16.27 GMT Świnoujście czyli Bluesowy Polonez 2013

0
303

Zaglądam do mojego regału z Książkami i wyciągam „11.40 GMT Newport” Kuby Jaworskiego z 1980 roku. Przypominam sobie jak jako niespełna dwudziestolatek zaczytywałem się w tej małej książeczce. Przeglądam ponownie  „Prywatne Regaty” i „Bitwa pod Bornholmem” rozdziały o pierwszych regatach  „Poloneza”. Chyba od wtedy zaczeła się moja fascynacja regatami samotnymi. Gdy 30 lat później w 2010 roku „Polonez” zostaje reaktywowany, myśl o udziale w tych regatach nie daje mi spokoju.

Mija rok 2010, 2011 i 2012 i nic. Albo sprawy zawodowe, albo rodzinne uniemożliwiają mój udział w regatch. Na wiosnę 2013 podejmuję decyzję „koniec z tym marazmem”. Oświadczam rodzinie, że jadę na regaty „Poloneza”, że zamykam firmę na trzy tygodnie i niech się dzieje, co chce. Coroczny urlop na Bałtyku planuję tak, aby po dwóch tygodniach na czas wylądować w Świnoujściu. A więc kierunek Kopenhaga. Z Gdańska wypływamy pod koniec Lipca, zaliczamy Bornholm, Kopenhagę i Rugię. Plan, aby do świnkowa dotrzeć  tak, bym miał co najmniej dwa dni na przygotowanie do startu, jednakże  nie „wypala”. Do mariny w Świnoujściu przypływam w niedzielę wieczorem.  Następnego dnia  odprowadzam rodzinkę na dworzec i zostaję sam . Jeszcze 24 godziny do startu.

Jestem zmęczony długimi przelotami ostatnich dni urlopu i męczy mnie przeziębienie spowodowane kilkudziennym sterowaniem w mokrych ciuchach, a więc nastrój mam odpowiednio minorowy, a głos jak nie przymierzając, nieodżałowany Jan Himilsbach. Po przypłynięciu, przydzielone mi zostaje miejsce w Y-bomie obok dwóch „Setek” i jachtu „Ambasador” z sympatyczną załogą dwuosobową. Setki wyglądają przy mnie mniej więcej tak, jak moja „BLUESinA” przy „Enerdze” Gutka. Dwa miejsca dalej stoi Krzysiek, kolega z Gdyni ze swoim jachtem „Juno”. Zabieram się do pracy. Przeglądam takielunek, zmieniam szekle przy mocowaniu baksztagów do okuć na rufie. Jedną z szekli muszę ciąć brzeszczotem, bo tak się wygieła, że nie da się jej za nic odkręcić. Zbiornik paliwa jest pusty, więc tankuję 10 l diesla, tak na „wszelaki słuczaj”. Wreszcie porządkuje wszystko, ogarniając pourlopowy chaos panujący na jachcie. Robię ostatnie zakupy. Sucha „myśliwska”, chałwa i owoce będą moim pożywieniem podczas regat. Za całe 5 PLN kupuje też  zegar do jajek. Biedak nie doczekał sIę jednak swoich „5 minut”.

