Bałtycka proza czarterowych perygrynacji

0
144

Marek „Biały Wieloryb” Popiel ma zdrowie do zaglądania tam, gdzie już kiedyś, nawet nie tak dawno –  zaglądał. To jest to, czego ja zawsze unikałem. Port odwiedzony, obejrzany, obrysowany, obfotografowany, opisany to port skreślony. Ale różne są upodobania. Znam takich, którzy niemal przez pół wieku trałowali Kanał Elblaski wefte i wefte. Nie mówiąc już o corocznym wałkonieniu się w Nowej Pasłęce.

Okoliczność łagodząca moje podsmiechujki z Marka – Bałtyk codziennie jest inny.

Czytajcie, czytajcie, przełykajcie ślinkę. Jedno zdanie z tekstu Marka bardzo mi się spodobało: pilnują dopasowania kamizelek pneumatycznych. Fotka załogi (ta ostatnia – takze).

Żyjcie wiecznie !

Don Jorge

—————————————————-

 

Róża Wiatrów 2013


Pociąg do Gdańska przyjeżdża o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie. Na szczęście spóźnia się o pół godziny. Jeszcze śniadanie w Mc Donaldzie i nieśpieszny spacer przez Długi Targ na Szafarnię. „Blitz”, zgodnie z zapowiedzią stoi na końcu pomosty tuż przed mostem, zanurzony w zielonej zupie z rzęsy. Z jakichś powodów „Róża” zapowiedziała zbiórkę załogi na 1000 więc odbieram nerwowe telefony tych, którzy na taką godzinę nie zdążą. Uspokajam, że w sobotę i tak nie odpłyniemy. Po skompletowaniu załogi, zaprowiantowanie jachtu i zapoznanie świeżych załogantów z jachtem oraz obowiązującymi na morzu porządkami. Może to kapralstwo, niech będzie „liberatorom”, ale nie chciałbym, żeby się komuś lub jachtowi jakaś krzywda stała. Prognoza pogody na nadchodzący dzień łagodna – 4 do 5 z NW spadające później do 3B. Lajcik. Wychodzimy w niedzielę rano i na Zatoce żadnej czwórki nie widać więc pierwsze dwie godziny motorek w ruch. Później jednak stawiamy żagle i cierpliwie suniemy w stronę Helu. Za Helem wiatr trochę się ożywia
————————————————————–

Dopiero rankiem docieramy do przylądka Hoburg. Wiatr słabiutki ze zmiennych kierunków. Trochę podpieramy się silnikiem. Po południu urządzamy kąpiel w morzu. Rezygnujemy z wchodzenia do Burgsvik skuszeni tygodniem średniowiecza trwającym właśnie w Visby. Zatem jeszcze jedna noc na spokojnym morzu. Dopiero rankiem następnego dnia stajemy w tym porcie. W wewnętrznej marinie miejsca oczywiście nie ma, ale przy zewnętrznym falochronie cumujemy longside. Opłata za postój jest tutaj skomplikowana i składa się z kilku składników – cumowanie, prąd, sanitariaty. Razem przekracza to 500 SEK. Tydzień średniowiecza w tym roku trochę skromny, więc postanawiamy nie nocować w porcie.
O 1930 oddajemy cumy. Trójeczka z południa pozwala „langsam aber sicher” poruszać się w kierunku szwedzkiego lądu. Wiatr stopniowo odchodzi na NW co zmusza nas do wymalowania na mapie zamaszystego zygzaka. Rankiem zaczynamy zawiłe podejście do Vastervik.  Przygotowałem sobie ściągawkę z przewodnika Don Jorge, więc z wydrukiem w ręku odnotowuję kolejne boje prowadzące do miasta. Jest tam kilka marin ale wybieramy małą znajdującą się w bezpośredniej bliskości miasta. Spacer po mieście w celu uzupełnienia prowiantu, bo samo miasto, jak większość w Szwecji raczej nudnawe. 
Odchodzimy przed 19 by jeszcze przy dziennym świetle przecisnąć się pomiędzy szkierami na otwarte morze. Szczególnie malownicza jest cieśnina pomiędzy wyspami Groenoe a Spaaroe – Dwa jachty mijają się tu ze szczególną ostrożnością. Słaby wiatr z SE zmusza nas do halsowania w kierunku Kalmarsundu. Ustalono, że w roku bieżącym miasta na „K” są passe (przynajmniej w Szwecji) więc w czwartek wieczorem zachodzimy do Borgholmu. (Nie mylić z Bornholmem!!!)  Tu wreszcie odsypiamy noce na morzu i odrabiamy zaległości prysznicowe. Wybieram się na spacer do Borgholmskiego zamku, którego ruiny górują nad miastem. O 1700 następnego dnia żegnamy pustawą marinę.
obraz nr 1

