Wyprawa żeglarska – „Rosja 2012”

0
135

PROLOG

Na początku był chaos. Jak zwykle, gdy próbujemy wymyślić, dokąd chcielibyśmy popłynąć – za rok? Jak zwykle w grę wchodziły tylko co zimniejsze morza – Norwegia, Islandia, Alaska, Grenlandia, Spitsbergen… Albo już tam byliśmy, albo byli inni. A może by tak na Morze Białe? Kapitan zamyślił się:

– Dookoła Skandynawii to strasznie daleko…

– A gdyby tak przez Rosję? Przez Biełomorkanał?

 

 Kilka rzeczy, które trzeba wyjaśnić

Przede wszystkim Kapitan. To znaczy Maciek. Łatwo go zauważyć, bo gdzie by nie wszedł, jest najwyższy, największy – i w ogóle wystaje. Druga najważniejsza cecha to nieposkromiona inklinacja do brojenia – jeśli gdzieś trudno się dostać, jeśli jest tam zimno i wieje tak, że głowę urywa, albo jeśli tam dosłownie NIC nie ma… Maciek na pewno już tam był – albo właśnie się wybiera.

No i jesteśmy my – całkiem liczna grupa Krewnych-i-Znajomych, których los pokarał przyjaźnią z Maćkiem. Przez to spędzamy urlopy marznąc i moknąc – w miejscach, które coraz trudniej znaleźć na mapie. Ku wielkiemu zdumieniu otoczenia – cieszymy się z tego i cierpliwie nosimy do biura globusy, żeby wytłumaczyć szefowi, skąd to właśnie wróciliśmy…

Zeszłej jesieni Kapitan wymyślił, a myśmy podchwycili, że fajnie by było pożeglować na Morze Białe – tam nas przecież jeszcze nie było! A że chętnych było wielu, prędko okazało się, że wszyscy nie zmieścimy się na jednym jachcie – więc postanowiliśmy zabrać dwa, tak niepodobne do siebie, jak się tylko dało: S/y Legia, w macierzystej Gdyni pieszczotliwie zwana Babcią, to stateczny mahoniowy cruiser, szczyt luksusu jak na 1968 rok, w którym ją zbudowano. Wielki silnik i na wpół zamknięta sterówka miały być jej atutami – i doskonale się sprawdziły! Legii partnerować miał s/y Dar Pucka – laminatowy regatowiec, z czasem tylko nieco ugrzeczniony. Załoga ‘Pucka’ z zazdrością patrzyła na obszerną Legię, ale wszystkie frustracje mijały jak ręką odjął, gdy na słabym wietrze ‚Pucek’ zamieniał się w błękitny znikający punkt na horyzoncie…

Mimo że na Morze Białe chcieliśmy dostać się skrótem, jakim jest Kanał Bałtycko-Białomorski, z Gdyni do Archangielska wciąż nie jest blisko. Po bardzo starannym rozplanowaniu okazało się, że przed nami 65 dni żeglugi – od 11 czerwca do 15 sierpnia. Żaden szef nie udzieli takiego urlopu, więc nie było wyjścia, podzieliliśmy całą wyprawę na cztery etapy: Gdynia-Petersburg, Petersburg-Archangielsk, Archangielsk-Petersburg i Petersburg-Gdynia.

Wymieniające się załogi naszych jachtów to łącznie ponad 50 osób. A do tego czterech kapitanów. No i Maciek – względnie stały punkt w tym całym zamieszaniu.

Nie da się ukryć, bardzo trudno byłoby zorganizować taką wyprawę bez doskonałej znajomości rosyjskich realiów. My mieliśmy ogromne szczęście – spotkaliśmy kiedyś młodych rosyjskich żeglarzy, którzy specjalizują się w żegludze w rosyjskiej Arktyce. A że co roku muszą przemieścić własne jachty na północ, w drodze do Archangielska mogliśmy przyłączyć się do ich flotylli. Okazało się, że będzie to całkiem spora grupa, bo zabrały się z nami jeszcze jachty z Niemiec, Estonii, Norwegii i Finlandii. Wszyscy bardzo chcieliśmy przejść przez Biełomorkanał.

 

Mosty na Newie

W jacht klubie o północy zaczyna się ruch – dziewięć jachtów, wszyscy przygotowują się do wypłynięcia. Ruszamy o 0100, w środku nocy – trzeba dopasować się do godzin otwarcia mostów na Newie. Na pokład jachtu zabieramy pilota i w kilwaterze Piotra I, flagowego jachtu naszej flotylli wpływamy na Newę.

