1001 mil Delphią 37

0
84
Czego się młody człowiek może spodziewać po dziewczynie – nie dowie się na dyskotece. Gorzej – szukanie dziewczyny na poważnie w takim miejscu uważam co najmniej za mało rozsądne. Myślę też, że przyjrzenie się dziewczynie w rejsie bałtyckim daje dużo pełniejszy obraz, czego w przyszłości będzie mógł się po bogdance spodziewać. Ową filozofię rozszerzam o „testy jachtów” publikowane przez wiele żeglarskich czasopism, gdy producent lub firma czarterowagrzecznościowo podstawia jacht do jednodniowych prób.
Znacie przysłowie o próbie przyjaźni i beczce soli?
Tak mi się wydaje, że Krzysztof Kusiel-Moroz podziela moją opinię.
Kamizelki !
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
—————————–
Dane techniczne jachtu Delphia 37: LOA – 10,74m, B – 3,61m, zanurzenie 1,98m, masa 6,4t, balast – 1,85t, grot – 33,2 sqm, genua – 39 sqm. 

1001 mil Delphią 37

obraz nr 1

 
W Karlskronie
.
Na naszym jachcie grot posiadał dwie refliny, pozwalające na refowanie go bez wychodzenia z kokpitu. Szkoda, iż tak wygodnie nie można było założyć trzeciego refu, do którego konieczne było wyjście załoganta do masztu, oraz wybranie założonej dodatkowo przez nas liny stanowiącej szkentlę. Myślę, iż stocznia lub firma czarterowa niewielkim kosztem mogłaby poprawić ten drobny mankament, szczególnie, iż konieczność zarefowania grota na 3 bantę spowodowana jest na ogół trudniejszymi od przeciętnych warunkami pogodowymi, przy których wychodzenie człowieka na dek mimo użycia pasów i kamizelki zawsze obarczone będzie większym ryzykiem niż wykonanie tej samej operacji z bezpiecznego, osłoniętego owiewką kokpitu. Tak samo trudne i ryzykowne może być wybieranie szkentli balansując na ławeczce i sięgając do targanego falą i wiatrem bomu. 
Jeśli już o bomie mowa, zauważyliśmy, iż na tym egzemplarzu jachtu, przy próbie mocnego wybrania obciągacza (choćby w celu wypłaszczenia powierzchni żagla) dochodziło do kolizji z poręczą biegnącą ponad krawędzią osłony przeciwbryzgowej. Spotkanie bomu z poręczą następowało niestety także przy mocnym wybraniu zamontowanego na prowadnicy przed owiewką szota grota. O tym, iż to nie tylko my mieliśmy ten problem świadczą wyraźne rysy na dolnej części bomu. To kolejna kwestia do przemyślenia dla stoczni. 
Opisywana Delphia wyposażona została w rolowany przedni żagiel z tradycyjnymi szotami prowadzonymi na przez bloczki na długich, umożliwiających szeroki zakres regulacji szynach. Niestety i tu, każde przesunięcie bloczka wymagało opuszczenia bezpiecznego kokpitu. Wszak nie wiele droższe – a o ile bezpieczniejsze dla załogi – byłoby założenie prowadnic z regulacją bloczków za pomocą linki, do której można sięgnąć z kokpitu. To popularne rozwiązanie na wielu współczesnych jachtach. A może warto by także pomyśleć (np. przy modernizacji starzejącej się wszak konstrukcji – konkurencja przeprowadza takie modernizacje co 4 – 5 lat a Delphia – przypomnę – ma już lat 9) o przeprojektowaniu ożaglowania tak, aby możliwe się stało użycie foka samohalsującego? To bardzo popularne i trzeba przyznać niezwykle wygodne rozwiązanie stosowane od lat na jachtach stoczni Hanse, a w najnowszych modelach wprowadzone również przez inne firmy niemieckie i francuskie. 

