RADY KAPITANA JASKUŁY- PROWIANT

0
460

W rejsie solo non stop dookoła świata naszego typu, kiedy rejs jest przyjemnościowy, a nie wyczynowy, wyżywienie ma być smaczne, takie jak w domu. Żadne tam produkty liofilizowane, czego zresztą nigdy nie miałem w ustach i nie wiem jak to smakuje. 
Przed swoim rejsem nie miałem kontaktu z dietetykami. Zaczęliby od liczenia kalorii. Do lekarzy miałem tylko dwa pytania;

1) ile wody konsumuje człowiek na dobę?,

2) czym i jak zakonserwować wodę w zbiornikach, żeby się nie zepsuła?

Na żadne nie odpowiedzieli. 


Na pierwsze sam znalazłem odpowiedź. W rejsie na „Eurosie” we czwórkę z Argentyny do kraju w 1973 roku przeprowadziliśmy badania na temat konsumpcji wody. Normalne zużycie wody, tylko do konsumpcji, bez oszczędzania, ale i bez marnowania, wynosi 2,5 litra na dobę (część rejsu w klimacie tropikalnym i podtropikalnym, dwóch uczestników eksperymentu to palacze, którzy konsumują więcej) Dobrze jest jeżeli 1 litr z tej ilości to płyny smakowe, soki. (Woda będzie oddzielnym rozdziałem) 

Odpowiedź na drugie pytanie jest prosta: niczym nie trzeba konserwować czy zapuszczać wody, ani cementować zbiorników. Zbiorniki mają być z blachy stalowej nierdzewnej. Woda w nich nie zepsuje się, o ile była czysta na początku. Nie mniej jednak wodę należy konsumować zawsze przegotowaną. 

Zdrowemu żeglarzowi nic nie zaszkodzi i może jeść wszystko. Czy naprawdę wszystko? Z prowiantem na rejsy miałem do czynienia od 1964 roku, w swoim drugim rejsie morskim zostałem II oficerem. Kupowało się to co było w sklepach. Rychło okazało się, że lepiej było zjeść same ziemniaki niż z tymi konserwami mięsnymi, po których paliło w żołądku tak jakby siarka była w nich. Może i była? 
Ale już w 1978 roku konserwy z Baltony były bez zarzutu. Sklepowe chyba też. Co najważniejsze: w wielomiesięcznym rejsie nie wolno stracić smaku, a smak można stracić jedząc cos smacznego, ale ciągle to samo. Im więcej smaków, tym lepiej. 

Konserwy mięsne.- W moim rejsie były tylko trzy rodzaje konserw mięsnych z Baltony: wieprzowe, cielęce i wołowe. Różnica między nimi niedostrzegalna. Smak poprawiało się dodatkami, jarzynami konserwowymi: fasolka cięta, groszek zielony, papryka (najbardziej smakowała). 
Konserwy są przeważnie w puszkach metalowych, są też w słoikach. Najlepiej wybierać metalowe, słoiki podatne są na stłuczenie, ale można je akceptować. Wielkość puszek: puszki małe, na klimat ciepły nie większe niż pół kilo. W ciepłym klimacie puszka musi być zjedzona na drugi dzień po otwarciu. 

Do jednego dania obiadowego starczy 200 gramów mięsa. Wypróbuj sam na sobie, kup kilka różnych konserw i zrób sobie obiad w domu. Sam ustal ile zjadasz mięsa, 200 gramów z pewnością starczy. Pomnóż razy przewidziane dni, dodaj 20% rezerwy na wydłużenie żeglugi i 10% na straty, otrzymasz ilość mięsa w kilogramach. (Oprócz tych konserw będziesz miał gotowe obiady z innych zestawów)  Z konserw mięsnych były jeszcze: nasza doskonała szynka eksportowa, golonka, kaszanka. Były też parówki, cienkie, doskonałe do śniadania. Teraz asortyment jest dużo bogatszy, masz czas zapoznać się z różnymi produktami. Wybierz sobie to co Ci najbardziej smakuje. 