Na rzece duży ruch. Każdy most jest otwierany tylko na pół godziny, więc wszystkie statki na Ładogę, Wołgę i Biełomorkanał ruszają o jednej porze. Piloci mają listę wszystkich jednostek oraz specjalne, rzeczne radiostacje. Przekrzykując pracujące silniki i hałasy miasta próbują skoordynować wszystkich.

Mosty Petersburga są przepięknie podświetlone, tak samo monumentalne pałace nad brzegami Newy. Ale prąd rzeki jest silny, przyspiesza między filarami, co chwila odrzuca dziób jachtu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie trafimy w prześwit albo zahaczymy masztem o podniesione przęsło mostu. A jednak flotylla porusza się sprawnie i bezpiecznie – w szyku, mijając kolejne mosty. Po lewej twierdza Pietropawłowska, za chwilę Aurora – czyżby działo jeszcze dymiło?

Po kolejnym moście doganiają nas duże statki handlowe. Teoretycznie mają pierwszeństwo, ale na flagowym jachcie płynie szef wszystkich petersburskich pilotów.. więc jakoś wciśniemy się między nie. Potem musimy przepuścić cały ruch na Bałtyk. Płynie chyba 15 statków – a jacht musi ustać w miejscu pomimo przeciwnego prądu o sile prawie 2 węzłów…

Błogosławimy wielki, stukonny silnik Legii, Dar Pucka musi dawać z siebie wszystko, by względnie stabilnie ustać w nurcie. I znów mosty, i znów statki z Bałtyku i te z przeciwka…

Już dawno jest jasno, kiedy mijamy ostatni most i przybijamy do nabrzeża, żeby wysadzić pilota.

  

Śluzowanie

Wrota śluzy są ogromne: rudo-brązowe, stalowe wysokie na kilkanaście metrów. Już od dobrych 40 minut czekamy, aż się otworzą. Ale najpierw musi zakończyć się poprzedni cykl: potężny, prawie stumetrowy wołgobałt, który zajął całą komorę śluzy, musi unieść się w niej o jakieś 5-6 metrów, przesunąć się ostrożnie do drugiej komory i znów pokonać skokiem kilka metrów. Po drugiej stronie czeka pewnie podobny olbrzym, który będzie chciał opuścić się w dół rzeki. Potem wrota otworzą się dla nas.

Dopiero co wpłynęliśmy z jeziora Ładoga na Swir i to nasza pierwsza śluza. Przyglądamy się wszystkiemu z wielką ciekawością, zastanawiamy się jak będzie wyglądało nasze śluzowanie. Ale gdy cumy i bosak już przygotowane, zainteresowanie budzi wielka tablica pełna znaków zakazu. Można się z niej dowiedzieć, że na terenie śluzy nie wolno wytwarzać fali, pływać z prędkością powyżej 5 węzłów, wyrzucać śmieci, schodzić na ląd, niszczyć urządzeń – no i przede wszystkim obowiązuje kategoryczny zakaz fotografowania. Tego ostatniego ni jak nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Jak to? Nie fotografować? Przejść przez Biełomorkanal i nie mieć żadnego zdjęcia śluzy? Przecież nie ma tutaj nic tajemniczego – tylko stalowe wrota, betonowe ściany i śmieszne, malowane na niebiesko-biało budynki obsługi. Od śluz na Kanale Kaledońskim czy Kanale Gotha różni je w zasadzie tylko – skala.

Ale na razie zapominamy o aparatach – pierwsze śluzowanie jest pełne emocji, dopiero uczymy się trafiać cumami na haki, które będą wraz z nami jechały do góry, sprawdzamy, jak najlepiej założyć szpringi żeby pracowały równomiernie. W dodatku poza dziewiątką naszych jachtów do śluzy wpływa duży wycieczkowiec, tylko podnosząc emocje…

W drugiej komorze wszystko przebiega dużo spokojniej – w końcu już wiemy, jak to działa. Zrelaksowani przyglądamy się robotnikom remontującym jakieś śluzowe urządzenia. Kiedy woda zaczyna się podnosić i jedziemy do góry, zza ich pleców wynurza się wielki, wykuty w piaskowcu sierp i młot. Zadbane i wyraźnie odświeżone godło Związku Radzieckiego ma się jak najlepiej ponad dwadzieścia lat po upadku komunizmu. Echh, gdyby nie te zakazy fotografowania…

 

 Tuszonka z kuricy

Są tylko trzy pewne rzeczy w życiu marynarza: pora śniadania, obiadu i kolacji. Polscy ludzie morza uzupełniają maksymę o dodatkowy aksjomat: niedzielę poznaje się po jajecznicy na śniadanie i kurczaku na obiad. Wyjątków nie ma – nie zależnie od stanu zapasów. A już na pewno nie na jachcie, którym dowodzi Maciek.

