Aleksandra B. Emche – Moje własne zwycięstwo – Bitwa o Gotland 2016

0
939

 

Moja własna Bitwa o Gotland, edycja 2016 już zakończona i to zakończona tak jak zaplanowałam.
Czyli bez zawijania do portu i bez naprawiania awarii. Czysta żegluga po Bałtyku.
Jak to się w tym roku zaczęło? Można byłoby powiedzieć, ze wszystko opierało się na samym wyczarterowaniu jachtu. Tylko przed startem znalazły się też czynniki, które były w którymś momencie prawie nie do przejścia.
O tym, że będę startować po raz kolejny, wiedziałam już podczas zeszłorocznej Bitwy.
Musiałam tylko rozwiązać jeden kluczowy Problem: „Jaki jacht wybrać i gdzie znaleźć tę właściwą jednostkę?”
Z pomocą przyszedł Radek Kowalczyk, który subtelnie wskazał parametry jednostki.
Po przeanalizowaniu wszystkich „za i przeciw”, wiedziałam, że wzięcie jachtu z czarterowni nie będzie dobrym pomysłem.
Rozwiązanie znalazło się podczas prowadzenia rejsu w maju na Zawiszy Czarnym, podczas którego zaprzyjaźniłam się z załogą płynącą równolegle z Zawiasem. Byli na tym jachcie Mirek, Krzysztof, Aleksander.
Podczas kilkugodzinnych rozmów narodził się pomysł czarteru jachtu od prywatnej osoby.
Klamka zapadła w połowie lipca, dostałam zielone światło. Będę płynąć na s/y Kosia III.
Warunkiem wzięcia od Mirka jachtu była jednodniowa żegluga na Kosi III z kimś kto już na niej żeglował.
Suma summarum przyjęłam to z pokorą, zawsze lepiej jest podpatrzeć innych, a do tego osoby pływające regatowo zawodowo.
Teraz tylko musiałam cierpliwie czekać na wrzesień…
 
 

 
Wtorek, 13.09.2016 (5 dni do startu)
Moją największą obawą było stawianie genakera w pojedynkę. Niby nic trudnego postawić genakera, ale jakoś ten aspekt uciekł mi w dotychczasowej żegludze.
Start już za kilka dni, dlatego trzeba działać szybko i właśnie z szybką pomocą w nauce samodzielnego stawiania genakera przyszedł Tomek Kaczmar.
Wypłynęliśmy na Zatokę, aby sprawdzić genakera. Wyjaśnił co i jak, i przyznam, że przerażenie troszkę minęło.
W nocy ustaliłam jedną właściwą strategię na jutrzejszy dzień: samodzielny trening na genakerze. Jeżeli uda się bez żadnych problemów, to podziękuję Jarkowi za dalszą pomoc.
 
Środa, 14.09.2016 (4 dni przed startem)
Dzień jak każdy inny na jachcie, w marinie, w pośpiechu. Coś tam zjadłam, ogarnęłam się, sprawdziłam i ułożyłam wyposażenie emergency, tak abym w sytuacji zagrożenia miała je w zasięgu ręki. A później na wodę.
Przejrzałam wszystko, sprawdziłam klar na brasach, tackline, czyli linie ustawiającej wypłaszczenie żagla genakera, przytargałam wór z żaglem na dziób i, przymocowałam odpowiednio liny.
Upewniłam się jeszcze raz czy nic mi się nie splącze. Wciągnęłam żagiel na fale do góry i patrzyłam się jak ten kot w wirujący bęben pralki.
Po dłuższej chwili zadumy, czas na odpalenie genakera.
Spojrzałam jeszcze „n-ty” raz na żagiel, na sytuację wokół jachtu, poszłam na dziób i zaczęłam wybierać fał od kiszki (czyli pokrowca, w którym żagiel znajduje się przed „odpaleniem”)
Niespieszno genaker zaczął wyłaniać się z wora. Zaczął pracować na wybranym brasie jak również taclinie.
 
 
obraz nr 2

 
 