obraz nr 2

Wiatry nieco żwawsze oscylują pomiędzy zachodem a południem. Szybkość mierna ale chwilami sięga 4 węzłów. Inna sprawa, że tą szybkość należy pomnożyć przez 1.4 bo taki współczynnik logu wynika z porównania z GPSem. W niedzielę nad ranem pojawia się mżawka a nawet deszczowe szkwały. Na szczęście przed wejściem do Nexo o 0600 pogoda wraca. W poniedziałek o 1020 oddajemy cumy. Z Nexo do Kołobrzegu jest ca 55 mil więc żegluga przy wietrze od 6B do 4B trwa zaledwie 9 godzin. Kołobrzeg jest wprawdzie również na K ale po pierwsze nie leży w Szwecji, a na dodatek chcę zobaczyć jak posuwa się odbudowa falkonowego Victo.  Dodatkowym powodem jest fakt, że „uniwersalny” zasilacz mojego nawigacyjnego lapka wyzionął ducha i muszę poszukać zastępczego rozwiązania. Mamy oczywiście bogaty zestaw papierowych map i poza moim kieszonkowym jeszcze zainstalowany na jachcie GPS, ale lubię mieć widok mapy „na żywo”. W Kołobrzegu udaje mi się znaleźć 300 watową przetwornicę 12 / 230 volt. Na morzu wieje regularne 7B z zachodu co piętrzy w główkach stromą falę przyboju. Zostajemy jeszcze jedną noc. Prognozy zapowiadają stopniowe słabnięcie wiatru, ale konsultacje z bosmanem przez radio przekonują, że nic takiego nie ma na razie miejsca.
 
Po południu pierwsze oznaki spowolnienia wiatru się pojawiają i po 17 decyduję się na wyjście w morze. Przemykamy przy nawietrznym falochronie by jak najdłużej korzystać z jego osłony i docieramy wreszcie do przyboju.  Jacht dziobie kolejne fale a bryzgi przelatują nad pokładem aż za rufę. Taki widok budzi sensację tłumu zgromadzonego na wschodnim, zawietrznym falochronie, a ja z niepokojem obserwuj jak wolno zbliżamy do główek mimo silnika pracującego na wysokich obrotach. Wreszcie pokryte kipielą główki pozostają na tyle daleko za rufą, że mogę powoli odkładać się w kierunku Rozewia. Stawiamy sztormowego foka i ruszamy z wiatrem na wschód. Wkrótce sfatygowany szot pęka i podczas próby wyłowienia go wkręca się w śrubę. Nieźle – przy silnym wietrze pozbawieni jesteśmy  mechanicznego napędu co pozbawia nas możliwości schronienia w porcie w razie potrzeby. Najbliższy port do którego można zaryzykować wejście pod żaglami to Hel.