Niedziela wypadła na Swirze – rzece łączącej jeziora Ładoga i Onega. Już tydzień w drodze, zapasy kupione w Petersburgu przerzedziły się. Mimo to wachta kambuzowa staje na wysokości zadania – rano podano jajecznicę co prawda więcej w niej pieczarek i cebuli niż jajek, ale.., plan na obiad przewiduje jakiegoś rodzaju potrawkę z puszkowanego kurczaka, którego spory zapas podróżuje pod jedną z koi.

Rosyjskich konserw baliśmy się od początku – opowieści o świniach mielonych razem ze szczeciną i racicami jakoś dziwnie powtarzały się w relacjach znajomych, którzy kiedyś podróżowali na wschód. Ale byliśmy na puszki skazani. Na żadnym z naszych jachtów nie można nawet śnić o lodówce. Na świeże mięso można liczyć tylko w pobliżu sklepu. Dalej – zostaje tuszonka. Trzeba przyznać – szło nadspodziewanie dobrze: zapuszkowana wołowina była całkiem smaczna, wieprzowina zapeklowana w słoikach okazała się – świetna. Więc po kurczaka sięgamy już całkiem odważnie.

Po otwarciu puszek w kambuzie pachnie przyjemnie, więc mięsko ląduje na desce, nóż w dłoń – i tu coś się nie zgadza, bo nowiutkie ostrze (pokaleczyło już ze trzech nieszczęśników) jakoś podejrzanie zgrzyta… Bliższe przyjrzenie się zawartości puszki ujawnia: fragmenty kości udowej, solidne kawałki mostka i kręgosłupa, mnóstwo chrząstek, kawałki skóry, jakieś podroby. Nie zidentyfikowano jedynie: piór, dziobu, pazurów – i mięsa. Mimo dużego samozaparcia wachty kambuzowej nie daje się z tego przygotować nic jadalnego – i nawet Kapitan stwierdza, że w tej sytuacji to on poprosi o jarską wersję obiadu…

 

O wyższości prezydenta nad premierem

Kiedy w grudniu zadzwoniliśmy do Eleny, żeby powiedzieć jej, że chcemy popłynąć przez Kanał Bałtycko-Białomorski, dziewczyna po drugiej stronie słuchawki najpierw chyba złapała się za głowę, a potem trzy razy upewniła się, że jesteśmy pewni, na co się porywamy…

– Oczywiście, że wam pomogę, dołączycie do naszej flotylli. Ale… to nie będzie takie proste…

– Oj tam, Elenka, że ty nie dasz rady…

Oczywiście że dała radę. Trzeba przyznać, że to wielkie szczęście mieć wśród przyjaciół kogoś, kto tak biegle jak Elena porusza się w zawiłościach rosyjskiej biurokracji.

Ale my omal się nie poddaliśmy: Listy polecające od właściwego Okręgowego Oddziału PZŻ, podanie do Ministra Transportu Federacji Rosyjskiej o zgodę na przejście wewnętrznymi drogami wodnymi Rosji z rozpisaniem trasy na dni i godziny, wyliczana indywidualnie opłata za przejście Kanałem Bałtycko-Białomorskim, wyliczana indywidualnie opłata za przejście przez Onegę i Swir, wyliczana indywidualnie opłata za przejście przez Ładogę i Newę, wyliczana indywidualnie opłata za korzystanie z latarni na wodach wewnętrznych, wyliczana indywidualnie opłata za korzystanie z innych urządzeń nawigacyjnych, procedura odprawy jachtów obcych bander wchodzących na wody terytorialne Rosji na 2 strony drobnym drukiem, zaproszenia i wizy dla całej załogi… Już w połowie tej listy mieliśmy serdecznie dość:

– Elena, czy podanie do prezydenta Federacji Rosyjskiej też mamy wystosować?

– Nie, podpis premiera będzie musiał wam wystarczyć.

Uznaliśmy, że sobie z nas żartuje – jej prawo. W końcu bez niej nigdy nie dostalibyśmy tych wszystkich bumażek i wielkich, okrągłych pieczęci, bez których do Rosji płynąć nielzja. I tak trwaliśmy w błogiej nieświadomości aż do 7 maja, kiedy to telewizja transmitowała przejęcie władzy przez prezydenta Putina, a Elena piekliła się przez telefon:

– Prezydent się zmienia, premier się zmienia, a papierów wam jeszcze nie podpisali! Jeszcze gotowi w tym bałaganie pogubić..