Na Drugi Rejs tutejsze zakłady mięsne sporządziły mi na zamówienie 20 kilo karpia w oleju, w małych 200-gramowych puszkach. Lubię karpia, zdążyłem go tylko skosztować, mięso było wyśmienite.

Są konserwy z gotowymi daniami jak pulpety, zrazy, gołąbki z ryżem. Każda taka to gotowy obiad. Możesz mieć jedzenie urozmaicone jak w domu. Bierz również wszelkie jarzyny i sałaty w konserwach, głównie paprykę. Do każdego obiadu musi być sałata jarzynowa. Są też wspaniałe konserwy z owocami, ananasy, brzoskwinie i co tylko zechcesz. Po każdym obiedzie powinien być deser np. z tych owoców konserwowych. Smaków tam cała gama! 

Zupy.- Ćwierć wieku temu zupy w torebkach nie były rewelacyjne, toteż zaniechałem zup. Szkoda było czasu na nieciekawe zupy. Dzisiaj zup też nie jadam (tylko czasem), choć je lubię, bo po zupach się tyje. Myślę, że dzisiaj jest duży wybór zup w torebkach i puszkach, sam zadecyduj, czy wprowadzić je do swego jadłospisu. Na jachcie nie ma za dużo czasu na rzeczy mało ważne, ale pewną ilość zup możesz mieć, np. na niedziele. Przynajmniej tym dzień świąteczny będzie się różnił od powszedniego. 

Płyny pitne.- Litr dziennie tych płynów w puszkach i flaszkach. Wybór jest obfity. Chodliwy był sok z czarnej porzeczki, najbardziej smakował mi sok borówkowy, który dostałem z Korczyny. Ten sok był najlepszy ze wszystkiego. Możesz spenetrować rynek, spróbuj różne soki. Sprawdzaj ich trwałość na opakowaniu. Preferuj te, które posiadają witaminy. 

Mleko.- Miałem sporo mleka kondensowanego w puszkach. Słodkawe. Ponieważ puszki wydawały się polakierowane, a denka z blachy nierdzewnej – w rzeczywistości tak nie było – nie zostały polakierowane, 90% zapasów zostało stracone, denka przerdzewiały i zawartość się wylała. Krem mleczny w tubkach.- Doskonały! Do kawy nigdy nie używałem cukru, słodziłem tym kremem. A często zasysało się trochę tego kremu mlecznego. Cielę z większym zachwytem nie doi krowy!  
Tego miej dużo, tyle ile dni rejsu. 

Dodatki do mięs.-

1) Ryż.- Najtrwalszy ze wszystkich. W worku, bez osłony, nie zepsuł się. Jedyny produkt daniowy, który wytrzymał do końca. Miałem cały worek ryżu. Najlepiej trzymać go w kilkukilowych puszkach. Jeżeli będą kwadratowe zajmą mniej miejsca. Gotowałem na sypko: filiżanka wody, garść ryżu (pojemnościowo dwa do jednego), bardzo lekko posolić. Po zagotowaniu trzymać na bardzo wolnym ogniu szczelnie pod pokrywką przez 15 minut, aż nie będzie wody. Następnie ten mały garnek z ryżem owinąć ścierka, całość w koc. Odstawić do koi na 1,5 godziny. Dojdzie, zmięknie. Będzie ciepły, gotowy do jedzenia. 
Na jednej garści ryżu Chińczyk tyra cały dzień! 
2) Makarony.- W opakowaniach sklepowych, nieszczelne, na Południowym Atlantyku (po trzech miesiącach) pozieleniały, spleśniały. Do wyrzucenia. Żeby nie spleśniały, te produkty – dla pewności również ryż – należy przechowywać w torbach plastikowych zgrzewanych (Na Drugi rejs w 1984 r. miałem te produkty w torbach szczelnych, po ok. 2 kilo w każdej, spawało się zgrzewarką ręczną). 