Żegluga powolna, baksztagiem przy sile wiatru około 6 węzłów. Sprawdziłam jeszcze jak genaker pracuje przy odpadaniu i ostrzeniu, szukając odpowiedniego ustawienia żagla. Zależało mi, aby znaleźć moment, w którym będzie efektywnie pracować.
Kontrolnie jeszcze dwukrotnie zgasiłam i odpaliłam genakera. Upewniając się, czy mam wszystko opanowane.
Po przycumowaniu, sklarowaniu jachtu, napisałam SMS-a do p. Jarka Kaczorowskiego (w końcu człowieka nie znałam, to grzecznościowo zwracałam się do niego per „pan”). „Dobry wieczór, genaker już ogarnięty, dziękuję za pomoc.”
Jarek jednak nie dał za wygraną, w końcu był z polecenia od Armatora. Zadzwonił i umówił się ze mną mimo wszystko na czwartek wieczór.
W końcu to ceniony regatowiec, który chciał wypełnić warunki umowy z Armatorem jachtu jak również przekonać się jak sobie radzę w żegludze solo.
Przyznam się szczerze, że zaczęłam jeszcze bardziej się nieco denerwować na to spotkanie jak usłyszałam w słuchawce, że zostanę nauczona refowania, etc.
W jednej chwili przyszło mi na myśl odpowiedź, że ja naprawdę to potrafię to robić!!!!
Mimo wszystko z pokorą przyjęłam chęć pomocy Jarka.
Przecież ten trening miał mi tylko pomóc, a nie zaszkodzić i każda fachowa wskazówka, zwłaszcza na nieznanym jachcie była nieoceniona przed moim startem w regatach.
 
Czwartek, 15.09.2016 (3 dni przed startem)
Jarek przyjechał po 1700 i już na wejściu zaproponował aby mówić sobie po imieniu.
Sprawdził jak mam zamocowany tackline, bloczki i zauważył, że tackline lina o tak małej średnicy nie wytrzyma. Pęknie i będę mieć problemy z zrzuceniem genakera.
Zapobiegawczo zamocował stropik z krótszej, ale wytrzymalszej linki. W razie czego jak tackline strzeli, to zostanie jeszcze stropik.
Wypłynęliśmy, na wspólny trening, ale mieliśmy tylko 2 godziny.
Jarek znokautował mnie pytaniem: „Na linię startu popłyniesz z kimś, aby postawił Tobie grota?”
Zdziwienie moje było nieziemskie, wręcz podcięło mi to kolana.
Odpowiedź była krótka i stanowcza. „NIE”. Przecież do tej pory z każdym żaglem radziłam sobie sama na tym jachcie.
Będąc na Bitwie nie będę mieć przecież nikogo ukrytego w bakiście.
No cóż widać potraktował mnie jako słabą płeć 🙁
Wypływamy za główki portu i kierujemy się na Zatokę.
Jarek znowu celuje we mnie pytaniem. „Pomóc Ci przy stawianiu, czy dasz radę sama?”
Nie, dziękuję! 🙂
Takich kontrolnych pytań od Jarka usłyszałam jeszcze kilka.
Po postawieniu żagli rozpoczął się regatowy rytuał Jarka.
Sprawdził jak pracuje genua, przesunął wózek szotowy, wytłumaczył jak ma pracować żagiel, aby wyciągnąć z niego jak najwięcej.
W ruch poszedł ołówek, kilka cennych zapisków, przy wózku szotowym i gotowe.
Czyli taki sznyt regatowy. Bajka, iskra mi się w oku zapaliła, patrząc na regatowe, a przede wszystkim zawodowe podejście do żeglugi.
Żeglując samodzielnie lub z załogami, oczywiście pamiętam o odpowiednim ustawieniu żagli, ale Jarka podejście było jeszcze inne, wydobyć z jachtu to czego przeciętny żeglarz nie potrafi. I przyznam się, że on to umie 🙂 Aż miło było na to patrzeć 🙂
Trening minął na robieniu zwrotów przez sztag na tempo, stawianiu genakera i trymowaniu go do każdego kursu.
Wróciliśmy do mariny przy kompletnej flaucie i przy pięknej pełni księżyca.
Jeszcze kilka wskazówek na samo zakończenie i powrót na ląd do własnych obowiązków.
 
