku.

EPILOG

Patrząc na średnią z ponad 500 mil wiem, że niewiele więcej mogłem ugrać. Zbyt silny wiatry i trochę brak genuy pogrzebały nadzieje na wiktorię Wschodu. Podobną wolę wygranej miałem jedynie na regatach Zaruski Cup, gdzie nagrodą był niesamowity Puchar Prezydenta RP. Tam się udało, tu nie. Cieszę się, że nie wycofałem się, podjąłem rękawicę i walczyłem do samego końca. Pamiętam dobrze, że jeszcze w ubiegłym roku dawałem sobie na tę trasę do 10 dni, z jedynym celem – żeby zrobić ją samotnie. W tym roku walczyłem jak pełnoprawny zawodnik i przez przypadek udało się wykręcić swój i Quicka rekord prędkości:)

Serdeczne podziękowania dla Teamu i dla POZŻ za pomoc w organizacji wydarzenia, bez Was nie było Bitwy!

Komentarze