Kasze.- Można mieć dla urozmaicenia np. gryczaną. Przechowywać jak ryż. 

Olej.- Wspaniały był olej z oliwek Ambasador, w puszkach. Gdy jest wybór, puszka, słoik czy flaszka, wybrać puszkę. Słoiki mają tę zaletę, że nie rdzewieją, a tę wadę, że się tłuką. Olej służy do smażenia jajek i złapanych ryb. Ryż i makaron podgrzewa się na oleju. 

Jajka.- Są jajka w proszku, o długiej trwałości. Tego nie miałem, nie wiem jak to smakuje i czy z tych jajek da się zrobić ajerkoniak 
Miałem 150 jajek kupionych od baby. Żeby jajka się nie psuły należy je zahartować. Każde jajko – na łyżce – zanurzyć na 3 – 5 sekund we wrzątku.. Jadłem je przez 3 miesiące, nie zepsuło się żadne. 

Miód.- Dostałem 10 kg., miałem to w dwóch kanistrach plastikowych 5-litrowych. Ponieważ leżał kilka miesięcy, stężał. Gdy przed rejsem chciałem to przelać do słoików, nie dało się. Brakło czasu na uporanie się z podgrzaniem go i przelaniem, w rejsie nie miałem miodu. Uwaga: Miodu nie wolno podgrzać do temperatury powyżej 70°C, bo zatraci swoje właściwości. 
Miej miód, jeżeli lubisz. W słoikach o szerokiej zakrętce, żeby łatwo go było wydobywać gdy stężeje. 
Dżemy.- Do woli, do smaku. Najlepsze są domowe. 

Jarzyny, ziemniaki, owoce.- Miej tyle ile zużyjesz przez 3 miesiące, bo dłużej nie wytrzymają. Ziemniaki, cebula, czosnek (wytrzymają najdłużej), pomidory ogórki. Ogórki kiszone mogą leżeć długo, kapusta kiszona, domowa, też – cenna ze względu na witaminy. Sporo cytryn, w lipcu są już jabłka. Czosnek ceniłem sobie bardzo (Baranowski kpił z Bolka Kowalskiego w rejsie na „Śmiałym” wokół Ameryki Południowej, że najchętniej jadłby czosnek nadziewany czosnkiem. Ludek Mączka też lubił czosnek. Ja czosnek ucieram nożem na desce, Ludek siekał drobniutko) 

Chleb.- Z tym jest problem. Marynarka Wojenna na Oksywiu wypieka chleb o trwałości 2 miesiące. Miałem taki. Wypieka również chleb o trwałości 2 lata, w okrągłych 2-kilowych puszkach (też dostałem go od Marynarki). Taką puszkę gotuje się przez 10 minut, po czym się otwiera. Chleb jest smaczny, ale tylko przez dwa dni, potem błyskawicznie schnie. Taka puszka dobra jest dla drużyny, otworzą i zjedzą na raz. Ratowałem się biskwitami szalupowymi w puszkach, miałem ich sporo. Zastępowały mi chleb. 
Najlepiej byłoby samemu wypiekać chleb (w domu były okresy kiedy wypiekałem żytni, pszenno-żytni, z kminkiem, z ziarnami słonecznika, posypany czarnuszką). Jest to najwspanialszy chleb, zawsze świeży. Trzeba mieć mąkę pszenną i żytnią oraz drożdże. Przyślę Ci przepisy. Trzeba mieć piekarnik, a tego nie miałem. Postaraj się, żeby Ci zainstalowano porządny piekarnik, to bardzo pożyteczne urządzenie na jachcie. Czym ogrzewany – gazem czy naftą – to oddzielny rozdział. 

Sól.- Wojtek Michalski sprawdzając listę prowiantu II oficera patrzył tylko czy jest sól. Wielu facetów złapał na tym, że nie pamiętali o soli. Na jachcie soli się tylko ryż, makaron, ziemniaki, jajka i złapane ryby. Sól warto mieć w kilku pojemniczkach, aby jej nie zabrakło gdy straci się jeden. 
Musztardy.- Do parówek w puszkach. 