Wtorek rano wstaję wyspany i po zaaplikowanych poprzedniego dnia „szamańskich” leków od Krzyśka, czuję się całkiem OK. Poranna odprawa meteorologiczna potwierdza tylko to, co wiemy od początku. Będzie wiało. I nie mam z tym problemu. Moja łódka nie należy do najlżejszych a i zestaw żagli mam ograniczony. Niby wszystko OK, nie będzie żadnych kombinacji, „opcji zachodnich” i innych „halsów Bronka”. Po prostu start alleluja i do przodu „w tą i wewtą” Ale czy to kurcze musi być odrazu „modelowe” 30 knotów. Podczas odprawy pojawiają się nieśmiałe głosy, by start przełożyć o jeden dzień. Nikt nie wypowiada tego jednak głośno. Kurcze sami twardziele (i twardzielki). Idąc na łódkę mam różne myśli w głowie, czyli mówiąc kolokwialnie mam „miękki pędzel”. Klaruję łódkę do wyjścia i wdaję się w międzyczasie w krótką rozmowę z Szymonem z setki. No jak tam Szymon jedziemy ? – pytam nieśmiało.  Szymon z twarzą Bustera Keatona lakonicznie odpowiada: „A co tam, jak przywieje więcej niż 9, to zawinę się i popłynę z wiatrem do Gdańska.”  Robiąc głupią minę mówię sobie w duchu do siebie, chłopie przestań się mazać weż się w garść i jedź na te regaty! Troszkę za późno wypływam z mariny. Niechcąc spóźnić się na start, stawiam żagle w tempie regatowym i szukam statku komisji. Widzę również boję startową, a więc wszystko OK. Sygnał startowy, przekraczam linię startu całe 5 sekund po nim. Nie jest jednak źle, start w czubie, jedziemy. W głowie porządkują mi się myśli, wszelkie obawy znikają, koncentruję się tylko i wyłącznie na prowadzeniu jachtu. Przed startem założyłem na grocie 1 ref. Okazuje się jednak, że jazda na pełnym grocie byłaby możliwa. Konkurenci z tyłu stawiają spinakery i mam wrażenie, że zmniejszają dystans. Musisz szybko zdjąć refa, słyszę w jednym uchu, ale przecież ma wiać, nie spinaj się, mówi ktoś do drugiego ucha. Przed regatami rozmawiałem krótko z Krystianem Szypką i zapamiętałem, co powiedział. Rozplanuj dobrze siły, to ważne. Rozrefowywanie grota jest u mnie dość denerwujące, pozostaję więc na refie. I rzeczywiście po ok. godzinie przychodzą pierwsze silnejsze podmuchy. Łódka przyspiesza do ok. 7,5 KN.. Za rufą obserwuję pierwsze „wywózki” konkurentów i powoli tracę ich z oczu. Przychodzi pierwsza ulewa z burzą, która przechodzi bokiem. Od tej pory regularne ulewy towarzyszyły mi do końca tych regat.  Dookoła robi się pusto, pojawiają sie pierwsze ześlizgi z fal po 12 knotów. Steruję ręcznie na zmianę z autopilotem, który na kursie baksztagowym całkiem nieźle sobie radzi. Próbuję krótkich drzemek, ale nic z tego nie wychodzi. Ok. 8 mil od Bornholmu pojawia się jakiś żagiel na horyzoncie. Szybko go dochodzę – myślę – nawet bardzo szybko. Po chwili rozpoznaję Energę na kontrkursie, która z prędkością światła oddala się w kierunku Świnoujścia. Ale ty Gamoń jesteś, myślę i śmieję się sam z siebie. Jeszcze w zasięgu sieci polskiej dostaję od Marka, który jest moim „prywatnym routerem pogodowym” sms-a, że jestem bezwzględnie 1-wszy w KWR. Jest dobrze. Pod Bornholmem kolejny sms z pogodą: modele przewidują siódemka z westu. IMGW wydaje ostrzeżenie o sztormie 6 do 7 w porywach 8 do 9. Co ja tutaj kurcze robię !!?. Co oni ta na tej odprawie jeszcze mówili? Jakieś „zjawiska konwekcyjne” !!? A niech ich wszystkich pies z kulawą nogą…