– Czyli ty na serio z tym podpisem premiera??

…Dwa miesiące później patrzymy, jak kapitan flagowego jachtu naszej flotylli twardo negocjuje z ochroniarzem, który nagle pojawił się na pływającej kei, do której ledwie co stanęliśmy. Dyskusja chyba nie rozwija się po naszej myśli, bo Danił sięga po ostateczny argument – zafoliowany dokument z okrągłą czerwoną pieczęcią. Znamy go chyba na pamięć: Dekret Prezesa Rady Ministrów Federacji Rosyjskiej z dnia 12 maja 2012 roku. Na mocy niniejszego rozporządzenia następujące jachty… mają prawo przejść przez wody wewnętrzne Federacji Rosyjskiej, w żegludze w dniach… na trasie… a organy administracji mają udzielić koniecznego wsparcia. Pieczęć numer 1 gabinetu premiera. D.Miedwiediew…

A jednak Danił wraca na jacht i zaczyna wydawać komendy na odcumowanie całej flotylli. Szybkie odcumowanie. Skoro trzeba to trzeba, bez zbędnych dyskusji zwijamy cumy, których jeszcze nie zdążyliśmy porządnie obłożyć, odpalamy silniki. Ale już na wodzie próbujemy dowiedzieć się o co poszło – w końcu ta keja to było idealne miejsce dla nas, betonowe nabrzeże na drugim brzegu rzeki nie jest zbyt zachęcające. Przez hałas silnika i wiatr sami nie wiemy czy dobrze słyszymy:

– Eta Putinskaja dacza

– Miedwiediew tu nic – stać nie lzja!

 

Różowe klapeczki

Kolejna śluza. Najwyższy punkt Kanału już za nami, więc do komory wchodzimy na wysokiej wodzie. Ale i tak zza betonowych ścian trudno dostrzec cokolwiek – strategicznych budowli ZSRR nie sposób obejrzeć dokładnie nawet będąc w samym ich środku. Z poziomu wody widać tylko rude od farby antykorozyjnej haki do śluzowania, zielonkawy od porostów cement barierek i wystającą zza nich soczystą zieleń koron drzew – i różowe klapeczki. Na obcasie. Z pomponikami.

Klapeczki nie są same: towarzyszy im niezgrabna, mundurowa spódnica w kolano, mundurowa koszula w pasek (bardzo tu powszechny, postradziecki fason, który nawet z Marilyn Monroe zrobiłby pokracznego tłumoka), zrobione na zielono, opalizujące oko i blond kucyk – oczywiście tleniony i oczywiście z odrostami. Ot, stereotyp uosobiony, można by powiedzieć – i dyskretnie przystąpić do fotografowania scenki rodzajowej.

Ale krocząca majestatycznie personifikacja radzieckiej kobiety oprócz różowych klapeczek ma ze sobą jeszcze dwa zaskakujące atrybuty: Przy ciężkim wojskowym pasie kołysze się pałka – tradycyjna, długa po kolano, kiedyś biała, dziś lekko pożółkła elastyczna milicyjna pała. A przez plecy przerzucony – kałasznikow.

Jakoś nikt nie kwapi się do sięgnięcia po aparat. Każdy z uwagą przygląda się swojej linie czy odbijaczowi. Kiwające się różowe pomponiki nagle przestały nastrajać do żartów. Na szczęście woda zaczyna opadać, i po kilku minutach jesteśmy dobre sześć metrów niżej. Z dna betonowego wąwozu widać tylko niebo – ku dużej uldze różowe klapeczki i kałasznikow znikają z horyzontu.

 

Historia – to bardzo skomplikowane

Przy betonowym nabrzeżu w Biełomorsku jakimś cudem zacumowało dziewięć jachtów. To już koniec Biełomorkanału. Za nami ostatni most, przed nami – Morze Białe. Poczucie satysfakcji znalazło ujście – jest północ, od blisko trzech godzin na placu tuż przy brzegu trwa spontaniczna impreza. Jest gitara, jest grill, mieszają się wszystkie języki..