Ryby.- Jest nielichy asortyment ryb w puszkach. Sardynki to żelazny punkt. Nie lubię ryb w tomacie, miałem śledzia w oleju, łososia i cos tam jeszcze. Ryby zza burty – to oddzielny rozdział. 

Czekolada.- To bardzo chodliwy towar. Kolacji nie gotowałem, wystarczyło mi trzy suchary szalupowe zagryzane czekoladą. 
Chałwa.- Kuba Jaworski cenił sobie chałwę ponad wszystko. Ja chałwy nie miałem. Jak lubisz to weź. 

Kawa.- Wszystko co ma inny smak jest wskazane na jachcie. Codziennie około 10.00, uroczyście serwowałem sobie szklankę (po zbiciu szklanek, kubek) kawy z kremem mlecznym. 
Herbata.- Jak w domu, na każdą okazję. 

Parówki.- Parówki cienkie jak palec w 100- czy 150-gramowych cylindrycznych puszkach, w płynie, odegrały pamiętną rolę w rejsie. Stanowiły wyśmienite śniadania. Po otwarciu puszki – nie wiedziałem czy w istniejącym płynie, później wymieniałem go na czystą wodę – gotowałem puszkę na gazie. Widelcem, jedną po drugiej, maczając w musztardzie, jadłem z biskwitami popijając gorzką herbatą. W puszce było ok. 10 paróweczek. Puszka szła na jedno śniadanie. Gdy trafisz na takie puszki, połowa twoich śniadań będzie z parówkami. 

Szynka i golonka.- Do śniadań, na odmianę. Sama szynka z sucharami, choć eksportowa, przejadła się, więc uszlachetniałem ją kilkoma plastrami golonki, też z puszki (szynka jak i golonka na ciepło, podsmażane). Wtedy miewałem wyrzuty sumienia, gdy BBC World Sernice przypominał mi, że w kraju Gierek nakazał zaciskanie pasa. 

Wędzonka, słonina.- Miałem puszki z wędzonką (boczek wędzony), chwaliłem je sobie tak jak golonkę. Bierz golonkę i wędzonkę. Słoniny nie miałem. Nie było w puszkach. Może smalec by się przydał? Chyba jest w puszkach. 

KONSERWACJA PUSZEK.- 
Wszystkie puszki rdzewieją na morzu, po kilku miesiącach – od trzech do pięciu – będą do wyrzucenia! Etykiety zamokną i odpadną. Wszystkie puszki należy starannie zakonserwować. 

1) Należy zdjąć etykiety z puszek. 
2) Każdą puszkę należy polakierować obficie lakierem. Chroni to puszkę przed rdzewieniem 
3) Każdą polakierowana puszkę należy oznakować kodem, żeby wiedzieć co w niej jest. 

Kod maluje się wyraźnie na puszce. Ja przyjąłem kod cyfrowo-literowy: 1-A, 2-B, 3-C itd. Na wypadek gdyby cyfra starła się, pozostawała litera. 

Słoiki, choć się ich nie lakieruje, też należy pozbawić etykiet papierowych i oznaczyć kodem, chyba że fabrycznie mają wymalowane oznakowanie. Zakrętki metalowe słoików rdzewieją, polakierować. 

Kod należy mieć pod ręką, w szufladzie nawigacyjnej, zeszyt kodu, a jego kopię w dokumentach. 