Wiatr nieco słabnie więc można zamienić sztormowy fok na marszowy i postawić grot. W środku nocy mijamy wreszcie cypel Helu i przymierzamy się do wejścia do portu. Wiatr wieje teraz z południa i przybiera na sile. Na moje radiowe nagabywanie nikt w porcie nie odpowiada więc zrzucam grota i wchodzimy do awanportu. Do mariny po ciemku nie ryzykuję wchodzić pod żaglami. Przy poprzecznym, wewnętrznym falochronie stoi statek i jacht żaglowy a pomiędzy nimi spora przestrzeń. Decyduję się zacumować tutaj przy dopychającym wietrze. Z bliska okazuje się jednak że to pułapka bo wchodząca z zatoki fala tworzy tu niezłą kipiel. Jest już jednak za późno na zmianę decyzji  i dochodzimy do tego miejsca.   Wyłożenie wszystkich odbijaczy nie zabezpiecza jachtu bo fale wściekle uderzają nim o nierówne nadbrzeże. Z dużym trudem udaje się nam przeholować jacht do wschodniego nadbrzeża gdzie fala jest wprawdzie równie duża ale biegnie wzdłuż a nie prostopadle do jego  krawędzi. Zakładamy podwójne, a czasem i potrójne cumy i szpringi. Możemy względnie bezpiecznie poczekać do rana. Rankiem stawiamy foka i odchodzimy od kei a następnie wpływamy za wewnętrzny falochron przy którym wypatrzyłem wolne miejsce. Robert i Johny nurkują pod rufą i próbują rozmotać zaciśniętą na wale śruby linę, wreszcie zabierają pod wodę noże i po chwili śruba jest wolna. O 0940 żegnamy się z miejscem naszej „bitwy morskiej” i wkrótce docieramy do Gdańska, gdzie na Szafarni udaje się znaleźć wolne miejsce na postój.
W sobotę zbiera się nowa załoga w której witam kilku moich zeszłorocznych załogantów, którzy w międzyczasie zdobyli patenty żeglarskie. Zakupy prowiantowe udaje się zrobić sprawnie więc jeszcze tego samego dnia, korzystając z pomyślnego wiatru opuszczamy Gdańsk. Łagodny wiatr z południa pozwala spokojnie dopłynąć do Łeby. Odpytuję bosmana o warunki na wejściu, ale przy takim wiaterku wejście jest trywialne. W gościnnej marinie miejsca nie brakuje. Idziemy na lądowy obiad by zrobić przerwę w ryżu z sosem słodko-kwaśnym. Postanawiam skorzystać z okazji i odwiedzić słynne wędrujące wydmy. Zamiast korzystać z elektrycznego autobusu, który, jak się okazuje i tak by mnie do celu nie dowiózł, pożyczam rowerek. Do przejechania ca 8 km cienistym lasem po starannie utrzymanej ścieżce rowerowej. Widoki na wydmach rzeczywiście warte wycieczki a i poruszać się godzinkę także warto było
Tego samego wieczora wychodzimy w morze. Kurs w stronę Borhomu to ca 300 stopni. Wiatr słaby, początkowo z południa stopniowo odchodzi ku zachodowi i wreszcie północnemu zachodowi. Trochę podpierając się silnikiem w poniedziałek około 1730 cumujemy longside do nienieckiego jachtu w Christiansoe. Załoga szybko penetruje atrakcje. wysepek. Uzupełnienie wody  na wyspie jest niemożliwe ale przynajmniej miożna się wykąpac. Wieczór na tarasie maleńkiej, jedynej na wyspach knajpki i spać. Jutro czeka nas skok do zatoki Hano, na południu Szwecji.


obraz nr 3

             obraz nr 4


Następnego dnia korzystając z umiarkowanego wiatru z zachodu ruszamy na północ. Skoro w Szwecji porty na K są passe, płyniemy do Ronneby leżącego pośrodku między Karlskroną a Karlshamn. W istocie wpływamy do Ronnebyhamn a nie Ronneby bo to „prawdziwe” leży  parę kilometrów od morza. Na mojej ściągawce oznaczono, że marina  jest tutaj przeznaczona dla jachtów o zanurzeniu 2m. Nasz jacht ma 2,30 więc do pomostów płynę bardzo ostrożnie. Sonda ustawiona na alarm przy dziesięciu stopach piszczy rozpaczliwie ale jacht kontaktu z dnem wciąż nie ma. Zajmujemy miejsce najbardziej oddalone od lądu. Sonda pokazuje 4,5 stopy natomiast ręczne sondowanie pokazuje 2,5m.  Widać sonda nie ma ustawionego żadnego offsetu i pokazuje głębokość od czujnika umieszczonego w dnie jachtu.
Nikomu nie chce się jechać autobusem do właściwego miasta, więc po śniadaniu odchodzimy. Ronnebyhamn jest ukryte za wysepkami i skalistymi płyciznami więc nawigacja wymaga szczególnej uwagi. Wreszcie wyplątujemy się z tego labiryntu i postawiwszy żagle kierujemy się na Bornholm. . Południowo-zachodni wiaterek pozwala utrzymać kurs ale z szybkością marnie. Po drodze mijamy głębokowodną rutę po której płynie sporo statków. Dobra okazja do przypomnienia załodze ich oświetlenia. Do Bornholmu zbliżamy się już po zmroku, co wyklucza wejście do Allinge. Szkoda – to takie urocze miejsce. Wchodzimy zatem do Tejn. Tam wejść można przy każdej pogodzie a wejście jest dobrze oznakowane w nocy. No i sanitariaty zdecydowanie lepsze niż w Allinge. 

