Na torze mogą przejechać – zalety półmetrowego zanurzenia

0
129
Za godą Jerzego Kulińskiego
Krok po kroku – coraz śmielej. Od razu widać rodzinną radochę, do której wystarczy malutka, skromniutka „Foka” .Każda okazja dobra, aby ukłonić się projektantowi Jerzemu Pieśniewskiemu. Bo przecież od zaprojektowania tego jachciku niebawem wybije półwiecze. Czyli szczęścia nie trzeba koniecznie kupowac aż za cenę Bavarii, Delphii czy wspominanego niedawno (w marnym kontekście) luksusu Hanse 325 – kat CE – A.
Rodzina Suszków dobrze się bawiła, a skipper Andrzej Suszek deklaruje: trzeba będzie tam wracać przez parę sezonów.
Zwracam uwagę na jachtowy ekwipunek bezpieczeństwa.
Niezdecydowani szuwarowcy niech ten rodzinny rejs potraktują jako kuszenie.
Zyjcie wiecznie !
Don Jorge
———————————-
Jak czytam w SSI – jakie to małe jachty mieczowe wypływają na przybrzeżne i dalsze morskie wody, to czuję, że ja także muszę opisać swój rejs. Ponieważ wszystkie polskie „przybrzeżne wody śródlądowe” (Zalew Wiślany, Zalew Szczeciński, Zatoka Pucka, Martwa Wisła) już opłynęliśmy po parę razy – więc w tym roku trzeba było wybrać się za granicę. Za granicę najbliżej do Niemiec przez Zalew Szczeciński. Nawet nie trzeba samochodem przejeżdżać granicy. My znaleźliśmy, dzięki koledze z Sailforum tanie miejsce do parkowania i dobry bezpłatny slip w Karsiborze.
obraz nr 1

skipper
.
Jacht typu Foka 2 dobrze się wozi na przyczepie, nieźle żegluje i znośnie mieszka. Warunki są trochę namiotowe z tym, że nie trzeba tego codziennie zwijać i są udogodnienia: kuchnia na kołysce, WC chemiczne, zlew i 2 x 20l wody pitnej. Jeden ze zbiorników na wodę daje się wyjmować i można przynieść wodę z daleka, nawet z umywalki.
Załoga rodzinna: Andrzej, Danusia, Marysia, Jasiek, Franek.
obraz nr 2

zaałoga
.
Z Karsiboru popłynęliśmy zobaczyć nową przystań w Wapnicy a przy okazji także kawałek Wolińskiego Parku Narodowego: Jeziorko Szmaragdowe, Klif Lubiński. Potem jednym halsem doPodgrodzia. Następnie opłynęliśmy Nowe Warpno i jego nowe, żeglarskie inwestycje – w sam raz dla takiego jachtu jak nasz. Następnego dnia opłynęliśmy Jezioro Nowowarpieńskie i po południu byliśmy w Ueckermuende. Stanęliśmy w centrum miasteczka na rzece, między dwoma wielkimi jachtami. Postój tu kosztował 6€ i dodatkowo ubikacja lub prysznic po 50 centów. Sanitariaty są na tyłach budynku informacji turystycznej.
obraz nr 3

jacht
.
Pozwiedzaliśmy miasto wieczorem i do południa, wysłaliśmy kartki do dziadków i dalej na zachód. Sporo emocji sprawiło wąskie wyjście z rzeki Uecker pod wiatr i falę. A wiatr ustalił się z kierunków północno-wschodnich i Zalew był trochę rozbujany. Dalej już tylko baksztag do Karnina i potem trochę halsówki do mostu w Zecherin. Tu pierwsze nocowanie na kotwicy tak jak to robili inni, bo brzegi zarośnięte a przy pomoście chcą 3€. Rano most otworzono i pohalsowaliśmy dalej przez Peenestrom na Achterwasser by znaleźć przystań jak najbliżej morza i plaży. Na profesjonalnych mapach zaznaczone jest Zinnowitz i tam zawinęliśmy. Przystań tą niedawno mocno przebudowano i unowocześniono. Postój kosztuje tu 10€ no i dodatkowo po 50 centów za prysznice w automatach które nie chcą przyjmować 1€ i trzeba mieć koniecznie drobne. Częściowo uroki plażowania i zwiedzania a częściowo pani bosman, która skasowała nas za następną dobę jak nie wyszliśmy do południa zatrzymały nas drugi dzień w tym porcie. Zresztą jedyny raz podczas rejsu. Także pogoda zrobiła się taka, że wiatr wieczorem wcale nie cichł i wychodzenie pod wieczór nie miało sensu. Wiatry ustaliły się na północno-wschodnie i dość mocne więc czas było pomyśleć o powrocie by ewentualny sztorm nie zamknął nas tu na zachodzie na dłużej. W powrotnej drodze zajrzeliśmy do zaznaczonej na mapie zatoczki w Zempin, najbliżej morza i okazało się, że jest tam fajna keja a także wiele jachtów stoi na dziko do trawiastego brzegu.
Stąd nad morze byłoby najbliżej ale nie mieliśmy odpowiedniej turystycznej mapy a na żeglarskiej tej przystani nie było. Dalej ze wzmagającym się wiatrem pomknęliśmy przez Achterwasser i Peenestrom na kotwicowisko w Karninie. Teraz powstał problem jak pokonać Zalew, chociaż to tylko ten Mały (Klein) pod wiatr i falę? Z prognoz wynikało, że wiatr nie cichnie wieczorem i w nocy, ale regularnie cichnie rano i dopiero przed południem zaczyna się wzmagać. Więc pobudka o wschodzie słońca i zaczynamy posuwać się do Kamminke. Trochę asekuracyjnie za wcześnie zmieniliśmy żagle na małe więc żegluga trwała tak długo, że doczekaliśmy się silniejszego wiatru. By sprawnie iść pod fale nie należy przesadnie się refować. No ale potem mniejsze żagle były w sam raz i fala zrobiła się mniejsza. Udało się dotrzeć do Kamminke i tu zdziwienie: W całej wiosce nie ma żadnego „spożywczego”! Jak to możliwe? W Polsce bywają po 3 – 4 a tu nie ma… Trzeba było na zakupy iść dość daleko, do Polski (pewnie dlatego tu nie ma sklepów). Za to postój kosztuje jak w marinie Zinnowitz – 10€ choć sanitariaty początkowo trudno zlokalizować (są w budynku knajpy rybnej, w porcie a zepsuty kołowrotek na szczęście nie przyjmuje monet ,50 bo było by tu nawet drożej niż w Zinnowitz).
obraz nr 4