Gdzieś po środku na gołej ziemi siedzi Erik – na co dzień prezes bardzo poważnej instytucji w Tallinie, od święta muzyk rockowy, a w wakacje.. członek chyba najbardziej rubasznej załogi, jaka kiedykolwiek żeglowała po morzach świata. Pewnie po raz piąty tego wieczoru opowiada historię swojej rodziny:

Mówi o babce-Karelce pochodzącej znad północnych brzegów Ładogi, której rodzina uciekając przed coraz wyższymi podatkami przeniosła się w okolice Schliesselburga, o dziadku-Finie, który spotkał ją, gdy przyjechał w interesach do Rosji – i został. O ucieczce do Finlandii, gdy wybuchła wojna finsko-radziecka – i o powojennej przymusowej ‚repatriacji’ do ZSRR. O prześladowaniach ‚zdrajców narodu radzieckiego’ i ucieczce do Estonii – bo choć wciąż w granicach ZSRR, choć wciąż w ukryciu, to jednak w Tallinie jakoś łatwiej żyć z takim życiorysem…

Słuchamy Erika sceptycznie potrząsając głowami – płynęliśmy przecież przez wydawałoby się rdzennie rosyjskie tereny. To na północy Ładogi jest Wałaam, kolebka rosyjskiego prawosławia! To w karelską tajgę carowie zsyłali przez dziesięciolecia więźniów politycznych. Polska świadomość zupełnie inaczej widzi ten kawałek świata, który dla Erika jest utraconą ojczyzną dziadków.

O trzeciej nad ranem ciągle jasno. Do grupki słuchaczy Erika dosiada się dwoje Rosjan. Konfrontacja z trzecią wizją historii tych terenów. Politycy pewnie zrobiliby z tego piekło. My – wychyliliśmy kolejną już stopkę wódki: To, że tu dotarliśmy jest i tak cudem. Więc za wstrieczu! Za spotkanie!

 

Ogrodnik z Siekiernej Góry

To już nasz trzeci dzień na Wyspach Sołowieckich – i znów nie widać słońca. Wczoraj po południu mgła się podniosła i wieczór był pogodny – ale rano chmury wróciły z paskudną mżawką. Szare, niskie chmury, wilgotna zawiesina w powietrzu – nasza wycieczka zapowiadała się dość ponuro, ale teraz spacerujemy między barwnymi rabatami Sołowieckiego Ogrodu Botanicznego.

Jaśmin aż ugina się pod ciężarem kwiatów, malwy rosną wysoko, fuksja bucha kolorem, a liliowce odurzają zapachem. Pospolite w Polsce rośliny tu są otoczone niezwykłą opieką i estymą – w końcu to dość karkołomny pomysł założyć ogród botaniczny – u wrót Arktyki. Przecież Sołowki to 65 stopień szerokości geograficznej północnej – ledwie krok od koła podbiegunowego.

Ale ogród nie powstał wczoraj. Nie jest aż tak wiekowy jak potężne, sześćsetletnie niemal mury Sołowieckiego Monastyru, który zwiedzaliśmy poprzedniego dnia, ale niewiele młodszy. Odkąd istniał klasztor, trzeba było wyrabiać świece. Praktycznym mnichom żal było marnować ciepłą wodę służącą do topienia wosku – puścili ją więc drewnianymi rurami między rabaty ogrodu – i dochowali się plonów niespotykanych na północy. W monastyrskim warzywniaku rosły pomidory, dynie i arbuzy. Gdy na początku XIX wieku zbudowano tu letnisko dla ihumena – przełożonego Sołowieckiego Monastyru, ogrodnicy zatroszczyli się o mniej praktyczne a bardziej ozdobne rośliny – europejskie kwiaty i drzewa, ot, choćby platany…

Po rewolucji bolszewickiej zamknięto monastyr, mnichów przepędzono, a wokół Sołowieckiego Kremla urządzono SLON – Sołowiecki Łagier Specjalnego Znaczenia – pierwszy, eksperymentalny obóz pracy w Związku Radzieckim. Ale ogród botaniczny nie ucierpiał. Przeciwnie, rozkwitał pod troskliwą ręka nowego gospodarza, który zamieszkał w letnim domu ihumena. Bo jeden z naczelników SLONu był wielkim miłośnikiem natury. Sprowadzał nowe gatunki, kazał dosadzać drzewa i budować szklarnie. No i bardzo dbał, by umierający z głodu zesłańcy nie mieli dostępu do wypielęgnowanych rabatek.

Naczelnik, który zamieszkał w ogrodzie, na co dzień zarządzał jednym z podobozów SLONu. Na Siekiernej Górze, najwyższym i bardzo stromym wzniesieniu na Sołowkach, przed rewolucją był niewielki klasztor. Kiedy powstał łagier, zorganizowano tam karcer dla tych spośród zesłańców, którzy nie rokowali nadziei na powrót na łono radzieckiego społeczeństwa. To właśnie jego naczelnikiem był miłośnik kwiatów.