Do kabiny prowadzą 4 wygodne, wyprofilowane stopnie zejściówki. Kambuz ulokowany został na prawej burcie, a kabinę sanitarną po prawej. Dalej w kierunku dziobu stoi składany stół i dwie kanapy po burtach. Lewa kanapa jest nieco krótsza ze względu na stoliczek nawigacyjny „przyklejony” do ściany łazienki. Nad stolikiem zlokalizowana została tablica rozdzielcza jachtowej elektryki oraz radio VHF. Mesę doświetlają dwa spore skylighty w przedniej części dachu, a po zmroku bardzo ładne oświetlenie ledowe, z możliwością użycia lamp zamontowanych z suficie gdy potrzebujemy więcej światła, ale także stworzenia przytulnego nastroju wykorzystując punkty świetlne umieszczone na burtach, we wnękach pod półpokładami. Kanapy w mesie posiadają spore bakisty, a na ścianach znajdziemy i zamykane szafki i jaskółki i półeczkę na książki. Jeśli w mesie nie musi mieszkać załoga, w szafkach i bakistach zmieścimy sporo prowiantu.

Gorzej, jeśli pływamy w większej grupie – wtedy, choć prowiantu powinniśmy zabrać więcej, część przestrzeni sztauowej musi zostać oddana do dyspozycji załogi na ich rzeczy osobiste. Szafki w kambuzie są nie wielkie, poza tym zajmują je będące na stanie naczynia kuchenne. Do dyspozycji pozostają 1 szafka nad lodówką 2 szuflady i ewentualnie także 2 płytkie miejsca pod podłogą, w których można ułożyć np. konserwy. Kuchnia wykonana jest w kształcie litery L, co powoduje iż na prawym halsie, w przechyle kuk musi walczyć o utrzymanie się na swoim stanowisku pracy. Oczywiście może (i powinien) się przypiąć do poręczy przy zawieszonej na kardanie kuchence, jednak wygodniejsze dla załogi byłoby „zagięcie” poprzecznej do osi jachtu szafki pod zlewowej na podobieństwo litery U. Pomiędzy zlewem a kuchenką, w przednim, prawym rogu kambuza swoje miejsce znalazła wystarczających rozmiarów, ładowana od góry lodówka.

Najwygodniejszym miejscem do spania (pod warunkiem, że nie płyniemy pod stromą falę) pozostaje bezsprzecznie kabina dziobowa. Koja jest tam wystarczająco szeroka, aby zmieściło się nie tylko 2 dorosłych ale także dodatkowo kilkuletnie dziecko. Do dyspozycji pozostają zamykane szafki (jedna z półeczkami, druga na wieszaki), oraz długa jaskółka. Jest także bakista pod koją, choć dostęp do niej jest utrudniony i lepiej trzymać tam rzadziej używane rzeczy. Dziobowa kabina jest także dostatecznie wysoka, aby dorosła osoba mogła w niej swobodnie stanąć na podłodze w pobliżu drzwi. Zdecydowanie możemy to pomieszczenie nazwać kabiną armatorską – o ile armatorowi nie będzie przeszkadzało wzmożone kołysanie, a nawet coś w rodzaju „roler costera” przy spadaniu dziobu jachtu ze stromej fali. O akustycznych wrażeniach takiej żeglugi będzie w innym miejscu.