Piątek, 16.09.2016 (2 dni do startu)
Dwa dni przed startem, to nie tylko dalsze przygotowania jachtu na którym startuję, ale również praca przy jachcie, którym się zajmuję na co dzień. Przecież nie mogę o tym zapomnieć.
I nagle kontrolny telefon Jarka – „gdzie jestem i dlaczego nie trenuję na wodzie”.
Bo…..
„Szoruj na Zatokę, popływaj 2-3 h. Postaw genakera, rób z nim zwroty i jak już zaczniesz się potykać o własne nogi i plątać w linach, to wtedy wróć odpocząć”.
I tak właśnie zrobiłam, odpaliłam wrotki i popłynęłam na Zatokę.
Kilka godzin na wodzie, a w tym czasie zwroty robione jeden po drugim na podstawowym ożaglowaniu (grot i genua), tak, aby wszystko było perfekcyjnie. Może perfekcyjnie od samego początku nie było, ale trening czyni mistrza… I do tego będę cały czas dążyć.
Jeszcze później genaker. Odpalony. Ponownie kontrolny telefon od Jarka (chyba telepatycznie wyczuwał, że szykuje się do postawienia kolejnego żagla), z pytaniem
-Jak wieje?.
– Do 6 węzłów.
– To w takim razie rób zwroty na genakerze bez pacyfikowania go w kiszce.
Tak też zrobiłam. Trzy zwroty wyszły perfekcyjnie. Trzy kolejne już mniej i to był ten sygnał, że czas na odpoczynek, i powrót na cumy.
Dzień zakończony pozytywnym zmęczeniem i to się liczy…
Wieczorem przyjechała do mnie moja niezastąpiona obstawa brzegowa, w składzie: mój osobisty Jacek i Poziomki: Magda i Michał. Razem z nimi przyjechał domowy gulasz ugotowany przez Jacka i inne smakołyki.
Chwila rozmów, wyjaśniania co jest czym na jachcie i do czego służy, i wreszcie upragniony odpoczynek.
Nawet na nieoficjalnym otwarciu mnie nie było, ale niestety ze mną jak z dzieckiem, sen jest wymagany w większej ilości niż u innych 😉
 
Sobota, 17.09.2016 (1 dzień do startu)
Poranek nieco nerwowy, może to przez jutrzejszy start.
Śniadanie, wyjątkowo sobotnia jajecznica. Zwykle na morzu jajecznicę jadam w niedzielę, taka tradycja morska.
Później jeszcze dalsze przygotowania jachtu, mocowanie lifelin, które dzisiaj dostarczył mi mój osobisty Tata. Przywiózł też dodatkowo: taśmę izolacyjną (aby pozabezpieczać liny, żebym nie miała zwisających „krowich ogonów” i dodatkowo, aby nic nie miało prawa się zaczepić), długie i grube śruby z nakrętkami (gdybym po drodze miała zgubić bom i sworzeń trzeba byłoby zastąpić śrubą), smar (do przesmarowania wszystkich bloczków), dodatkową czołówkę i zestaw baterii, ręczny wiatromierz (tak w celach przetestowania i posiadania, w sumie prezent), trytytki (gdybym na szybko musiała coś zabezpieczyć przed odwiązaniem się), wodę (jako zapas awaryjny).
Grunt to mieć zaplecze brzegowe, a moje mnie nie zawiodło.
Po południu, odprawa meteo i wykład dyrektora SARu. Nawet ciekawie 🙂
Wieczorem oficjalne przywitanie zawodników, grill, rozmowy i wreszcie pora na sen.
 
 

 
Niedziela, 18.09.2016 (Dzień startu, dzień 1)
Powinnam się wyspać, ale nie potrafiłam spać do 0800. Obudziłam się znacznie wcześniej i zaczęłam wszystko jeszcze raz sprawdzać: sprzęt, prowiant, ubrania, w których wystartuję oraz te, które będę mieć w zapasie.
Kilka minut po 1000 oficjalne otwarcie regat. Podziękowania, uściski, zdjęcia.
W mojej głowie przewijała się tylko jedna myśl, żeby wreszcie wypłynąć i być już na wodzie. Tam jest spokojniej i przyjaźniej.
Do mojej obsady brzegowej dołączyli również Beata, Joanna i Piotr. Przedstawiciele mojej roześmianej załogi z czerwcowego rejsu do Kłajpedy. Przyjechali specjalnie, aby dopingować i oddać cumy. Takich załóg jak oni życzę każdemu kapitanowi.
Po 1100 już mogliśmy ruszyć w kierunku jachtów i płynąć na start.
Planowałam wypłynąć jak najwcześniej, wiedząc, że postawienie grota zajmuje mi nieco więcej czasu niż innym.
Jednak tak łatwo nie było. Obok mnie stały alongside dwa jachty wśród nich Zezowate Szczęście, które delikatnie poganiałam.
Odcumował na moją prośbę i szybko pognał w kierunku linii startu.
Delphia III i Vector Baltica stały również do siebie alongside tuż przed moim dziobem. Co przy dopychającym wietrze sprawiało, że musiałam również poczekać na ich odcumowanie.
Vector Baltica odcumował i po upewnieniu się, że dziób jachtu odstawi się na tyle, abym mogła bezpiecznie minąć Delphię III, oddałam cumy i obrałam kurs na linię startu.
 
