„Pisz i Płyń”, czyli morska opowieść Karoliny Grużewskiej

0
441

Siedziałem w kajucie na drewnianym, obdartym stołku. Scarlett ze skupieniem czyściła moje okaleczone, lewe przedramię. W zębach trzymałem kawałek szmaty, nie mogłem znieść pieczenia rany.

– John… Co się stało? Dlaczego nic nie mówisz…

– Cóż… – Wpatrywałem się w jej zielone oczy i zastanawiałem się jak mam opowiedzieć jej całą historię. W końcu była to przygoda mojego życia… W pamięci zacząłem odtwarzać przebieg zdarzeń. – Zaczęło się od tego, kiedy ja i mój brat, wyruszyliśmy na tę nieszczęsną wyprawę… 22 lipca.

Pamiętam, iż pogoda tego dnia nam wszystkim dopasowała. Parzące słońce komponowało się z wiatrem, który prowadził Mary Ann przez ocean. Oh… Mary Ann. Nic nie zastąpi tego statku. A wracając do opowieści… Płynęliśmy załogą zebraną w starej knajpie, u Noego. Zawsze pachniało tam whiskey.

Piter. Dobry człowiek. Nigdy nie skrzywdziłby niewinnego człowieka. Ale za to stawał mężnie w obronie tego co kochał. A co kochał? Niestety wódkę. Rodzina opuściła go lata temu. Jednak ani na chwilę nie zawahałem się, żeby przyjąć go do załogi.

Mark. Kiedyś służył w marynarce. Ale go wyrzucili. Zgłosił się sam na ochotnika. Tęsknił za pustą przestrzenią, blaskiem odbijającego się od wody słońca, brakiem horyzontów.

Tomson. Jack Tomson. Chyba najporządniejszy z całej kompanii. Miał żonę i dwoje synów, którzy tęsknili za nim, kiedy pływał. Poczciwy Jack. Szkoda, że został zjedzony.

I Drew. Mój brat. Pomszczę jego stratę.

Gdzieś tu się pałęta kapucynka. Uważaj na nią Scarlett. Potrafi odgryźć palce.

Oprócz moich wiernych przyjaciół, w rejs wypłynęło jeszcze z nami kilkunastu chłopów i siedemnastu zbiegłych więźniów…

– Jak to? Więźniów? Przecież to niebezpieczeństwo… – przerażone oczy Scarlett wpatrywały się w moje. Kosmyk jej rudych włosów przykleił się do pełnych, czerwonych ust.

– Słuchaj dalej. Nie przerywaj! – kontynuowałem opowieść.

Płynęliśmy. Mijały godziny. Potem dzień, po dniu. Niektórzy zapominali po co płyną. Mieliśmy odkrywać nowe lądy. Nigdy nie zapomnę co tam się stało… Dlaczego tak się stało? Dlaczego nas musiało to spotkać? To chyba na zawsze pozostanie zagadką.

Nie wiem, którego dnia żeglugi zrzuciliśmy kotwice. Szacuję, że był to już koniec września. Bądź, co bądź, kiedy to się stało sześciu więźniów wyskoczyło przez burtę do morza. Szukali ochłody w tym zgiełku gorąca. Stałem w kajucie i podziwiałem morze. Było tak cudownie nieodgadnione. Nie wiadomo co w nim mogło się znajdować.

Pamiętałem opowieści mojego ojca. Zawsze mówił mi o syrenach, jak niesamowite i jednocześnie groźne mogą być.

– John… – odwróciłem się na dźwięk głosu mojego brata. – Ta wyprawa nie ma dalej sensu. Ludzie niedługo zaczną cierpieć z braku zapasów jedzenia. Nie mówię już o beczkach wody i wina. Wszystko się kończy… – Jego młoda, opalona na brązowo twarz wydawała się starsza o kilkanaście lat. Był zmęczony całą tą wyprawą.

– Kiedy dopłyniemy do najbliższego lądu i uzupełnimy zapasy, to wtedy będziemy gotowi do drogi powrotnej. – Byłem stanowczy. Nie płynąłem tyle czasu po to, żeby wrócić z pustymi rękami.

– Bracie! Dlaczego nie możesz raz odpuścić?! – Drew zaczął krzyczeć. – Na Tomsona w domu czeka rodzina! Nie mają pojęcia co się z nim dzieje, czy w ogóle żyje… John, proszę… Wracajmy do domu.

– Musimy uzupełnić zapasy! To co zostało starczy góra na dwa tygodnie! – Nie rozumiałem głupoty mojego brata.

