W 1934 roku..

0
371

Szczęśliwie zapoczątkowane w roku zeszłym przez Jacht Klub Polski regaty pełnomorskie mają specjalne znaczenie. Są nie tylko egzaminem opanowania sztuki żeglarskiej lecz i zbiorową manifestacją naszego jachtingu wobec zagranicy. Po duńskim Bornholmie w r. ub., padł wybór na cudowną wyspę Gotland słynną z ruin swej stolicy Visby. T rasa tegoroczna dłuższa i trudniejsza prowadziła przez „serce” Bałtyku z dala od szlaków okrętowych.

Na starcie stanęło zaledwie połowa zeszłorocznej stawki. Brakowało zwycięzcy zeszłorocznego „Juranda”, odbywającego podróż zagraniczną, nie stanął do walki żaden jacht Oficerskiego Yacht Klubu R. P., ani Akademickiego Związku Morskiego. Natomiast nie zabrakło jachtów Ośrodka Morskiego P. U. W. F.

Poza konkursem płynął „.Junak” z komisją sędziowską oraz gdański „Pirat” z załogą złożoną z malców-harcerzy  prawdziwych wilcząt morskich.

Dziwne to były regaty.

Bez nagród, pompy, reprezentacji, prezesowskich mów,  publiczności. Ot, skromna uroczystość domowa, żeglarzy, którzy nie po puchary i żetony, a dla własnej satysfakcji ruszają na bezkrwawe boje.

Jednak, przydałoby się nieco więcej reklamy. Sport morski zbyt żyje na uboczu od mas społeczeństwa, warto, go pokazać z bliska. Po części spełnia tę rolę kino („Temida 1″ miała kinooperatora na pokładzie) lecz to zbyt mało. Nawet w zblazowanej uroczystościami Gdyni znalazło by się trochę publiczności, żądnej ujrzenia startu, bądź co bądź poważnych regat.

Załogi jachtów rekrutowały z pośród gdyńskich jachtsmenów. Wyjątek stanowiła „Temida l”, gdzie płynęli jachtsmeni klubów warszawskich.

Przed wyjazdem już na 3 dni ruch gorączkowy. Oględziny skrupulatne takielunku, naprawa żagli, uszczelnianie pokładu, uzupełnianie sprzętu bosmańskiego i nawigacyjnego, sprawdzanie dewiacji, kompasu itd.

Najgrubszą rybą jest 36 tonowa „Temida l” piękny sztakslowy szkunerjacht imponujący swym 20-metrowym  masztem, pociągający pięknem linii. Płynie pod gen. Zaruskim z wypróbowaną w wielu rejsach załogą warszawską, w składzie której znajduje się i kobieta dzielna sterniczka  p. Marysia Żurkowska.

 

obraz nr 1

„Zgodnie z oficjalnym związkowym kalendarzem regatowym pierwszy wyścig z Gdyni na Bornholm miał być powtórzony w tej samej relacji w roku następnym. Tymczasem zamiast zapowiadanej wybrano w 1934 roku bardziej pociągającą trasę: Gdynia-Visby. W pierwszych pełnomorskich regatach z Gdyni do Visby wystartował na „Temidzie I” sam prezes PZŻ Zaruski, na „Temidzie II” Romuald Tymiński, zwany Bejem, a „Witezia” prowadził Michał Laudański. Wystąpił też na starcie nowo nabyty przez gdyńską spółkę Tadeusza Gerwela i Teofila Bochińskiego piękny slup „Kneź”  i bliżej nieznany jacht „Szalony”.

W roku następnym z Gdyni do Visby ostatniego czerwca popłynęło  osiem polskich jachtów. Do stawki z poprzedniego roku (bez „Szalonego”) doszły: „Albatros” gdyńskich adwokatów Zdzisława Józewicza i Stefana Jankowskiego, „Korsarz” i „Pirat” z PKM oraz „Mohort” z gdyńskiego OYK. Z jachtów dwumasztowych pierwsza na metę w Visby dopłynęła „Temida II”, a z jednomasztowców „Witeź”. „Albatros” pod Visby siadł na kamieniach i na metę przybył pod silnikiem, za co został zdyskwalifikowany.  Prezes Petelenz płynął jako honorowy gość na „Korsarzu” i po osiągnięciu mety w Visby udał się w gronie 18 polskich żeglarzy do Farosundu, na zwołany przez Szwedów zjazd przedstawicieli jachtingu krajów nadbałtyckich. Wspólnie tam postanowiono co dwa lata, w połowie lipca, organizować wyrównawcze regaty jachtów krążowniczych dookoła Gotlandii (Runt Gotland), na trasie co najmniej 170 mil.  Główną nagrodą tych regat miał być Puchar Bałtyku fundowany przez szwedzki związek żeglarski. Wyznaczony na 1936 rok pierwszy wyścig tej wielkiej bałtyckiej imprezy regatowej został przełożony na rok 1937 ze względu na Igrzyska Olimpijskie w Kilonii.

