6 Piw Czarodziejki

0
458

 

Relacja o tym, jak było fajnie, choć wyścig kompletnie się nie udał.
Relacja o pływaniu nie na dalekich wodach, bez wielkich przygód, zupełnie blisko domu.

Czyli ostatni wyścig z cyklu Pucharu 6 piw.

Nazwa Pucharu może być dla piwoszy kusząca, sponsorem tych regat, już od wielu lat jest Browar Amber. Dają jakieś Koźlaki i inne Heweliusze. Ja tego nie pijam w ogóle, ale piwosze mówią, że dobre.

Chodzi o to, że przez cały wrzesień, w każdą sobotę, czyli 4 razy, odbywają się wyścigi. Trasa wiślano-zatokowa, jak to w Górkach często, taktycznie wcale nie taka łatwa przy pewnych kierunkach wiatru.

Tutaj ważne zastrzeżenie – nie mam absolutnie pretensji do Asi i Wojtka za ten wyścig. Nie szło im, to prawda, ale mnie nie szło o wiele bardziej.
Im miało prawo nie iść, zwłaszcza Wojtkowi, który ma małe doświadczenie regatowe i jeszcze mojej upierdliwości mógł nie przetrawić obraz nr 1

 

Szykujemy jacht do pływania. Tutaj pierwszy błąd. Widziałem że wieje, widziałem że kierunek jest taki, że będą przebarsowania. Czemu nie kazałem założyć podwójnych brasów, nie mam pojęcia. Wychodzimy na silniku, wiatr dopychający. Już wtedy było wiadomo, że z władzami umysłowymi jest coś nie tak, bo odejście jest wyjątkowo ślamazarne i niemrawe.
Płyniemy te pół mili do klubu Stoczni, żeby zgłosić się do regat, zapłacić wpisowe (całe 10 złotych od jachtu) i poznać trasę dzisiejszego wyścigu.
Podpływamy do basenu klubu i trudna decyzja, gdzie dobić. Do Fujimo – ale daleko się idzie. Do betonu po lewej stronie – bliżej ale fala jest. Nie mogę się zdecydowac, ale w koncu dobijamy do Fujimo – tam wydaje się być spokojniej. Dobijamy, cumujemy niemrawo ale w końcu cumujemy. Asia gasi silnik, nie cofając wajchy od gaszenia tegoż silnika (do tej pory nie wiem czy to odprężnik czy blokada paliwa).
Załoga zostaje na jachcie pilnować, bo jednak trochę buja, a ja wędruję dookoła basenu do sekretariatu. Zgłaszam jacht, wpłacam pieniądze, i po znajomości dostaję wydruk trasy (zamiast samego opisu). Dobrze że mamy to na papierze, bo kto wie, gdzie byśmy popłynęli. Po drodze pytam znajomych ile wieje. Kilkanaście węzłów.
Wracam po spacerze na jacht. Odchodzimy na żaglach, bo wiatr odpychający. Ale też jakoś niemrawo. W końcu się ogarniamy, idzie go góry grot z jednym refem oraz duży fok zamiast głównej genuy. Szykujemy się do startu, a wiatr, jak czuję, trochę cichnie. No cóż, za późno na zmiany. Start spóźniony, co tego dnia już zupełnie nie dziwi. Ale halsujemy się w kierunku wyjścia na morze. Dzięki temu, że jest fok, zwroty wychodzą szybciej niż zazwyczaj. W ogóle załoga tutaj dostała w kość, bo zwroty co chwila, wiatr niemal dokładnie w osi rzeki. Co gorsza, ponieważ tego dnia odbywa się Memoriał Zawalskiego, organizowany przez NCŻ, to my, halsując, musimy się przebijać najpierw przez wyścig Laserów, potem przez wyścig Optymistów, a na końcu przez wyścig deskarzy. Za wyjściem także są deskarze, ale o tym się przekonamy później. Halsówka o dziwo idzie nam całkiem dobrze, załoga kręci kabestanami jak w transie i powoli przebijamy się do przodu. Jeden jacht z konkurencji wszedł na chwilę na