S/y „Ulysses” na Atlantyku i już na Barbados

0
72

(4) – 30.11.2010 – poniedziałek (trzynasty dzień na Atlantyku)
Pozycja: 1143N 4100W KD270 prędkość: >7kn

Dorada się skończyła, a nowa nie złowiona, czyli na obiad pozostanie pasta. Przedwczoraj były brania na dwie wędki jednocześnie, oba potężne. Na jednej wędce w ciągu minuty straciłem 150 m żyłki z przynętą, na drugiej pozostał tylko rozgięty haczyk. Prawdopodobnie jakieś wielkie ryby? Trzynasty dzień …każdy jakby zapadł się w sobie, wszyscy czytają, nikt się nie nudzi, nikt nie narzeka, pomimo że od dwóch dni warunki są mało komfortowe – duża pięciometrowa fala z północy, pozostałość po jakimś sztormie, skutecznie utrudnia życie.

Rekompensuje to wiatr ok 18 węzłów, dzięki któremu mamy wreszcie dobowe przeloty powyżej 150 mil, tyle że za nami zbliża się pas ciszy, pozostaje mieć nadzieję, że zdążymy przed nim uciec.
Niedużo już zostało, tylko 400 mil. Pogoda piękna, słońce 30 stopni i ten trudny do opisania błękit Atlantyku, prawie raj, gdyby nie to, że piwo się skończyło. Noce jeszcze piękniejsze: mleczna droga i biofluorescencja, nie wiadomo czy patrzeć na niebo czy na wodę? Wszystko się w głowie układa, ta pozorna monotonia ma głębszy wymiar. Może jakaś prawda się objawi? Żal będzie rzucać cumy, ale port dla żeglarza nie jest chyba pokutą?

(5) – 3.12.2010 piątek, godzina 0730, Port Sant Charles, Barbados

Już w odległości ok. 60 mil od Barbados zaczęła być widoczna łuna, dziwne, bo górzystą, bardzo wysoką i doskonale oświetloną Maderę straciliśmy z oczu po 50 milach, ale ranek potwierdził: Barbados przed nami. Na port odprawy wybrałem nieduże St. Charles na północy, ponieważ rekomendowany był jako łatwiejszy, jeżeli chodzi o formalności. Co prawda nie było źle, ale i tak trzy departamenty przeszedłem: Immigration, Custom and Health, i w sumie wypełniłem trzy takie same listy załogi oraz trzy różne deklaracje… St. Charles to jedyna marina na Barbados – oczywiście brak było miejsc, więc ruszyliśmy dalej do słynnej Carlise Bay, nad którą leży stolica wyspy Bridgetown. Płynąc wzdłuż zachodniego brzegu wyspy od razu widać różnice w stosunku do Wysp Zielonego Przylądka – Barbados po prostu jest zielona, chociaż nie ma tego w nazwie…

Kotwica trzyma mocno, woda przejrzysta i ciepła (28°C), piasek na plaży srebrzysty, bar na plaży znakomicie zaopatrzony – coś więcej potrzeba zdobywcom Atlantyku?
Bridgetown – mała Anglia, tyle że wszyscy są czarni, co początkowo robi dziwne wrażenie na mieszkańcu Europy, gdzie jest dokładnie odwrotnie. Przy bliższych kontaktach mieszkańcy Barbados są bardzo sympatyczni, a kolor skóry nie stanowi problemu.

– 6.12.2010, poniedziałek, godzina 1050, Marina Rodney Bay, St Lucia

Właśnie zacumowaliśmy w jednej z nielicznych marin na Karaibach – po przejściu Atlantyku potrzebna jest żeglarzowi solidna keja i związane z tym wygody. Marina jest ładna, dobrze osłonięta i zorganizowana, a przy tym wbrew legendom nie taka droga (0,7 US$ za stopę). Na razie nie napiszę więcej o wyspie, bo jestem zbyt zmęczony na zwiedzanie. Po pokonaniu Atlantyku nogi raczej wchodzą w d… , niż niosą, a poza tym, jak to na jachcie, zawsze jest coś do roboty. Pozostaje odpocząć i pomyśleć co dalej…

Z żeglarskim pozdrowieniem Mirek Lewiński, s/y „Ulysses” www.rejswagnera.pl

PS. Co złowił Mirek?