Zresztą w swojej codziennej pracy też wolał naturalne metody: Więźniów zbyt słabych, żeby pracować, nie rozstrzeliwano. Przywiązywano ich do drewnianych bali i strącano ze szczytu Siekiernej Góry. Albo zostawiano nago przywiązanych do drzewa – komary z tajgi załatwiały resztę. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nikt nie kłopotał się uprzątaniem trupów.

Obóz na Siekiernej Górze przeżył tylko jeden więzień. Ogród botaniczny kwitnie w najlepsze.

 

Pora zawracać

Jest gorąco. Kamienne nabrzeże przed Muzeum Morskim w Archangielski nagrzewa się od samego rana i teraz nie pomaga nawet lekki wietrzyk znad Dwiny. To naprawdę śmieszne, że tutaj, naprawdę daleko na północ – narzekamy na upał. Ale przy 35 stopniach trudno się pracuje – a jest jeszcze tyle do zrobienia. Trzeba zaształować zakupy, przywieźć paliwo, zatankować wodę.

No i – pożegnać się.

Pod wieczór wszyscy wyjdziemy z portu – ale już każdy w swoją stronę. Estończycy zawrócili już na Sołowkach, Niemcy i Rosjanie popłyną do Murmańska, Finowie i Norwegowie wprost do norweskiego Kirkenes, a my – z powrotem na południe, przez Kanał, do Petersburga.

Bardzo trudno się żegna nowych przyjaciół – przez te trzy tygodnie od Petersburga zdążyliśmy się dobrze poznać – i naprawdę polubić. W końcu trzeba nie lada fantazji, żeby tu dotrzeć – a swój ciągnie do swego. Wymieniamy maile i telefony – i ustalamy, jak nie stracić kontaktu: Żenia pożegluje z nami na południe, Katię i Yurija spotkamy za 3 tygodnie w Petersburgu (wybiorą trochę szybszy środek transportu), a Elena przyjedzie do Polski na jesieni – zabierzemy ją żaglowcem na listopadowy Bałtyk!

No i już, cumy rzucone. Jesteśmy w Rosji – i jesteśmy sami.

 

Bo czasem trzeba poczekać

Jedno trzeba przyznać – Rosjanie są mistrzami świata w biurokracji stosowanej: Na północ żeglowaliśmy pod opieką naszych rosyjskich przyjaciół. Autochtoni, biegli w języku o którym my mamy jedynie blade pojęcie, byli naszymi przewodnikami, brali na siebie załatwianie wszystkich formalności, dosłownie prowadzili za rękę. Na południe płyniemy sami – nasze dwa jachciki i maleńka Nika do towarzystwa. Już nie ma przebacz, teraz to my musimy dzielnie stawić czoła rosyjskiej Administracji.

W Biełomorsku, tam gdzie świętowaliśmy przejście Kanału, musimy uzyskać zgodę na powrót. Niby wszystkie bumażki są w teczce, naszykowane do zaprezentowania przedstawicielowi Władzy, niby rzeczne radio i ‘język’ na podorędziu, ale.. nie da się ukryć, że nawet Kapitan zmierzając do budynku Zarządu Kanału stracił rezon – i jakby zapomniał języka w gębie? Na szczęście jest Żenia, który płynie z nami w roli tłumacza, gada za trzech…

Przedstawiciel Władzy okazał się być lekko spoconą sekretarką z głębokim dekoltem, która wyglądała całkiem niegroźnie – dopóki nie położyła przed nami sterty papierów do wypełnienia: A więc na każdą śluzę i na każdy jacht, który ma przez nią przepłynąć, trzeba wypełnić osobny wniosek. I na każdy z podnoszonych mostów. Na podstawie każdego wniosku trzeba wystawić fakturę. Na podstawie faktury – uiścić opłatę… Przy siódmej śluzie mamy dość. Dalej jest jeszcze dwanaście. A na koniec okazuje się, że musimy jeszcze osobiście porozmawiać z Naczelnikiem. 

Przedstawiciel Władzy Wyższej urzęduje w pokoju obok. Lekko łysiejący, nieco otyły, nie za wysoki – Naczelnik jako taki jest w ogóle nie bardzo. Za to jego wąsy – wręcz przeciwnie. Sumiaste, czarne i starannie przystrzyżone po prostu natarczywie przywodzą na myśl zarost Ojca Narodu, towarzysza Stalina… Z za wąsów odzywa się współgrający z nimi basowy, władczy głos:

– A wy, riebiata,  to przez Biełomorkanal chcecie? A kiedy, jeśli wiedzieć można?