mieliznę, inny sczepił się z deskarzem a raczej deską. Halsujemy. Doganiamy Kapryska. W samym wejściu na zwrotach wyprzedzamy Quicka, który nagle rezygnuje, gdy blokuje mu się kabestan szotowy. Widzimy wracającego GoodSpeeda – zerwany sztag. Wychodzimy na morze, a tutaj fala, wiatr słabszy, i zwalniamy jak te ostatnie sierotki. W końcu jest okazja, żeby zdjąć ref na grocie. Ale to i tak za mało żagla. Płyniemy na P16. Ci za nami powoli jednak zostają z tylu, ci przed nami powoli jednak uciekają. W końcu udaje nam się dotrzeć do P16, zwrot w prawo i żużel do GW. Jakby trochę przywiało. Zmieniamy foka na dużą genuę, co poprawia osiągi ale wiadomo, że zmiana żagla kosztuje dystans. Widzimy że Eljacht postawił na tym boku genakera, Diament spinakera, ale na krótko. Mnie wychodzi, że nie warto, zbyt ostry kurs. Ale spinakera i tak szykujemy bo będzie za chwilę używany. Zwrot przez rufę na GW, spinaker góra. To nam nawet wyszło, po pewnym zamieszaniu genua na dół, i ruszamy. Fordewind, na logu 7 węzłów i więcej. Fajna jazda, falka podgania i kołysze. Spinaker na pełnym kursie tez kołysze i nawet momentami sporo. Zbliżamy się do wejścia do Górek i czas na przebrasowanie. Nie uda się, na pewno się nie uda – prorokuję. Asia idzie na dziób i zaczynamy. Ale nie wychodzi. Spinaker na fali szaleje, nie daje się wpiąć, siły są za duże. Jednak brak wprawy w silnym wietrze i dobrze ponad 50 metrów żagla (to ten mniejszy spinaker) robią swoje. Mam niejasne przeczucie, że lepszym sterowaniem mógłbym trochę pomóc. W końcu decyzja – zrzucamy, póki jeszcze spinaker cały i nie zaplątał się zupełnie. I teraz zaczynają się schody. Załoga się gubi, zanim ściągamy spinakerbom i spinakera trochę czasu schodzi. Stawiamy genuę, ale szoty są zaplątane wokół spinakerbomu na pokładzie. przepinanie i porządkowanie lin trochę trwa. W końcu genua pracuje, ale co z tego – jest dokładny fordewind. 
Trochę na motyla, trochę baksztagami przebijamy się na rzece przez deskarzy, Optymistów i Lasery. Waro było postawić spinakera ponownie, ale pewna różnica zdań na pokładzie, związana z poprzednimi niepowodzeniami, zabrała nam ducha walki. A potem już było ciut późno, zwłaszcza że składanie spinakera też trochę trwa. Końcowa halsówka na metę. Okazało się, że i fał grota i fał genuy są źle wybrane, wózki szotowe źle ustawione, fał spinakera zaczepił się o saling i blokuje wybranie genuy na jednym halsie. Robimy z tym porządki, ale meta coraz bliżej, a wiatr coraz silniejszy. Przywiało na koniec, genua i pełny grot to było już ciut dużo. Przy okazji rozleciała się blokada korby w tej gorszej korbie, ale to już drobiazg. Wchodzimy na metę, zrzucamy genuę i leniwie halsujemy na samym grocie do naszej przystani. Dochodzimy do wniosku, że tak słabego wyścigu jeszcze w tym sezonie nie było. Ale w sumie nie jest źle, pogoda ładna, całkiem ciepło, nic się nie rozleciało (a mogło!), nie pozabijaliśmy się, nawet nie obrażaliśmy – czego chcieć więcej? Teraz czekają nas dobre kiebłbaski i karkówka, dla chętnych piwo, rozmowy z kolegami/koleżankami i w ogóle relaks. 
Żeglowanie jednak jest piękne, także regatowe… obraz nr 3

Tomek Konnak

Komentarze