Takich wrażeń nie będą mieli mieszkańcy obu kabin rufowych, które może lepiej byłoby nazwać podwójnymi hundkojami. Zawsze jednak mamy coś za coś: choć długość i szerokość koi rufowych jest do przyjęcia (prawa jest o kilkanaście centymetrów szersza), o tyle z zasztauowaniem bagażu może być tu nie lada problem. W każdej kabinie jest tylko jedna szafka w której może się zmieścić 6-8 wieszaków z ubraniami oraz podłużna jaskóka biegnąca przy burcie wzdłuż koi. Oczywiście można na niej rozłożyć pewną ilość ubrań, jednak niska deska odzielająca jaskółkę od koi nie ogranicza w żadnym stopniu „wychodzenia” pod czas przechyłów leżących tam rzeczy na spacerek po całej kabinie. Dodatkowym utrudnieniem jest mała wysokość kabiny w jej rufowej części, przez co dostanie się do leżących w końcu jaskółki ubrań wymaga wczołgania się tam i na leżąco wybierania tego, co akurat chcemy na siebie włożyć. Oj, nasze panie zazwyczaj nie są z takiego rozwiązania zadowolone. W rufowych kabinach nie możemy właściwie skorzystać z miejsca w bakistach: w tych dostępnych od strony wejścia na koję są akumulatory (prawa kabina) i bojler ciepłej wody (lewa). Jest wolna przestrzeń w bakistach najbliżej rufy, ale konia z rzędem temu, kto w czasie żeglugi będzie walczył w ogromnym podwójnym materacem, by dostać się na czworaka, albo na leżąco do tego miejsca. A przecież czy nie logiczniej byłoby akumulatory (do których zaglądamy 1-2 w roku lub bojler (do którego można wcale nie zaglądać, jeśli działa) umieścić dalej, a publiczności udostępnić łatwo dostępną przestrzeń (może nawet w formie szuflady) od strony wejścia do kabiny? Takiego podejścia firmy do żeglarzy użytkujących jej produkt w żadnym wypadku mógłbym nazwać „frontem do klienta”.

Na koniec tej części jeszcze słowo o łazience: choć nie jest ona zbyt przestronna, na pewno można ją uznać za wystarczającą i dostosowaną do wielkości jachtu. Mieści się w niej właściwie tylko umywalka i toaleta oraz 2 szafki – pod i nad zlewem. Luksusem w tej klasie łodzi można by nazwać elektryczny kingston, którego łatwość obsługi jak i skuteczność działania zasługują na pełne uznanie. W podłodze łazienki jest odpływ z pompą odsysającą wodę, co przy użyciu wyciąganej na wężu baterii umywalkowej pozwala na skorzystać z (ciepłego oczywiście) prysznica.

Żegluga Delphią 37 nie odbiega znacząco od pływania innymi współczesnymi jej jachtami podobnej klasy. Na ostrych kursach, przy stromej fali, jacht potrafi mocno uderzyć dnem o wodę tracąc wtedy ok. 50% szybkości. Pewnym rozwiązaniem jest dopuszczenie do większego przechyłu, przez co lądowanie za falą odbywa się łagodniej; kontakt z wodą amortyzuje bardziej wyoblone miejsce, w którym dno przechodzi w burtę. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż większy przechył to także większy dryf, jednak per saldo dzięki mniejszej utracie prędkości i rzadszych, szkodliwych dla takielunku i osprzętu uderzeniach korzyści przewyższają straty. 
Wróćmy jeszcze do przechyłu, czyli stateczności jachtu. Nie będę tu oczywiście wchodził do ogródka doktora inżyniera Jerzego Pieśniewskiego który i naukowo rozpatrywał rozkładów sił przechylających oraz momentów prostujących. Na podstawie własnych, subiektywnych obserwacji, a także porównania swoich doświadczeń na innych jachtach pozwolę sobie jednak na stwierdzenie, iż jacht określić można jako „miękki”. Przy kursach beidewindowych refowanie należałoby zaczynać już od słabej „czwórki”. Przy przechyle 25-30 stopni łódź oczywiście „twardnieje” nie mając tendencji do ostrzenia ani też nie wykazując konieczności użycia jakiejkolwiek siły na sterze. To dobrze świadczy o tzw. zrównoważeniu żaglowym. Przy kursach od półwiatru do fordewindu, szczególnie przy silniejszych wiatrach i większej fali zdecydowanie należy polecić żeglowanie na samej genui. Są co najmniej dwie przyczyny takiego rozwiązania: znacznie ułatwiona sterowność – to sprawa oczywista niemal na każdym jachcie, ale przede wszystkim ryzyko uszkodzenia takielunku przez bom zamiatający wodę po zawietrznej, co ma miejsce przy dużym rozkołysie i wspomnianej niezbyt dużej stateczności początkowej opisywanej jednostki. 
Jakie prędkości można uzyskać na trzydziestce siódemce? Przy wietrze 5-6B zafalowaniu, i kursie ok. 70° do wiatru jacht jest wstanie uzyskać od 5 do 5,5 węzła. Na spokojnej wodzie Zalewu Kurońskiego przy wietrze 18w bez trudu osiągał na tym kursie 7 – 7,5w. Notabene najostrzejszy uzyskany kąt względem wiatru wynosił niezbyt imponujące 55°, jednak szybkość była już wtedy zdecydowanie mniejsza, niż żeglując 60 – 65°. W baksztagu, przy mocnej siódemce płynąc pod samą „genią” możliwe było uzyskanie na zjeździe z fali nawet 10w. Przeciętna prędkość oscylowała jednak około 7. Przy wiatrach słabszych od 3B, chcąc uzyskać jaki taki dystans dobowy podpieraliśmy się silnikiem, gdyż na samych żaglach trudno było przekroczyć 4 – 4,5w.