– Co tu się dzieje? – zza ramienia Drew wyjrzał Mark. – Dlaczego krzyczycie? Załoga zaczyna się denerwować.

– Do Johna nie dociera, że już czas wracać. Musimy zawrócić. – Drew chciał tak bardzo dopiąć swego. – Z resztą… Nieważne. Róbcie, co chcecie. Zaczyna się ściemniać. Nim zapadnie noc, zabieram jedną z szalup, trochę wody i prowiantu. Wracam do domu. – Odwrócił się na pięcie i wyszedł z kajuty.

Nim dotarło do mnie, co właśnie powiedział, zdążył już opuścić pomieszczenie. Wzdrygnęło mną uczucie, że mogę stracić brata. Wybiegłem za nim z pokoju, po drodze trącając ramieniem Marka.

– Drew! Nie rób z siebie głupca! Nie pozwól, żeby trochę słońca doprowadziło cię do paranoi! – Krzyczałem jak najgłośniej, aż zza żagla wyglądnął jeden z członków załogi z pytającym wyrazem twarzy.

– Nie, John. Za długo się już ciebie słuchałem! Nie powinienem w ogóle wyruszać z tobą w ten rejs. Poszukiwanie nowych lądów, też mi coś!

Nic nie mogłem zrobić. Nie zmuszę go przecież, żeby został tutaj. Wzbierała się we mnie nienawiść za to, jak nas wszystkich zdradził. „Tchórz” – myślałem wtedy.

– On miał rację… Powinniśmy wracać. – Piter mówił spokojnym głosem. – Ale teraz straciłeś brata.

Dotarło do mnie jak źle może się skończyć jego próba powrotu do domu. Ale coś zagłuszyło moje myśli.

Nagle usłyszeliśmy śpiew. Wydobywał się nie wiadomo skąd.

Zapadał zmrok, a w wodzie świeciły rubinowe, szafirowe i szmaragdowe światła. Nikt nie wiedział skąd to się wzięło. Wszystkich ciekawiły kolorowe blaski wydobywające się spod wody.

– Spuścić szalupy! Musimy sprawdzić co to za cudo! – krzyknąłem bezmyślnie przez cały pokład, tak aby wszyscy mogli usłyszeć mój rozkaz.

– Kapitanie John! – Tomson biegł w moją stronę z drugiego końca Mery Ann. – Kapitanie! Nie możemy ryzykować! Przecież to syreny! Wszystkich nas obałamucą i pociągną na dno!

Ale nim zdążyłem odwołać rozkaz, większość załogi opuściła już pokład.

– Drew… – widziałem jak odpływa na jednej z szalup wprost na źródło świateł.

Bez wahania razem z Tomsonem wzięliśmy jedną z łodzi i wypłynęliśmy w kierunku mojego brata. Ciągle słyszałem piękny śpiew, ale starałem się krzyczeć jak najgłośniej potrafiłem, żeby go zagłuszyć i nie zgłupieć.

– John… przestań wiosłować. Słuchaj… Słuchaj jaki piękny mają głos…. – Tomson wsłuchał się w śpiewy. Uderzyłem go w lewy policzek, krzycząc do niego, żeby się nie poddawał. Nie mogłem stracić załogi.

W tym momencie z wody wypłynęła syrena. Miała bladą cerę, brązowe włosy i czarne oczy. Jej ogon świecił na rubinowo. A może tak chciała żebyśmy ją widzieli?

Zaniemówiłem. Była taka idealna.

Oparła się o łódź, zbliżając twarz do twarzy Jacka. On sam nachylił się tak, że cały jego tułów był poza szalupą.

– Tomson! Oszalałeś? Co Ty wyprawiasz… Jack! – Spieszyło mi się, żeby uratować mojego brata, ale nie mogłem pozwolić na to, żeby jeden z moich przyjaciół także został stracony. Próbowałem ciągnąć go za kołnierz brudnej koszuli, ale mnie odepchnął.

– Nadszedł twój czas. – wyszeptała syrena szorstkim głosem. Ale zauroczony chłop nawet tego nie usłyszał.

Zbliżył swoje usta w kierunku ust potwora, a ona wyciągnęła swoje łapska i pociągnęła Tomsona do wody. Rozległ się głośny plusk. Nie miałem już nawet szans, żeby uratować Jacka.

Rozejrzałem się dookoła. Mieniące się kolory ogonów syren, mieszały się z krwią i szczątkami mojej załogi, wypływającej na powierzchnie.

Postąpiłem jak tchórz, a czułem się jak morderca. Wszyscy zginęli przez to, że nie chciałem zawrócić statku i wrócić do domu.