SZTAUERKA.- 
Wszystkie kąty i zakamarki jachtu, jaskółki, szafki, uwidocznione wyraźnie na rysunku, który ma być pod ręką w szufladzie, oznakuj liczbami, dodatkowo ewentualnie nazwami. 
Sztauowanie prowiantu rozplanuj sam, sam zadysponuj gdzie co ma być. Musisz mieć ogólna listę prowiantu, na której odfajkujesz to co pobrałeś do kambuza. Z tej listy wiesz zawsze na czym stoisz (to ma być zeszyt, nie luźne kartki). Taka listę ja miałem, ale nie w całości, bo w ostatniej chwili przed wyjściem dorzucono mi z Przemyśla transport, którego nie zinwentaryzowałem, później już z tym nie doszedłem do ładu. 
To nie jest biurokracja. Jeżeli od pierwszej chwili wprowadzisz ostry reżim sztauerki i ewidencji, codziennie później będziesz sobie gratulował jasności i pewności siebie, co jest podstawą dobrego samopoczucia. 
Dietetyk, lekarz?.- Przyjemności planowania prowiantu za nic w świcie nie oddałbym żadnemu dietetykowi. To nie regaty do zabicia się o sekundy Romka Paszke, gdzie prowiant wyliczany jest do miligramów, aby nie przeciążyć jachtu (!), to rejs przyjemnościowy, a że laicy kwalifikują go do wyczynowego, nawet do ekstremalnego, niech tak myślą. Dla nich z pewnością taki jest. 
Smak na jachcie to jeden z filarów szczęścia i sukcesu, nie wolno go lekceważyć i zastępować jakimiś tam liofilizowanymi torebkami (dopuszczalne dla Romka i dla astronautów), my możemy jeść nawet tłusto, jeżeli nam to smakuje. 

Obliczanie.- Nigdy prowiantu nie przeliczałem na kalorie. To byłby obłęd. Przyjąłem, że do obiadu wystarczy 200 gramów mięsa. Jajek weź 200, skoro mnie wytrzymały wszystkie 150. 1kg ryżu to 12 obiadów. 1 kg makaronu to 10 obiadów (makarony najlepsze są te, które gotują się najdłużej, co najmniej 6 minut, trzyminutowych nigdy nie kupuję). Puszka owoców konserwowych starczy na dwa albo trzy obiady. Tak samo z jarzynami z puszek, ok. 200 gramów na jeden obiad. 
Jedna trzecia śniadań to doskonałe cieniutkie parówki w 150-gramowych puszkach, więc 100 tych puszek. Chyba że odkryjesz lepsze pozycje, co jest bardzo możliwe, bo dzisiaj wszystkiego jest więcej. 
Płynów i soków pitnych tyle litrów ile dni rejsu. 

To są ogólne założenia. Dziś rynek jest bogaty, z doborem prowiantu nie ma problemu. Z pewnością znajdziesz takie produkty, o których mnie się nie śniło. Wszystko planuj pod swój gust. 

Gotowanie.- Ta czynność specjalnie nie bawi, toteż w zimnym klimacie ryż czy makaron gotuje się na trzy dni, w ciepłym najwyżej na dwa dni. Do obiadu podgrzewa się z konserwą, na oleju. 

Konserwa ostrzega.- Przeterminowana konserwa jest trująca. Puszka ostrzega! Jeżeli jest spuchnięta, należy ją wyrzucić bez otwierania. Jeżeli nie jest spuchnięta, a przy otwieraniu syknie, to a) jeżeli gaz śmierdzi, należy ją wyrzucić, b) jeżeli nie śmierdzi, może być przydatna, ale jest podejrzana. Trzeba zbadać jej wygląd, zapach i smak. W razie najmniejszych wątpliwości, wyrzucić. 

Najgroźniejszy jest jad kiełbasiany. Na rejs brać tylko kiełbasę suchą. Gdy zaśmierdzi się, wyrzucić, również gdy zzielenieje. Gdy kiełbasa ucieka, a nie da się dogonić, nie ścigać jej. Nie jeść. 
Zatrucie pokarmowe na jachcie, wbrew pozorom, jest znikome. Czy złapane ryby mogą być trujące? To będzie oddzielny rozdział. 

Żelazna zasada: wodę ze zbiorników konsumuje się tylko przegotowaną. 
Henryk Jaskuła
24 III 2007 

Opublikowano za zgodą autora  http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=618&page=1380 

Komentarze