 

 
Za główkami portu stawianie żagli i praca, aby wytrymować grota i genuę.
Już przy końcówce stawiania grota, żałowałam że nie mam dodatkowej pary rąk. Jednak cały czas zależało mi, aby samodzielnie pracować przy jachcie. Zagryzłam zęby i wypompowałam fał grota na blachę.
Do startu pozostało kilka minut. Wcześniej jeszcze mieliśmy stanąć w dryf, uczcić pamięć Tomka Turskiego. Żeglarza, zmarłego tragicznie podczas regat Poloneza 2015…
Sygnał startowy, a mnie na starcie jeszcze nie ma.
Wpływając na linię startu musiałam wyostrzyć i dobrać na blachę żagle.
Procedura nie była skomplikowana. Ustawić autopilot +30, czyli żeby zaczął swoim tempem iść do linii wiatru, a ja w tym czasie wybiorę grota i genuę.
Przechodząc linię startu jeszcze trymowałam żagle i w tym momencie usłyszałam głos w głowie: „Żagle mają być wybrane na blachę”. Będą, tylko nie w przeciągu 5 sekund. Troszkę mi to zajęło, ale w końcu mogłam przejąć ster od Kosi.
 
 

 
Walka się rozpoczęła, trzeba zacząć wyprzedzać jednostki przede mną.
Żegluga bajkowa, ostro na wiatr, przy każdym szkwale jeszcze ostrzyłyśmy, starając się utrzymać średnią prędkość 6 węzłów.
Po drodze jeszcze musiałam delikatnie wyluzować grota. Niestety przy podmuchach 20 węzłów Kosia stawała do linii wiatru, co zabierało cenne minuty, sekundy, prędkość i wypracowaną wysokość.
Płynęłyśmy jednak dzielnie dalej, nie myśląc jeszcze o jedzeniu i śnie.
W międzyczasie na UKFce można było usłyszeć pierwsze komunikaty o awariach. Niestety pamiętając o moim zeszłorocznym starcie, troszkę się jednak zaniepokoiłam. Co będzie dalej? Upłynęło dopiero kilka godzin, a już 2 dwa jachty zgłaszają awarię. Jak będzie ze mną i z Kosią?
 
 

 
Kolejne godziny, i pierwszy jacht wycofał się z regat. Niedobrze, ale najważniejsze w każdej żegludze jest rozsądek i bezpieczeństwo. Trzeba wiedzieć, kiedy należy odpuścić.
Kosia mimo awarii u innych płynęła dzielnie dalej, trzymając się obranego kursu, bez cienia obawy na wycofanie się z rywalizacji.
Nie wiem czemu, ale podczas obu edycji Bitwy, punktem w którym idę zamknąć pierwszy raz oko jest platforma PetroBaltic.
Może dlatego, że dopiero za platformą czuję, że mogę bezpiecznie się zdrzemnąć, choćby przez kilka minut.
Około 2200 minęłam PetroBaltic, wtedy usiadłam spokojnie, jeszcze raz popatrzyłam na wszystko z dystansu.
Sprawdziłam zęzy, ładowanie akumulatorów, ustawienie żagli, odsunęłam sobie wszystkie rolety na jachtowych szyberdachach, tak aby nawet leżąc w koi można było kontrolować pracę i ustawienie żagli.
Kosia płynęła dalej, zostawiając za sobą m.in. Delphię III i True Delphię, z którymi później będzie walka do ostatnich mil morskich.
 
Poniedziałek, 19.09.2016 (Dzień 2)
Noc i poranek minęły spokojnie. Żegluga bajdewindem z satysfakcjonującą prędkością.
Co 15 minut drzemki.
Do godziny 1100 jeszcze szłyśmy ze stałą prędkością 5 węzłów.
Później było już gorzej. Wyliczyłam sobie kiedy zrobić zwrot i nie płynąć dalej na zachód.
Niestety, i tu mam duże pretensje do samej siebie, przespałam ten moment. Co doprowadziło do odjechania 2 mile bardziej na zachód niż planowałam, w konsekwencji przyczyniło się do stanięcia w martwym wiatrowym punkcie.
I tak od godziny 1930 szłyśmy z zatrważającą prędkością 2 węzłów. Patrząc na AIS i słysząc przez radio, że inni idą szybciej, i pomimo słabszych wiatrów wspinają się w górę Gotlandii, zaczęłam się obawiać, że zostanę w tym miejscu jeszcze przez długie godziny, spadając na domiar złego na ostatnią pozycję w wyścigu.
Co najbardziej mnie frustruje w takich momentach? To, że nie wieje, to że nie poruszam się do przodu, że tracę to co udało mi się wypracować i nie mogę nic z tym zrobić.
Prędkość 2 węzłów to nie prędkość, i żadne zaklęcia nic tutaj nie pomagają.
Już zaczęłam sobie przypominać jak w odległych czasach radzili sobie żeglarze z brakiem wiatru. O wbijaniu noża w maszt z tej strony, z której zależało, aby powiało, nie było mowy. Maszt nie jest drewniany, to i wbijanie jest utrudnione, dodatkowo krzywdzić jachtu nie chciałam.
W powiedzeniach żeglarskich jest jeszcze mowa o podrapaniu pięty masztu i to najlepiej przez dziewicę. Hmmmm, tylko jak się do tej pięty teraz dostać 😉
Bardziej sarkastyczni, jeszcze dodaliby, że: „Baba na pokładzie…”, więc czego się dziwi? Kobieta na pokładzie statku była od zawsze uważana za zły omen, mimo upływu czasu ciągle zdarzają się jeszcze żeglarze (oczywiście z kariotypem chromosomów XY), którzy jeszcze tak uważają.
To będzie bardzo długa noc…
Co zamknę oko, to coś mnie zmusza, aby je ponownie otworzyć i upewnić się czy wszystko jest w porządku.
A to autopilot krzyczy, że słaby wiatr i kurs zadany ciężko utrzymać, a to statek pasażerski płynie i alarm się włącza, a to większa fala rozhuśta Kosię i żagle zaczynają się śmiać.
 