– Noo.. jak najszybciej. Pierwszy most, ten tu za rogiem, otwiera się o 16, więc zdążymy swobodnie..

– Otwiera się, albo i się nie otwiera.. Jak będzie wiało, to się nie otworzy.. Albo jak będzie mgła – to też nie, przecie nie widać że otwarty. W deszczu też się nie podnosi… Wracajcie na jacht, jak będziemy mieli podnieść, zawołamy was na radiu… A jak nie, to popłyniecie jutro – albo za dwa dni, jak się da…

Cały europejski pośpiech i rezon w jednej chwili gdzieś wyparował. Noga za nogą wyszliśmy z biura Kanału, niepewnie ściskając teczkę z bumażkami, które miały znaczyć wszystko – a tak naprawdę znaczą niewiele. Tylko Żenia dalej paplał, co zirytowało Kapitana:

– Żenia, ty gadasz i gadasz, a my ciągle nie wiemy, co robić?

– Jak to co? Przecież powiedział. Tu jest Rosja, trzeba poczekać…

 

Znów Kanał – tylko jakiś… inny?

I znowu śluzy: XIX, XVIII, XVII, XVI, XV… Odkąd poprzedniego dnia otwarto most w Białomorsku, pracowicie wspinamy się na wododział. Zlewnie Bałtyku i Morza Białego rozdziela szeroki, skalny grzbiet – musimy nad nim przepłynąć, a to ponad 100 metrów nad poziom morza. Załogi zwolna mają dość monotonii śluzowania, dopominają się postoju i nie chcą uwierzyć, że płynąc na północ, calutki Biełomorkanał przejechaliśmy bez ani jednego przystanku.

Choć w zasadzie czemu się nie zatrzymać? Teraz nie gonią nas terminy, jesteśmy panami naszego czasu. Kapitan sprawdził głębokości, Żenia pokonferował przez radio z dziewczyną zawiadującą śluzą – i nasza mała flotylla zacumowała do niewielkiego technicznego pomostu tuż za wrotami śluzy. Wszyscy zaraz rozbiegają się po niewielkiej osadzie, tylko Żenia ciągnie Maćka do mapy.

– Ty znajesz, tu elektrownia wodna. Moglibymy paici, pasmatric..

No kak, Żenia? Elektrownia po zachodniej, my po wschodniej stronie Kanału. Nie przejdziemy..

Nie możet byc –  Żenia uśmiecha się lekko szelmowsko. – Ludzie żyją po prawej, pracują po lewej, jakoś sobie radzą. Spraszimy, to i powiedzą…

A więc sprawdzamy: Wielka betonowa konstrukcja śluzy ogrodzona jest ze wszystkich stron wysokim na 3 metry, drucianym płotem. Na płocie – wielkie zwoje drutu kolczastego, a co kilka metrów znaki surowo zakazujące wstępu, fotografowania. Brakuje jedynie ostrzeżenia, że ogrodzenie pod napięciem… ale na wysokości wrót śluzy do ogrodzenia dochodzi szeroka i dobrze wydeptana ścieżka. Prowadzi wprost do zardzewiałej furtki – bez zamka! Jeszcze pięć kroków, i patrzymy na śluzę z samego środka wrót, które jednocześnie służą jako most przez Kanał. Żadnych strażników z bronią. Żadnych pretensji o robione zdjęcia.

Płynąc z flotyllą Rosjan pokonaliśmy kanał płynąc 40 godzin non stop. Cały czas tłumaczono nam, że niczego tu nie wolno. Na powrocie zatrzymaliśmy się cztery razy. Rozmawialiśmy z miejscowymi, poszliśmy do publicznej bani w „miejskim” ośrodku sportu, a nawet zrobiliśmy grilla na pomoście z rozpadających się zardzewiałych barek. Do sklepu przechodziliśmy po wrotach śluzy i nikt nawet nie zwrócił na nas uwagi.

Niby ten sam Biełomorkanał – a jakiś inny..

 

Z widokiem na Kiży

Ostre północne słońce odbija się w lustrze Onegi, każe mrużyć oczy. Wysoko nad wodą srebrzy się dziwna bryła zwieńczona świetlistą piramidą. Kaskada dwudziestu dwóch obłych, drewnianych kopuł na Cerkwi Przemienienia odbija słońce. To najbardziej spektakularna z budowli w skansenie tradycyjnej architektury drewnianej na Kiży, jednej z największych wysp na jeziorze Onega.