Wchodzę w osłonę Bornholmu. Żegluga staje się spokoniejsza, wręcz komfortowa. Wykorzystuję to na chwilę odpoczynku. Schodzę pod pokład, robię sobie herbatę i przebieram się. Markowy sztormiak spisał się bardzo dobrze, ale nie przewidziałem tego, ile wody może dostać się przez rękawy i szyję. Na powrót pod wiatr wytaczam najcięższe działa. Wyciągam „Fladena”, szwedzki kombinezon, skrzyżowanie sztormiaka z kombinezonem ratunkowym. Używam go tylko podczas jesiennych rejsów, ale tym razem robię wyjątek. Na pokładowym netbooku mogę odbierać sygnały AIS. Na wysokości Svaneke widzę „Cabrio 2” mijające mnie na kontrkursie oraz „Rote 66” dziwnie daleko pod brzegiem Bornholmu. Wychodzę na pokład i szykuję się do okrążenia Christianso. Zakładam 2-go refa na grocie. Najpierw krótka prosta, a później skręt do wiatru. Mój mały Chartplotter zamontowany w kokpicie przyprawia mnie o wytrzeszcz oczu. Dookoła robi się gęsto. Widzę światła dwóch jachtów. Na AIS sprawdzam, że jeden z nich to Delphia 40 „Seiche”. Po minięciu Christianso „atakuje” mnie dziko oświetlony statek. Wykonuje kilka nieskoordynowanych ruchów, by w końcu obrać centralny kurs na moją Bluesinę. W panice wypinam samoster i mijam go za jego rufą. Jaka była to odległość 50 może 100 m. Trudno jest mi to ocenić w ciemności. Jakby tego nie było dosyć, włącza się alarm echosondy. Nagle z 80 m robi się 5m głębokości. Jezus Maria, ponad 5 ton z prędkością 7 węzłów i pięć metrów głębokości! Robi mi się gorąco. To niemożliwe, przecież pływałem tutaj nie raz, tu musi być głeboko. Odruchowo jednak odbijam w kierunku otwartej wody. Sytuacja ta powtórzyła się jeszcze dwukrotnie przy Bornholmie i raz na środku Bałtyku. Przytulam się ponownie do brzegu Bornholmu, by odpocząć przed ostatnią prostą.  Schodzę pod pokład, robię kawę do termosu i sprawdzam, gdzie są moi konkurenci. Około 5 mil przed dziobem widzę „Polską Miedź”,  „Delphie Trójkę” i „Filmara 4”. Nie zdaję sobie jednak sprawy, że to ścisła czołówka. Przed nimi tylko Gutek i Asia Pajkowska oraz „Aquarella” Piotra i Anity. Do Świnoujścia ok. 75 mil pod wiatr i falę. Konkurencja, którą Bluesina lubi najbardziej. Drodzy konkurenci możecie na mnie liczyć. Tak łatwo wam nie pójdzie. Podejmuję pościg. Siadam do steru i z małymi wyjątkami nie opuszczam tego miejsca, aż do mety. Noc jest na tyle jasna, że pozwala na uważną jazdę na fali. Żegluga staje się mokra. Nasuwają mi się skojarzenia z filmikami z youtube z tytułami „extreme sailing” (Tylko ostrego podkładu muzycznego spod znaku P.O.D brakuje). Któraś z kolejnych fal wchodzi do kokpitu i częściowo przez zejściówkę i tylne okienko kabiny rufowej (niedomknięte !!)  do środka jachtu. Zauważam też, że luk dziobowy do tej pory szczelny, nie wytrzymuje pracy na fali i puszcza na uszczelkach. Robi się widno i dopiero teraz mogę ocenić wysokość fali. Ile miały metrów? Nie wiem, wiem jedno, czegoś takiego na Bałtyku jeszcze nie miałem. Poziome bryzgi fal robią niesamowite wrażenie. Bluesina zachowuje się świetnie. Całą uwagę skupiam na sterowaniu i utrzymaniu maksymalnej prędkości jachtu. Na kolejne ulewy i bryzgi fal nie zwracam już uwagi.  Jedynym mankamentem jest samozwrotny fok, na którym płynę. Prowadzony na szynie poprzecznej jest wynalazkiem, który  w niektórych sytuacjach się przydaje. Do regat jednak nadaje się kiepsko. Wrażliwy na „przeostrzenia” uderza wózkiem o blokadę szyny, co powoduje niesamowite wstrząsy takielunku. „Przykuty” do steru nie mogę kontrolować ruchu statków na AIS, co mnie niepokoi. Po około 50 milach zauważam żagiel przed dziobem. Schodzę pod pokład to „Polska Miedź”. Odległość do niej ok.  1 mili. Mniej więcej w tej samej odległości „Delphia Trójka” i ”Filmar 4”,  które żeglują jednak znacznie niżej.  Rewelacja, odrobiłem 4 mile w 50 mil, a do mety jeszcze około 20 mil! Nie trzeba być orłem z matematyki, żeby  obliczyć, że na mecie kolejność będzie odwrotna. Szanowni konkurenci, bardzo mi przykro, ale mam was! Zanim wy dopłyniecie do mety, to ja będę siedział już przy szklaneczce whisky! Niedługo potem za moją butę i pychę otrzymuję  zasłużoną karę. Głośne „pierdut” i łopot żagla oznajmiają nadchodzącą katastrofę. „Strzelił” blok i szot  foka samozwrotnego. Łopoczący żagiel targa niemiłosiernie takielunkiem. Muszę natychmiast zwinąć foka. Mimo obaw roler zadziałał i udaje mi się zwinąć żagiel. Prędkość jachtu spada do 1,5 węzła. No to koniec myślę, a miało być  tak pięknie, wywiady, wizyty w zakładach pracy…  Zmęczenie daje o sobie znać i przez chwilę myślę o ukończeniu regat na samym grocie. Niedoczekanie wasze! Krzyczę w kierunku dziobu i postanawiam działać. Wyciągam „normalne szoty” foka, wpinam się i idę na dziób. Szot wszorowuje  w bloki szyn genuy i wczepiam w róg szotowy foka samozwrotnego. Stawiam żagiel. Prędkość jachtu wzrasta do 6,5 węzła. Takie rozwiązanie nie pozwala na optymalne „dobranie” foka samozwrotnego. Kosztuje mnie około 10 stopni wysokości na wiatr, ale co tam, jedziemy dalej. Przez tę awarię „spadam” około 3 mile na wschód i muszę się halsować do główek portu. „Polska Miedż” wchodzi jednyn halsem do portu. Przed metą wyprzedza mnie „Filmar 4” Mijam metę dwie minuty po nim. W marinie pomocny członek ekipy z obsługi regat pomaga mi przy cumowaniu łódki. Pojawia się Krzysztof Krygier z buteleczką szampana w dłoni. Miły gest. Koniec regat.