Wtorek, 20.09.2016 godzina 0036 (Dzień 3)
Pomału, ale i naprawdę w żółwim tempie, ale coś zaczyna się dziać.
Wcześniejszy kurs prawego halsu został porzucony na rzecz lewego. Teraz znów prawy, bo coś zaczyna się rozwiewać od strony lądu.
Czyli termika zaczyna działać. To lubię najbardziej, jak wieje i jak jacht idzie do przodu.
Cały czas pełne skupienie, o śnie już zapomniałam, teraz trzeba się trzymać w bezpiecznej odległości od lądu, ale jednak jak najbliżej, tak aby przy każdej odkrętce wiatru zyskać na wysokości i wspinać się w górę Gotlandii.
Każdy trener wie, że motywacja zawodnika jest kluczem do jego sukcesu.
Moją dzisiaj był krótki SMS od Jarka „Ładnie jedziesz. Trzymam kciuki! Twój kibic.”
Fajnie jest gdy płynie się blisko brzegu i ma się zasięg komórkowy. Niestety w którymś momencie tego zasięgu pożałowałam. Oprócz smsów dopingujących zdarzyło się dostać takiego, który nie dodał mi skrzydeł, ale o tym już później.
Teraz plan mógł być tylko jeden. Robić jak najwięcej zwrotów, wspinając się do góry i każdą odkrętkę wiatru wykorzystać na swoją korzyść.
Żeby to zrealizować, trzeba było jednak płynąć tak blisko brzegu, aby widzieć kolor oczu dziewcząt na plaży ;-). Nie oddalać się od brzegu i starać się na drugim halsie płynąć jak najbliżej wybrzeża, wykorzystując cały czas maksymalnie termikę od lądu.
 