Przeniesienie z 1936 na 1937 rok terminu pierwszych bałtyckich międzynarodowych regat pełnomorskich dookoła Gotlandii okazało się szczęśliwe dla polskich żeglarzy,  ponieważ mogli oni w nich wziąć udział na nowoczesnych, nowiutkich jachtach krążowniczych klas 50 m2 i 80 m2, które przybyły do kraju z Hamburga jesienią 1936 roku. Chociaż więc na wytrymowanie osprzętu i na trening załóg nie pozostawało wiosną 1937 roku zbyt wiele czasu, PZŻ do pierwszych regat Runt Gotland zgłosił pięć nowych jachtów krążowniczych: „Bożenę”, „Goplanę”, i „Rusałkę”, liczące po 50 m2 powierzchni żagli, dwie „osiemdziesiątki”:”Admirała” i „Hetmana” oraz „Wojewodę Pomorskiego” – jacht regatowy dawnego typu. „Pięćdziesiątki” i „osiemdziesiątki”  wystartowały najpierw do regat Gdynia-Visby, które wygrały „Bożena” prowadzona przez Tadeusza Gorazdowskiego i „Hetman”, którym dowodził Jerzy Błeszyński.

Do pierwszego wyścigu dookoła Gotlandii Polska wystawiła sześć jachtów, Szwedzi jachtów dwanaście, Niemcy osiemnaście, sześć pozostałych państw razem kilkanaście. Start blisko pół setki jachtów na trasę liczącą około 250 mil odbył się 7 lipca 1937 roku, o godzinie 8.00. Był to pierwszy start polskich żeglarzy morskich w poważnej  międzynarodowej konkurencji na pełnowartościowych jachtach krążowniczych. Jednak z sześciu polskich jachtów tylko „Goplana” prowadzona przez Ludwika Lichodziejewskiego, zdobyła nagrodę: srebrny puchar za drugie miejsce w swej mocno obsadzonej klasie, co jak na jak na początek należało uznać za bardzo dobry wynik. W zaimprowizowanych regatach towarzyskich regatach powrotnych z Visby do Gdańska wzięło udział łącznie  jedenaście jachtów: cztery polskie, pięć gdańskich i dwa niemieckie. Wyścig ten wygrał „Hetman”.

W drugich z kolei regatach Runt Gotland, w lipcu 1939 roku, startowało pięć polskich jachtów. Piękne zwycięstwo odniósł w tych regatach „Admirał” dowodzony przez świetnego regatowca YKP Jerzego Juraha-Giedroycia, poległego bohatersko we wrześniu tego samego roku.  Sukces odniosła też w tych regatach „Panna Wodna”  prowadzona przez Alfreda Strużynę, zajmując w swojej klasie czwarte miejsce.”

obraz nr 2

 

„Od roku 1934 Oddział Morski YKP corocznie organizuje międzyklubowe regaty do Visby, co wchodzi do jego stałych tradycji. Biorą w nich udział i inne jachtkluby Gdyni oraz Polski Klub Morski w Gdańsku. Data tych regat każdorazowo zbiega się z datą rozpoczynania się, organizowanych co drugi rok, regat Round Gotland, by umożliwić jachtom polskim ewentualne startowanie i w tych szwedzkich regatach. W 1935 roku Oddział Morski YKP osiąga duży sukces zdobywając w wyścigach tego sezonu 66% nagród.

W tymże roku, należący do dra Tadeusza Gerwela i dra Teofila Bochińskiego jacht „Kneź”, prowadzony przez tego pierwszego, po zakończeniu regat do Visby, w których zajął II miejsce, udaje się w dalsze pływanie do Sztokholmu, Helsinek i Tallina.  W drodze powrotnej „Kneź” trafia na sztorm o sile wiatru 8-12 Beauforta. W czasie walki z żywiołem sztormujący jacht doznaje wielokrotnego podarcia żagli i innych licznych awarii, jak utrata bączka, urwanie się dryfkotwy na skutek pęknięcia jej cumy. Przy końcu piątej doby sztormowania i po zauważeniu w oddali lądu, dla możliwości odejścia jachtu w głąb morza – załoga wykonuje zwrot przez sztag, podczas którego ulega zerwaniu lewy baksztag przy topie 18-metrowego masztu. By nie dopuścić do jego złamania, jacht powraca do sztormowania na poprzednim prawym halsie, przy czym jest skazany podczas kontynuowania swego kursu na dryfowanie ku lądowi. O północy dnia 26 czerwca , po stwierdzeniu znacznego zbliżenia się do lądu, załoga buduje ze sprzętu jachtowego tratwy ratownicze, po czym, by nie dopuścić, względnie opóźnić zderzenie się jachtu z lądem kapitan Gerwel wyrzuca za burtę kotwicę na całym 60-metrowym łańcuchu, przy czym sam wśród ciemnej nocy zostaje zmyty z pokładu. Dzielna załoga wydobywa kapitana na jacht, który po dalszym godzinnym sztormowaniu zostaje rzucony na mieliznę przy Mierzei Kurońskiej w pobliżu miejscowości Sarkau, na północ od Królewca. Wyrzucona uprzednio kotwica spełniła swoje zadanie, bo chwyciwszy dno mielizny przy naciągniętym i sprężynującym łańcuchu, mimo wielkiej fali, w znacznej mierze osłabiła uderzenie jachtu o dno mielizny, co niedopuściło do jego rozbicia. Załoga składająca się oprócz kapitana z dra Teofila Bochińskiego, Janusza Klawego, pań Gudrun Bochińskiej i Marii Gerwelowej uratowała się bez obcej pomocy. Wiadomość o rozbiciu „Kniezia” była podawana przez prasę polską. O sile sztormu przeżytego przez załogę „Kniezia”  świadczy fakt, że miejscowa policja niemiecka, by zawiadomić o wypadku polskie władze konsularne w Królewcu, musiała utworzyć sztafetę rowerową, gdyż między Sarkau a Królewcem sztorm powywracał słupy i pozrywał  druty telefoniczne i telegraficzne.”

obraz nr 3

 www.sailbookcup.pl 

Komentarze