kamizelki
. 
Z bezpłatnych sanitariatów można także skorzystać w pawilonie na cmentarzu, na wzgórzu Golm. Na cmentarzu leżą Ofiary Wojny można powiedzieć trochę „za karę” bo zginęli pod sam koniec i mieli dużo więcej szans by wpłynąć na swój los niż ci z Wielunia, Umschlagplatz czy Radegast… Jak pokazały alianckie bomby, nic gorszego by ich nie spotkało gdyby wcześniej próbowali zakończyć tę przegraną wojnę.
Z Kamminke wracamy już do Polski. Cumujemy po drodze do dzikiej plaży z refulatu po zewnętrznej stronie falochronów wejścia do Kanału Piastowskiego. To piękne miejsce pełne ptaków i znów dzieci mogą pobawić się na plaży. Pod wieczór próbujemy przedostać się wokół falochronów, ale wiatr jak zwykle jest silny a fale z Zalewu duże. Dodatkowo nie wiadomo co wyjedzie kanałem zza krzaków gdy będziemy przebijać się pod falę. Zawracamy i następną próbę ponawiamy rano gdy jest spokojnie. Zawijamy do Karsiboru by wziąć czyste rzeczy z samochodu. Miało to być w połowie rejsu ale wyszło pod koniec. Ale jest jeszcze jeden wekend i trochę to płyniemy na Dziwnę i Zalew Kamieński. Tym razem pod wiatr, będzie łatwiej wracać. Odwiedzamy Międzywodzie (znów plaża) iKamień Pomorski. W powrotnej drodze, w Wolinie próbujemy zwiedzić Wioskę Słowian i Wikingów, ale od strony miasta nie ma tam wejścia. Przepływamy tam jachtem ale jest już po godzinach zwiedzania. Darujemy im tym razem, nocujemy przy nieczynnym Campingu Wolin. Następnego dnia idziemy do przystani w Łunowie. Tam ostatnie plażowanie. Plaża na którą dochodzi się z tej przystani jest plażą dla naturystów. No ale dla żeglarzy też. Potem już do Karsiboru. Wyciąganie jachtu i jeszcze zmotoryzowany najazd na wioskę Słowian w Wolinie. Oprócz braku wejścia od miasta nie ma tam też dobrego parkingu dla takiego zestawu ale udaje się wcisnąć, trochę na siłę. Trudno dostępna ta wioska ale jak już się tam dostać to fajna.
obraz nr 5

wracamy do domu
.
Rejs udał się znakomicie. Takim małym jachtem nie należy w ogóle trzymać się znakowanych torów bo one nie są dla nas. Jak tylko jest głębiej niż 0,5m to przejdziemy. A na torze to jakiś statek może przejechać. Dlatego wody Zalewu Szczecińskiego i dalej na zachód to szeroki akwen do żeglugi małym jachtem od brzegu do brzegu. Ponadto to był pierwszy rejs gdy nie przeczekiwaliśmy silniejszych wiatrów w portach tylko kombinowaliśmy: refowanie, małe żagle, przejście pod osłoną brzegu, wybór portu docelowego tak by ta osłona była, żegluga w okresie słabszego wiatru a także pomaganie sobie silnikiem.
Po tylu rejsach załoga chyba dorosła do dzielności jachtu. Dzięki temu udało się sporo opłynąć. Choć pozostało jeszcze tyle ciekawych miejsc, że trzeba będzie tam wracać przez parę sezonów.
Andrzej

Komentarze