 
Kontrolny telefon od Taty, który obserwował na trackingu gdzie jestem i jak płynę.
Tata: „Jak żegluga, jak się czujesz, jak stan technicznych jachtu?”
Ja: „Cały czas halsuję, czuję się dobrze. Tak jem. Jacht sprawuje się bardzo dobrze i dzielnie. Wszystko OK”
Tata: „Widzę, że halsujesz i nie chcę się wtrącać, ale czy nie płyniesz za blisko brzegu?”
Ja: „Wszystko pod kontrolą, wykorzystuję termikę, sprawdzone na mapach, że jest bezpiecznie.”
I tak zwrot za zwrotem.
Motywacja od lądu cały czas była, bo i Artur Zimorodkowy napisał, Krzemień również zalewał mnie SMS-ami.
Na szczęście w tym momencie zaczęły spływać zaległe wiadomości od mojego Jacka, który płynął na jachcie osłonowym. Wiedziałam, że mają jakieś problemy techniczne, i martwiłam się jak sobie radzą. Uspokojona i zmotywowana mogłam płynąć dalej jeszcze szybciej.
A trener o 1519 dalej swoje: „Zuchu pięknie jedziesz. Zaciśnij jeszcze pośladki do zakrętu, a potem odpoczniesz.”
W tym momencie o odpoczynku nie było mowy.
Zaczęły pojawiać się sygnały na AIS-ie z jachtów, które były przede mną. Znaczy, że musiałam się do nich zbliżyć. W takich momentach przychodzi jeszcze większa spinka, aby jeszcze więcej wyciągnąć z siebie i z jachtu, i jak najlepiej robić zwroty wręcz co do minuty.
Ile zwrotów zrobiłam w tym czasie, nie mam pojęcia, musiałabym policzyć na trackingu, ale jedno było pewnikiem. Spięłam się przy tym niesamowicie. Procedura zwrotu była prosta: przygotować szoty tak, aby nie miały prawa przy luzowaniu się o nic zaczepić, przygotować korbę przy drugim kabestanie, wypiąć jedną uprzęż z pasów asekuracyjnych, abym miała większe pole do działania (jednak cały czas żebym była bezpiecznie wpięta do jachtu), ustawić autopilota i ciach.
„Pamiętaj, genua ma być wybrana na blachę”. To mi dzwoniło w głowie non stop,„na blachę”.
No nic trzeba płynąć dalej i zbliżyć się w końcu do boi zwrotnej.
Przyznam się, że ostatnie 9 mil były dla mnie czystą grą psychologiczną. Niby tak blisko, a miałam wrażenie, że w ogóle nie zbliżam się do tego punktu.
Jeszcze na domiar wszystkiego, równo ze mną, na milę przed zwrotem przy boi, szła na kursie równoległym inna jednostka, nieco większa, bo tanker vessel.
Próbowałam go wezwać przez radio, aby uczulić go, że płynę. Pomimo tego że AIS mówił, że nasze CPA to 0,5 NM, to ja wolałam więcej, bo byłam na żaglach, i to sama. Ale jakoś mnie nie słyszał, albo nie chciał mnie słyszeć.
No cóż, trzeba było płynąć dalej, ale mimo wszystko przygotować się do awaryjnego zwrotu.
Dodatkowo uruchomiłam silnik w pozycji luz, gdyby stator zaczął płynąć w moim kierunku i trzeba było szybko uciekać.
Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, tanker podążył w swoim kierunku, a ja w swoim, i o 2125 minęłam prawą burtą boję zwrotną.
Nareszcie, czyli teoretycznie półmetek za mną.
Jeszcze sprawdzenie pogody i krótka decyzja. 2305 genaker odpalony.
Piękny widok, nawet przy tym nikłym oświetleniu podsalingowym.
Teraz tylko utrzymać dobry kurs, na sen przyjdzie czas później, tym bardziej że Kosia na tym żaglu poganiała ponad 7 węzłów.
Nadrobimy, w końcu nadrobimy to co straciłam.
Zadzwonił z satelity Jacek z Quick Livener, aby poinformować mnie, że przede mną jest Delphia III, stoi w dryfie i odpoczywa. A ja mam Murasa obudzić za godzinę.
Przyjęłam i nawet próbowałam, ale na radio mnie nie słyszał. Później przyznał się, że słyszeć nie mógł, bo ściszył UKF-kę.
 
Środa, 21.09.2016 (dzień 4)
Szczęście szybkiej żeglugi długo nie trwało. Po około godzinie wiatr się skończył, tak jakby ktoś przekręcił włącznik na OFF.
Stoimy w miejscu, genaker zdechł, grot telepie się to z jednej burty na drugą. Próbuję zmienić kurs, szukając wiatru, ale nic to nie daje. Jeszcze ta martwa fala doprowadzająca do obłędu.
W tym czasie obudził się Muras, byliśmy jakąś milę od siebie. Wymieniliśmy spostrzeżenia, powiedziałam, że może iść dalej spać, a ja posiedzę i popilnuję naszych jachtów.
A grot w tym czasie łup na jedną burtę, łup na drugą. Żeby nie odwieźli mnie do Tworek oraz żeby uniknąć strat w takielunku zrzuciłam grota, a genakera schowałam do kiszki.
Czekam na wiatr, cały czas czekam, a jego nie ma. I tak 2 godziny zmarnowane.
W tej chwili pożałowałam, że miałam zasięg komórkowy. Tak jak wcześniejsze SMS-y motywowały tak jeden podciął mi skrzydła.
0714: „Eech… Nic nie zyskałaś.”
„Kurwa jego mać”, tak jak nie przeklinam, tak w tym momencie pierwszy raz na rejsie przeklęłam.
Gdybym miała człowieka w zasięgu, to bym go gołymi rękoma udusiła.
Jak można było coś zyskać przy wietrze 0 węzłów. To że prognoza mówiła o 5 węzłach, to nie znaczy, że tak musi być.
No nic, w zasięgu rąk nie mam żadnej szyi do duszenia, zresztą ten rejs, ta Bitwa, jest dla mnie, i nie robię tego dla nikogo innego. Wypracowana, wyzbierana i teraz na niej jestem. Z samą sobą się zmierzam, i z tym co mnie spotyka tu i teraz.
Zagryzam zęby i czekam na wiatr, który ponownie skromnie, nieśpiesznie, gdzieś się pojawia. Zaczyna wiać 3 do 5 węzłów.
Grot góra, genakera góra, lazy jack zerwij. Akurat tego w planie nie było, ale tym będę się martwić na mecie.
Płyniemy, 2-3 węzły, ale płyniemy.
Budzę Murasa, aby poinformować go, że odpływam.
Płynę, raptem przez 2 godziny. Potem znowu flauta. Nie jest to motywujące. Stoję znowu w miejscu.
Po kolejnych kilku godzinach…
Ponownie, nieśpiesznie płyniemy na południe.
 