W Tejn poza prysznicem nie ma czego szukać i wychodzimy już przed dziewiątą rano. Wiatr słaby wreszcie odmawia współpracy więc większość drogi przebywamy na silniku, niosąc tylko grot spełniający rolę stabilizatora kołysania. Pozwala nam to po 22 zacumować w Sassnitz.  Małe spotkanie załogi w przytulnej knajpce ukrytej wśród krętych uliczek i spać bo rano musimy odpłynąć do Greifswaldu by uzupełnić zapas gazu do kuchenki. Niemcy zaopatrują jacht w aluminiowe butle, które można wymienić tylko u czarterodawcy.  Wiatr słaby więc na silniku przez Greifswalde Boden najpierw do Wiek, gdzie spóźniamy się na otwarcie mostu by wreszcie po jego otwarciu popłynąć rzeką do Greifswaldu. 
 
Wymiana butli odbywa się bez przeszkód i ruszamy w dół rzeki. Teraz jednak pogoda się zmieniła i wieje rześki wiatr z północnego wschodu podnosząc na płytkich wodach stromą falę. Zakładamy dwa refy na grocie i sztormowy fok. Halsujemy tak długo jak na to pozwala głębokość ale resztę przejścia do Zatoki Pomorskiej wybagrowanym wśród płycizn torem trzeba sforsować na silniku. Wreszcie płycizny za nami i można ponownie postawić małego foka i odstawić silnik. W sobotę o 5 rano wchodzimy do mariny w Świnoujściu.Koniec kolejnego etapu.
Nie dla wszystkich koniec, bo czwórka zostaje ze mną na następny tydzień. Na dodatek dołącza Rafał, który pływał ze mną w ubiegłym roku. Korzystamy ze znajdującej się na kei pompy do odbioru ścieków by osuszyć jacht z chlupocącej w zęzie wody, okazało się bowiem, że ani elektryczna ani ręczna pompa zęzowa nie działają. Rozkładamy na trawie do wysuszenia zmoczone w swojej komorze sztaksle i parę innych porządkowych czynności z „odkażaniem” kingstona na czele. ”Starzy” instruują „młodych” o sposobie używania kingstona i pilnują dopasowania kamizelek pneumatycznych. Lądowy obiad na mieście. Rankiem, po wczesnym śniadaniu wychodzimy w morze. Wiatr ze wschodu początkowo skromny stopniowo się rozpędza do regularnej piątki. Zakładamy dwa refy na grocie  i mimo to wyprzedzamy kilka idących w tym samym kierunku jachtów.  Fala rośnie a łódka zaczyna wg GPS  ocierać się o 9 węzłów. Niektórym kołysanie daje się we znaki. O 2300 docieramy do kanału Falsterbo. To jest 100 mil przebyte w 11 godzin. Chyba mój życiowy rekord. Na ostatnie otwarcie mostu już za późno więc rozglądam się za miejscem do przenocowania. Prawdziwa marina jest po północnej, teraz niedostępnej dla nas stronie kanału. Tutaj są tylko jakieś rachityczne pomościki, oczywiście zajęte. Cumujemy przy burcie szwedzkiego jachtu z dwuosobową załogą.
Wczesna pobudka i ruszamy tak, by wykorzystać otwarcie mostu o 0700. Za mostem stawiamy żagle i do przejścia pod mostem nad Oresundem udaje się nam żeglować po cichu. Za mostem trzeba się jednak przeprosić z motorkiem, bo do Limhamn Sud kurs prowadzi prosto pod wiatr a na halsowanie brakuje głębokiej wody. Marina jest rozległa i zapełniona rezydentami ale po krótkich poszukiwaniach udaje się nam znaleźć miejsce z zieloną tabliczką i dalbami wystarczająco szeroko rozstawionymi by „Blitz” się między nimi zmieścił. Postój wystarczy by dokonać pod prysznicem ablucji oraz dotarłszy do centrum Malmoe zjeść  „typowo szwedzki” lunch we  włoskiej pizzerii. 
 