Przypomnę z poprzednich korespondencji Mirka: „Neptun pozwolił mi wreszcie złowić porządną RYBĘ – po 15 minutach walki udało się ją wciągnąć na pokład: żółto-złocista dorada -125 cm, 15 kg – trzy obiady plus przystawki. Piotr sfiletował ją po mistrzowsku, teraz przed nami wspaniały obiad – dorada po atlantycku okazała się godna półmetka rejsu.”… No właśnie, co złowił Mirek – doradę czy …koryfenę? Tak naprawdę na otwartym Atlantyku biorą koryfeny, nie dorady…

Dla amatorów morskiego wędkowania są one tylko atrakcyjnym trofeum, ale dla rybaków zawodowych są cenną rybą konsumpcyjną, znaną też żeglarzom przemierzającym oceaniczne szlaki, istotnie wzbogacającą ich menu – jak na „Ulyssesie”, a w skrajnych sytuacjach nawet ratującą życie rozbitkom. Koryfena, albo złota makrela – pięknie, tęczowo ubarwiona duża drapieżna ryba z rzędu okoniokształtnych, dochodząca do 2,1 m długości i do 40 kg ciężaru. Występuje w przypowierzchniowych, otwartych wodach w ciepłej strefie wszystkich oceanów, gdzie poluje na ryby latające i kalmary. Jest bardzo zwinna i szybka, co ułatwia jej charakterystyczna bocznie ścieśniona budowa ciała, z długa płetwą grzbietową i rozbudowaną płetwą ogonową (patrz zdjęcia), stanowiącą doskonały napęd. Atakuje wszystko, „co się rusza”, dlatego też to właśnie koryfeny są częstą zdobyczą żeglarzy, łowione najczęściej na ciągnione za jachtem wędy, z naturalną lub sztuczną przynętą. Równie często duże koryfeny zrywają wędy, a udaje się złowić tylko mniejsze okazy, co relacjonował też Mirek. Ma on już na rozkładzie kilka koryfen – z tą 15-killogramową jest na zdjęciu, razem z załogą atlantyckiego etapu. Oprócz koryfen łapali też tuńczyki (na zdjęciach), i inne ryby.

Dodam, że po wyjściu naszego rybołówstwa morskiego – a także żeglarzy – na morza i łowiska pozabałtyckie, powstał właśnie problem z polskimi nazwami wielu nowych dla naszych rybaków gatunków ryb, nie występujących w naszych wodach czy w handlu. Przyrodnicy każdemu znanemu nauce gatunkowi roślin i zwierząt nadali dwuczłonowe nazwy łacińskie – podobnie jest z rybami, i tak koryfena to Coryphaena hippurus, stąd zalecana nazwa polska to też koryfena. Niestety z nazwami pospolitymi sprawa nie jest taka prosta i te same ryby często znane są w różnych rejonach i krajach pod różnymi nazwami. I tak np. koryfena zwana jest przez Anglików dolphin-fish, a dla odmiany przez Hiszpanów – dorado, i prawdopodobnie dlatego w polskich tłumaczeniach książek o wyprawach żeglarskich koryfeny zostały nazwane „doradami” – tak nazywa je również Mirek. „Kak zwał, tak zwał”, tyle że nasi ichtiolodzy zarezerwowali już tymczasem nazwę dorada dla innej ryby, także z rzędu okoniokształtnych, ale z rodziny prażmowatych. Ta dorada – Sparus aurata – do 70 cm długości i kilku kg ciężaru, jest smaczną rybą konsumpcyjną, cenioną już w starożytnym Rzymie, nadal popularną we Włoszech, w Grecji, Turcji i Hiszpanii, gdzie nasi turyści znajdą ją w menu każdej restauracji, najczęściej pieczoną. Była też kiedyś łowiona przez nasze trawlery na szelfie Zachodniej Afryki (uczestniczyłem w tym, na pokładach „Łużycy” i „Albakory”), gdyż jest rybą przydenną, występuje tylko na szelfie Morza Śródziemnego i Wschodniego Atlantyku, i nie ma najmniejszych szans by złowić ją na wędkę na otwartych oceanach…

Historia – na morzach – kołem się toczy, koryfeny łapali już wcześniej żeglarze ze Szczecina w historycznym, wokółziemskim rejsie „Zewu Morza”, teraz łowiła je załoga „Ulyssesa”, nazywając je doradami. „Ulysses” pokonał Atlantyk w dwa tygodnie, najkrótszą trasą z Wysp Zielonego Przylądka na Barbados, natomiast – przypomnę – bardziej na południe już blisko dwa miesiące walczy z Atlantykiem i to samotnie nasz dzielny kajakarz z Polic Aleksander Doba. On także donosi o towarzyszących mu ma środku oceanu delfinach i drapieżnych barrakudach, chociaż raz przypadkowo – wyciągając dryfkotwę – złowił cztery małe rybki, więc je ugotował i zjadł, nie znając nawet ich nazwy. Swego czasu nasi rybacy dalekomorscy jedną z ryb z szelfu afrykańskiego nazwali „gowikiem”, od nazwiska legendarnego, pierwszego polskiego kapitana żeglugi wielkiej rybołówstwa morskiego Wiktora Gorządka. Może rybki złapane i zjedzone przez Olka Dobę nie mają jeszcze nazwy polskiej, może ktoś kiedyś nazwie je „dobikami”? Zastrzegam sobie prawa autorskie…

Na zdjęciach: wędkarskie, atlantyckie sukcesy załogi „Ulyssesa” (z archiwum wyprawy)
Z życzeniami podobnych sukcesów wędkarskich w Nowym 2011 Roku – Wiesław Seidler

 

Komentarze