Istotną zaletą jachtu żeglującego kursem na wiatr jest możliwość łatwego ustawienia go na samosterowność. Było to cechą szczególnie przydatną wobec braku na wyposażeniu autopilota. Niestety, na kursach pełniejszych czas pomiędzy koniecznymi poprawkami kursu wynosił maksymalnie 0,5 minuty. Zbyt mało, aby zejść do kambuza np. po coś do picia.

Manewry na silniku na Delphii 37 należą do czystej przyjemności (poza opisywanym już wcześniej jego uruchamianiem i odstawianiem). Jacht zawraca prawie w miejscu, bez konieczności stosowania tzw. zacieśnionej cyrkulacji. Moc silnika (Volvo Penta 38 KM) jest dobrze dobrana do masy jednostki, wystarcza i na szybkie zatrzymanie przed pomostem i na wyjście z portu pod duża, przeciwną falę. Na biegu wstecznym, tylko w momencie jego załączenia wyczuwalny jest lekki efekt prawoskrętnej śruby. Po ruszeniu jachtem z miejsca łódź płynie dokładnie tam, gdzie sobie życzymy, będąc cały czas posłuszna sternikowi. Na spokojnym morzu, przy 1300 obrotów/min uzyskamy ok. 4,5 węzła, a przy 1600 ponad 5w. To dobre rezultaty, które przekładają się tak na niewielki hałas, jak i na małe zużycie paliwa, które przez testowy miesiąc wyniosło średnio ok. 2 litrów/godz. 

Teraz słowo o wyposażeniu:
 Elektronikę na Delphię VIII dostarczył Garmin. Muszę przyznać, iż po raz pierwszy korzystałem ze sprzętu tego producenta, który do tej pory bardziej kojarzył się z nawigacją samochodową lub wędrówkami po górach. Jednak już po kilku godzinach rejsu mogłem stwierdzić, iż wybór przez stocznię dostawcy plotera, radia czy wskaźników wiatru i głębokości był całkowicie słuszny i przemyślany. Nie spotkałem wcześniej równie intuicyjnie obsługiwanych urządzeń, wśród których prym wiódł chartploter z aktywnym systemem AIS. Pozwalał nam widzieć i być widzianym przez spotkane na naszej drodze statki, ale także dawał możliwość obserwowania w internecie pozycji jachtu na stronie Marine Traffic. Drobną niewygodą była konieczność zmiany kartridży w połowie drogi do Szwecji, a także zawyżone o 70 cm wskazanie echosondy. Osobiście wolałbym, aby pokazywała ona prawidłową głębokość, nie wyręczając skipera od prawa do oceny, czy jest ona wystarczająca. Lepsza zgodność wskazań sondy z mapą ma także niebagatelne znaczenie w ustalaniu naszego położenia, szczególnie na płytszych wodach.
Wypożyczając Delphię warto natomiast zwrócić uwagę na długość cum, gdyż lina 8-9 metrów na blisko 11 metrowym jachcie stanowczo utrudnia niektóre portowe manewry. W kambuzie – jeśli pływamy w większym gronie – brakuje odpowiednio dużego garnka, oraz takowej patelni. Kamizelki pneumatyczne, będące na stanie są dobrej jakości, niestety brakuje w firmie tego typu kamizelek dla dzieci. Pasy, zwane też wąsami są niestety pojedyncze (czyli de facto jest to jeden wąs) – jakie ryzyko to za sobą niesie, nie trzeba tutaj tłumaczyć. Mankamentem rzadko spotykanym u zagranicznej konkurencji był brak autopilota, który przy rodzinnej żegludze mógłby być potrzebnym i wydajnym pomocnikiem.