Pobieżnie klaruję jacht. Fok samozwrotny wygląda żałośnie. Róg szotowy do połowy wyrwany i dziura po „strzale z bloczka”.  Jestem mokry do „gaci”. Przebieram się więc w suche rzeczy i siadam na koi. W jachcie „armagedon”. Otwieram puszkę „piwa bezalkoholowego” i próbuję zebrać myśli. Za plecami słyszę głos Krzyśka z „Juno” – jadłeś już coś? – pyta. No nie, odpowiadam zgodnie z prawdą. Choć! Przygotowałem spaghetti  na obiad, słyszę. Dawno nie jadłem tak smacznego spaghetti. Wracam na jacht i tak jak stoję, padam do koi.

Następnego dnia postanawiamy razem Krzyśkiem wykorzystać przychylne prognozy i ruszamy w drogę powrotną do Trójmiasta. Wypływam z mariny około godziny 13-tej, napotykając setkę Szymona w główkach mariny. Szacunek myślę i salutuję do czapki z daszkiem. Spieszę się, by zdążyć na oficjalne zakończenie regat w sobotę. Dopływam do Łeby, skąd odbiera mnie moja lepsza połowa i samochodem jedziemy do Szczecina. Część oficjalna, przemówienia, sponsorzy, koncert… I nadchodzi ten moment, muszę wyjść na scenę i odebrać nagrodę. Mam miękkie nogi, „bełkoczę” coś do mikrofonu i myślę tylko o tym, żeby jak najszybciej dać stąd „dyla”.

Z ciekawością przyglądam się też jedynej, oprócz Asi Pajkowskiej, samotniczce Aleksandrze Kozerze. Oczekiwałem raczej żeglarki o posturze i aparycji DDR-owskiej pływaczki o imieniu Herta. Jakie było moje zdziwienie, gdy na scenę wyszła drobna, urocza dziewczyna. Po części oficjalnej, już na luzie rozmawiam z Krzysztofem Krygierem. „Choć pokażę ci, gdzie będziesz „wygrawerowany” mówi i pokazuje mi oryginalny puchar z 1973 roku. Widzę nazwiska Jaworski, Siudy, Gogołkiewicz, Madeja. Czuję się jakoś dziwnie…

 

PS. 

Na zakończenie chciałbym podziękować Krzysztofowi Krygierowi i jego załodze za ogrom pracy włożony w profesjonalnie zorganizowaną imprezę. Miło było również popatrzeć jak ekipa organizacyjna „konkurencyjnych” regat „Unity Line”  korzystała z bazy regat Poloneza. Takie obrazki cieszą. Jeszcze raz wielkie dzięki i być może do zobaczenia za rok…

 

Piotr Falk

s/y BLUESinA

Gdynia

Komentarze