W LONGER KLINIKA JACHTÓW

0
149
Proza dnia powszedniego na dalekiej Północy. Dziś kolejna relacja Jarosława Czyszka, który (według gdyńskich pomówień) z synkiem ponoć zbijają  tam kokosy. 
Ci, którzy żeglują w tamte strony czytają te opowiadanka z zainteresowaniem. Ci, którzy do czegoś takiego dopiero się przymierzają – czytają z wypiekami.
Tak mi się zwierzają.
Wszyscy natomiast pamiętają o kamizelkach.
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
——————————————-
Jurku,
Siedzimy sobie  na zacumowanym w Longer ELTANINie. Wieje ciepły (jak na tutejsze stosunki oczywiście) wiatr z południa, który szarpie jachtem niespokojnie kołyszącycm się na krótkiej, fiordowej fali.
 Prostownik buczą, Radek zwiniety w kłebek w swoim biało czerwonym śpiworze śpi snem sprawiedliwego, spod wody dochodzi wibrujacy dżwięk sterów srumieniopwych big shipa dobijającego do ByKeji. Przez świetliki sączy się bure światło polarnego, wymieszanego z deszczem dnia.
 Obok jeszcze kilka łódek; francuska, holenderska i brytyjska, pod białą, marynarki wojennej, banderą z napisem Royal Yacht Squadron na rufie. Royal nie Royal, dławica wału sie odkręciła i Brytol musiał zamówić dźwig i miejscowych robotników by jacht podnieść częścią rufową chociaż troszeczkę nad wodę. Potem, ponieważ w czasie operacji ustawiania dźwigu, zakładania dodatkowych ciężarów na maszynę by się nie przeciążyła w jedną stronę (trwało to tak długo, że ta mała ciekawska Francuzka zmarzła na kość) wiatr wzrósł niepomiernie, z miną bohaterską, za pomocą liny i pozostawionego na pokładzie towarzysza przyszło mu z zalewanego bryzgami wybudowanej w międzyczasie fali pontonu dokręcać oporną, brązową a rozkreconą tuleję za pomocą poręcznego ścisku stolarskiego. Gość się zachował jak prawdziwy Brytol i sam uprzednio zdejmując buty przed każdym wejściem na swoją łodkę słowa nie powiedział ciężkim norweskim buciorom portowych robotników. Jeszcze im papierosy przypalał porozumiewając się za pomoca gardłowego języka – ho, ho, ho ho…
obraz nr 1

 

Komentarze