 

 
Po drodze mijamy statki, nawet tego, który mnie nie słyszał przy boi zwrotnej. Cały czas płyniemy. Tylko, że bardzo wolno.
Wiatrowo nie za ciekawie. Dlatego też postanowiłam zmienić kurs bardziej na wschód, aby iść nieco ostrzej, ale i tym samym szybciej.
Plan był następujący: pojechać na wschód dzięki temu nabrać prędkości, pomimo tego, że oddalę się od celu. Później zrobić zwrot i jechać baksztagiem drugiego halsu prosto do mety.
Plan piękny i nawet wszystko udałoby się, gdyby nie 2 szkwały każdy po 17 węzłów.
Cały czas wiało max. 8 węzłów, a tu jeden przyszedł taki, który odwrócił mnie momentalnie do linii wiatru. Nawet szybka kontra na sterze nie pomogła. Podmuch przeszedł , a ja wróciłam na kurs. Rozejrzałam się co się dzieje, czy idzie jakieś załamanie pogody, ale nie. Nie ma żadnego potwierdzenia w chmurach, że ma coś się zmienić na gorsze. Nie minęły 3 minuty i ponowny szkwał, o podobnej sile odwrócił mnie do wiatru.
I tego obawiałam się od samego początku, awarii…
Na pozycji 56 30 2 N 019 37 3 E około godziny 1800 genaker strzelił. Na całym liku dolnym, zatrzymał się tylko na rogu halsowym i brasach. Strzelił, bezczelnie wiatr mi go odstrzelił.
To był drugi i ostatni raz jak przeklęłam głośno podczas tej Bitwy. I niestety w tym momencie z planami żeglugi na genakerze musiałam się pożegnać.
No nic płyniemy dalej, robimy zwrot i kierujemy się do celu.
 
 

 
Wiadomość z lądu od Artura: „Dzielna Dziewczynka 🙂 Nie przegrasz” W tym momencie poczułam się jak mała dziewczynka. Oj Panowie, chyba do końca nie wierzą w moją siłę 😉
 
Czwartek, 22.09.2016 (dzień 5)
Idąc na podstawowym ożaglowania, na słabych wiatrach i bez genakera, Kosia nie chciała iść szybciej niż 4 – 5 węzłów. Ten fakt niestety trochę mnie martwił.
Jak już dostrzegłam zarys Półwyspu Helskiego, to od czasu do czasu na AIS-ie, za rufą pojawiał mi się symbol True Dephi i Oceanny.
Krzepiące było to, że byłam przed nimi, ale widziałam, że ich prędkość jest zbliżona do mojej, a czasami płynęli szybciej niż Kosia.
Tutaj już troszkę zaczęły grać troszkę nerwy, i zaczęłam przeliczać.
Jedno rozwiązanie przyszło mi do głowy, aby zmienić jednak kurs,wyostrzyć i płynąć mimo wszystko bardziej na półwysep niż na metę.
Może oddalę się od celu, ale przyspieszę i nie utracę przewagi, którą niestety w dużej mierze straciłam idąc fordzielem, kursem wolniejszym niż baksztag.
Tak też zrobiłam. Wyliczyłam kiedy muszę zrobić zwrot od lądu i kiedy ponownie zmienić kurs już w kierunku linii mety.
Po ostatnim zwrocie, który kierował mnie kursem docelowym, wezwał mnie ORP 240.
Na UKF przy stanowisku sternika mnie nie słyszał, może wiatr przeszkadzał. Wezwał mnie drugi raz. Zostawiłam Kosię na autopilocie przez co o mało nie byłoby rufy niekontrolowanej, co mogło wykluczyć mnie z wyścigu.
Odezwałam się przez UKF w nawigacyjnej, przeszliśmy na inny kanał. Usłyszałam, żeby nie zmieniać kursu, bo zamierzają mnie wyprzedzić. To sobie sama dopowiedziałam, bo z tego co głos męski powiedział z drugiej strony łącza mało co zrozumiałam. A może po prostu byłam już zbytnio zmęczona i aksony nie przekazywały informacji, a cała struktura logicznego myślenia była zaburzona.
Odpowiedziałam, że utrzymuję kurs i prędkość. Zresztą gdyby w tym momencie mnie poprosił o zmianę kursu….
To wybaczcie, ale chyba wywołałabym wojnę na Zatoce Gdańskiej. Za żadne skarby, nawet dla okrętu RP nie zamierzałam zmieniać kursu. W końcu płynęłam we własnej Bitwie, a w niej nie uczestniczyły żadne okręty RP, dla których miałabym coś zmieniać.
Znowu kilka mil do celu i znowu, przebieranie nogami, bo meta wydaje się tak odległa, a to zaledwie 10 MN.
Za mną Kopytko, dogania go Zenek.
Już przed samą meta wypatrzyłam łódź motorową z masą paparazzi na pokładzie. Poczułyśmy się prawie jak gwiazdy z Kosią, tylko przez to wszystko nie mogłyśmy obrać kursu takiego jakbyśmy chciały.
 