– Szlag by trafił! – krzyknąłem, czym przyciągnąłem uwagę jednej z syren z szafirowym ogonem. Zaczęła płynąć w moją stronę, ale nie obchodziło mnie to. Począłem wiosłować w kierunku Drew. „Muszę go ocalić, muszę mu pomóc.” – mówiłem do siebie.

Próbowałem wyminąć syrenę, ale ta pędziła w moją stronę w oszałamiającym tempie. Wyskoczyła z wody w moim kierunki, a swoimi łapskami chciała mnie pociągnąć za sobą. Wiosło, które trzymałem w ręku posłużyło mi jako broń, bez zastanowienia uderzyłem nim prosto w brzuch syreny. Ta zaś zdążyła ugryźć moje przedramię.  Z bólu schowała się pod powierzchnię wody i odpłynęła.

Byłem już tak blisko. Widziałem Drew, jak zbliża się do syreny o szmaragdowym ubarwieniu ogona. Dobrze zapamiętałem jej rude włosy. Nie wiedziałem jeszcze tylko, skąd je znam i dlaczego wydają mi się takie znajome.

– Drew! Drew! – krzyczałem w niebogłosy. – Drew!!

Ale było za późno… Rzeź rozpętana w ciągu kilku sekund, pochłonęła wszystkich. Zostałem tylko ja. Przez krótką chwilę myślałem, że może jeszcze Drew żyje, ale wiedziałem, że im dłużej będę zwlekał z ucieczką, syreny dopadną i mnie.

Już miałem wracać na Mary Ann, ale usłyszałem cichy skowyt z łodzi obok. Na pierwszy rzut oka wydawała mi się pusta, ale po podpłynięciu do niej znalazłem tam małą kapucynkę. Trzymała w pysku długi palec jednej z syren, zakończony szpiczastym pazurem. Rozpoznałem, że to małpa Marka.

Zwierzę przeskoczyło z jednej łodzi na drugą, a ja otrząsnąłem się, zrozumiałem że trzeba uciekać przed nadchodzącym niebezpieczeństwem.

Do tej pory, droga Scarlett, nie wiem jak udało mi się dotrzeć na statek. Może to Bóg mi pomógł? Nie mogę nic rzec.

Płynąłem przez długie tygodnie. Powoli zaczynało brakować wody i pożywienia. Od tamtego czasu nie opuściłem Mary Ann ani razu. Wolałem nie ryzykować ponownego spotkania z tymi potworami, które odebrało tylu moich kamratów. A zwłaszcza Drew.

Wydawało mi się, że w nocy widzę poświatę blasku ogonów płynących za moim statkiem. Ale to chyba tylko mój umysł płatał mi figle…

– Nie wiem, co mam powiedzieć, John… – Scarlett właśnie skończyła czyścić ranę na przedramieniu, którą nabyłem podczas walki z szafirową syreną. Nie wiem, dlaczego ugryzienie na przedramieniu goiło się tak długo…

– Cóż, Scarlett… – poczułem ukłucie w klatce piersiowej, dopiero teraz zrozumiałem, że nie mam dokąd iść. Że mój jedyny, żyjący krewny, Drew, nie żyje. – Pomszczę mojego brata. Wrócę tam i wymorduję każdą syrenę. Co do jednej. Pomszczę Drew.

Scarlett przez chwile patrzyła na mnie jak na głupca. Ale po chwili jej wyraz twarzy zmienił się z grymasu na uśmiech.

Jej wargi ułożyły się w tak znanym mi uśmiechu. Uniosła jedną brew.

Skąd znałem ten uśmiech?

Scarlett pochyliła się ku mnie. Poczułem, że przejechała paznokciem koło ugryzienia szmaragdowej syreny.

– Niedługo i twój czas nadejdzie. – powiedziała to znanym mi już wcześniej tonem. Po czym wyszła z kajuty. A ja, osłabiony, nim zdążyłem ją schwytać, przeskoczyła przez burtę i płynęła ku horyzontowi.

W oddali było widać tylko ślad szmaragdowego połysku jej ogona.

 

Konkurs organizowany przez portal SailBook.pl w ramach regat SailBook Cup 2013 pod patronatem Marszałka Województwa Pomorskiego, Honorowego Konsula Szwecji w Gdańsku oraz Pomorskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego. Parterami projektu są Miasto Pruszcz Gdański, Gmina Cedry Wielkie i Gmina Pruszcz Gdański.

Fot. Puchar Mariny Gdańsk/ Robert Urbański

Komentarze