Teraz mały dylemat. Do Kopenhagi jest raptem 20 mil więc jeśli wyruszymy wieczorem to wejdziemy tam w środku nocy. Stanie  w marinie do rana też nikomu się nie uśmiecha. Decyduję, by popłynąć na północ aż do wysokości Helsingoru i dopiero wtedy skierować się do Kopenhagi. Powinno to wypaść już przy świetle dziennym. Ponadto rankiem powinny się uwolnić miejsca w którejś marinie. Decydujemy się spróbować Langelinie, która jest wprawdzie najdroższa na świecie (no – na Bałtyku) ale za to atrakcyjnie położona. Ruszamy o 1835. Wiaterek z północnego wschodu jest lekki a w Sundzie fala się nie tworzy, więc żegluga jest spokojna. Uwagi wymaga tylko duży ruch statków. Koło północy docieramy do miejsca w którym promy pomiędzy Helsingorem a Helsingborgiem śmigają w obie strony co chwilę. Przepływamy pod duński brzeg, zmieniamy pod salingiem szwedzką banderkę na duńską i ruszamy w kierunku Kopenhagi. Do celu zbliżamy się jednak o wiele za wcześnie więc robimy w tył zwrot. Kiedy jednak wracamy na kurs do Kopenhagi otacza nas gęsta mgła. Włączam radar, który może ostrzec nas przed statkami wokół nas a poza tym i tak płyniemy „po niebieskim”, czyli po płytkich wodach, po których statki nie pływają. Wreszcie zrzucamy żagle bo płynąc na silniku mamy większe możliwości manewru.  Wreszcie poranne słońce rozprasza mgłę i wyjaśnia zagadkę niezgodności pomiędzy echem radarowym a mapą. Na północ od dotychczasowych falochronów budowane są nowe, sięgające daleko od dotychczasowych. W Langelinie znajdujemy miejsce do zacumowania. Wprawdzie dyżurujący bosman pokazuje nam, że stanęliśmy przy czerwonej, oznaczającej zajętość plakietce, ale dowiedziawszy się, że zostajemy tylko dobę, odwraca ją na zieloną stronę.
 W Kopenhadze cieszymy się rozkoszami cywilizacji do 0846 w środę. Słabe wiatry z południa i południowego zachodu zmuszają nas od czasu do czasu do podpierania się motorkiem. W nocy przecinamy głębokowodną rutę, po której płynie sporo statków. Widoczność jest bardzo dobra ale na wszelki wypadek włączam radar, który ułatwia ocenę odległości od nich. Po ósmej rano w czwartek cumujemy w  Stralsundzie, nie ma jednak czasu na długi postój, chociaż wiem, że miasto zasługuje na zwiedzenie. Następnego dnia rano czeka na nas busik z Greifswaldu do Świnoujścia. Ta część greifswale Boden jest płytka i nie pozwala na swobodne halsowanie  więc znaczną część drogi podpieramy się silnikiem  Jeszcze pół godziny oczekiwania na otwarcie mostu  w Wieck i wkrótce cumujemy na swoim miejscu w Greifswalde.
Syndrom końca rejsu stwarza spore trudności w namówieniu dzielnej załogi do posprzątania jachtu, ale jakieś efekty udaje mi się uzyskać. Może nie wystarczają bu EcoSail zwolnił organizatora z opłaty za sprzątanie po rejsie, ale przynajmniej wstydu nie ma. Protokół przekazania podpisany i busik wiezie nas wesoło do Świnoujścia. Kiedy koła załomocą po dziurawej jezdni to znak, że wróciliśmy do Ojczyzny.

Marek

 

Za zgodą: www.kulinski.navsim.pl/ 

Komentarze