 
Kosia zaczęła gwiazdorzyć i chciała pokazać się w pełnej krasie, czyli na motyla. Tylko nie wyszło to tak jak planowałyśmy i z regularnego motyla wychodził od czasu do czasu tulipan na genułce.
Później usłyszałam na lądzie od mojego Jacka, który to wszystko obserwował z bliska: „Co Ty k… robiłaś?”
W końcu opanowałyśmy żagle i wiatr, i wpłynęłyśmy na linię mety na motyla.
Godzina 1725, upragniony cel, upragniona META!!!! Dałyśmy radę! Jesteśmy całe i bezpiecznie na mecie!
 
 

 
Jeszcze krzyki z pokładu paparazzi od mojego osobistego Jacka i gratulacje od Radka, włącznie z zachęceniem mnie do wykonania jakiegoś gestu zwycięstwa. Fakt, w końcu zwyciężyłam. Ukończyłam Bitwę, bo przecież o to chodziło.
Uśmiech się pojawił, taki sam jak podczas przecięcia linii startu, z tą różnicą, że był nieco pełniejszy.
Teraz tylko trzeba zrzucić żagle i je sklarować mimo zerwanego lewego lazy jacka.
 
 

 
Klarowanie na fali w pojedynkę sprawiło, że Kosia III wyglądała jakby naprawdę wróciła z regularnej bitwy.
W porcie czekali zawodnicy, którzy przypłynęli wcześniej, uściski, gratulacje. Nie zabrakło Beaty, która dzielnie czekała na mnie. W tym roku czekała krócej niż rok wcześniej. Podczas zeszłorocznej Bitwy przypłynęłam na samym końcu z racji awarii i przymusowego postoju w Vandburgu.
Trzeba przyznać, że Beata jest moim najbardziej wytrwałym kibicem. DZIĘKUJĘ 🙂
 
 

 
Kilka słów o osobach, które były i którym bardzo dziękuję:
Mojemu osobistemu Tacie Bogdanowi – Tato dziękuję, że nauczyłeś mnie żeglarstwa. Wiem, że nie jest to dla Ciebie łatwe, ale to Ty mnie ukształtowałeś w tym kierunku.
Mojemu osobistemu Jackowi – dziękuję za cierpliwość i za to, że cały czas dopingowałeś, motywowałeś i wspierałeś. Za pyszny domowy gulasz.
Rodzinie, przyjaciołom i znajomym – za motywację, doping, chęć pomocy i niesioną pomoc.
Poziomkom Magdzie i Michałowi – za zaplecze techniczne. Poziomki i ich samochód zostali „zatrudnieni” w zeszłym roku przeze mnie na Bitwę, kiedy to wieźli mi silnik zaburtowy. Takiej obstawy brzegowej każdemu życzę, ekipa od zadań specjalnych.
Beacie Chrzanowskiej – za doping już od pierwszej mojej Bitwy, za oddanie i powiększenie dopingu brzegowego o Asię Bzodek i Piotra Surmacz. Asiu, Piotrze dziękuję, że byliście razem z Beatą w dniu startu.
Jarkowi Kaczorowskiemu – za trening regatowy, za SMSy te motywujące i demotywujące również. Zaangażowanie przed moim startem.
Tomkowi Kaczmarowi – za pierwsze postawienie genakera na Kosi III, była to bardzo przydatna lekcja.
Arturowi Krystosikowi – za doping i wsparcie, oprawę redakcyjną 🙂
TOZŻ i p. Andrzejowi Podhalańskiemu – za objęcie mojego startu patronatem honorowym jak również o zadbanie o to, abym nie marzła podczas chłodniejszych wacht.
Mirkowi – właścicielowi Kosi III – za świetnie przygotowany jacht.
Na zakończenie chcę Wam wszystkim podziękować. Tym którzy byli ze mną od samego początku i tym którzy gratulowali po ukończeniu Bitwy 🙂
 
© Aleksandra B. Emche

Komentarze