Na koniec, ponieważ testowaną jednostką był jacht czarterowy, za użytkowanie którego płacimy nie małe pieniądze pozwolę sobie jeszcze o przekazanie kolegom moich wrażeń z jakości obsługi w macierzystej marinie firmy Delpia w Górkach Zachodnich. Portem dowodzi pan Piotr Ostrowski, żeglarz na pierwszy rzut oka starający się rozumieć problemy innych żeglarzy. Przejęcie i zwrot jachtu odbyły się bez problemu, wszelkie ewentualne usterki zostały wyszczególnione w protokole zdawczo-odbiorczym.
Niestety, był także i zgrzyt – po dwóch tygodniach rejsu przypłynąłem do Górek zgłaszając drgania podczas jazdy na silniku. Panowie Bosmani poszarpali jachtem na cumach stwierdzając, że wszystko jest OK, a pod wodę nie zejdą, gdyż akurat skończyło się powietrze w akwalungu. Skutek był taki, iż we Władysławowie za 300 zł musiałem wynająć nurka, który oczyścił śrubę z plątaniny foliowych torebek i morskiego zielska. 
Osobną sprawą jest zaplecze życiowe mariny: tak brudnych, obskurnych sanitariatów nie spotkaliśmy niegdzie indziej na Bałtyku. Rozumiem, że firma się rozwija i może kiedyś Marina Delphia będzie nie tylko bazą czarterową, ale też eleganckim gościnnym portem, z całodobową obsługą, a może i knajpką z gościnnymi pokojami. Jednakże zaniedbywanie przez firmę tych spraw już dzisiaj (głownie chodzi o oszczędzanie na sprzątaczkach) wydaję się być działaniem przypominającym strzelanie sobie w stopę. Coraz mniej będzie klientów, którym po opłaceniu od kilku do kilkunastu tysięcy złotych za czarter będzie wszystko jedno w jakich warunkach biorą prysznic. 

Podsumowując trzeba stwierdzić, iż jacht jako nasz dom na kilka wakacyjnych tygodni generalnie jest wart polecenia. Istotne jest jednak, aby tych domowników nie było zbyt dużo. 
Jednostka nie ma aspiracji regatowych, a bałtycką falę w żegludze na wiatr znosi przeciętnie. Stwarza jednak duże poczucie bezpieczeństwa i solidności pod czas żeglugi nawet w trudnych warunkach. Jej wykonanie i wykończenie zarówno zewnątrz jak i wewnątrz. cieszy oko wyposażenie – poza brakującym autopilotem – jest więcej niż dobre. 

Niedługo kończy się sezon, i wielu żeglarzy rozpocznie snucie planów na następne wakacyjne wojaże.

Mam nadzieję, iż powyższy tekst choć trochę pomoże im w podjęciu decyzji o wyborze jachtu na następny, wymarzony rejs.
Krzysztof

Za zgodą: www.kulinskinavsim.pl/ 

Komentarze