Spędziliśmy tam prawie cały dzień spacerując pomiędzy drewnianymi kaplicami, obszernymi domami bogatych rolników, malowniczymi młynami i mniejszymi budowlami, które odtworzono tu po przeniesieniu z różnych zakątków Karelii. Oczywiście największe wrażenie wywiera Kiży Pogost – unikalny na skalę światową kompleks dwóch drewnianych cerkwi i dzwonnicy. Niepowtarzalne zabytki już wiele lat temu objęte zostały ochroną UNESCO. Na każdym kroku widać, że nie zmarnowano środków przekazanych przez międzynarodową organizację: Automatyczne systemy wykrywania i gaszenia ognia, wyłożone drewnem ścieżki dla turystów, drogowskazy i opisy zabytków po rosyjsku i angielsku. Nawet specjalnie wyznaczone strefy dla palaczy…

Na wieczór musieliśmy odpłynąć – przystań zamyka się o 22 i po tej godzinie nie Dlatego przenieśliśmy się tutaj – na brzeg Onegi, do niewielkiej wioski z przerdzewiałym, pontonowym pomostem. Żadna strata, kopuły Kiży z daleka wyglądają chyba jeszcze bardziej imponująco.

Nim zrobiło się ciemno, wiedzieliśmy już wszystko o tym przysiółku: Kiedyś, za radzieckich czasów, doprowadzono tu prąd. Był dom kultury, w którym co sobota wyświetlano kronikę filmową a potem nowy film. Była świetlica i co tydzień przyjeżdżał lekarz, a dzieci dowożono do szkoły. Była też zamknięta na głucho cerkiew i święta ikona ukrywana to w jednym, to w innym domu, żeby lokalny sekretarz partii jej nie skonfiskował.

W nowych czasach wszystko się zmieniło: linię energetyczną diabli wzięli nie wiedzieć kiedy, jeśli komu prąd potrzebny, odpala generator za domem. Ale potrzeba mało komu, bo kto mógł, wyniósł się do miasta. Zostali tylko starzy i niezaradni – więc i dzieci nikt do szkoły nie wozi. Dom kultury? Biblioteka? A kto by nad książkami przy lampie naftowej oczy męczył. Tylko wychodki za domem stoją jak stały.

– A, no i cerkiewka. Bez krzyża – to pewnie radzieckie szykany?

Spotkana pod cerkwią staruszka zniecierpliwiona macha na nas ręką z kosturem:

– Jakie tam szykany. Ze starości spadł, chwalić Boga, nikomu krzywdy nie uczynił ani dachu nie poniszczył. Stoi o tam, oparty o ścianę. Przyjechały akademiki z wyspy. Nowego stawiać zabronili, mówią, że zabytek. Ale pieniędzy na naprawę nie dali, a my nie mamy. No i nasz obraz chcieli do muzeum zabrać, bo stary. Stary nie stary, nasz jest to nie damy. Wprawiliśmy w ikonostas, ale pusto w nim, tylko dwie ikony u nas…

 

Po śladach Polaków

Byliśmy na wakacjach, ale nie zawsze w beztroskim nastroju. Na długo przed początkiem wyprawy uświadomiliśmy sobie, że będziemy żeglować w miejscach, w które Polacy rzadko wybierali się dobrowolnie. W czasie, gdy kompletowaliśmy załogi na nasza wyprawę, zgłosił się do nas doświadczony polski żeglarz, który – urodził się nieopodal jednej ze śluz Biełomorkanału – bo tam po zwolnieniu z łagru osadzono jego rodziców. Wiek nie pozwolił mu wybrać się z nami, ale my zyskaliśmy nowy cel – poszukiwanie śladów Polaków, których zesłano w tamte rejony.

Twierdza Oreszek w Szliesselburgu za czasów carskich nie tylko strzegła Petersburga – była również więzieniem politycznym. Po powstaniu listopadowym zesłano tu Waleriana Łukasińskiego, którego carskie służby uważały za głównego prowodyra spisków w Królestwie Polskim. Pół wieku później, w 1883 roku trafił tu Ludwik Waryński – skazany za swoją działalność rewolucyjną i socjalistyczną.

Gdy opętany imperialnymi wizjami Stalin postanowił połączyć Morze Białe a Bałtykiem, wśród około 300 tysięcy zmuszanych do pracy więźniów były setki Polaków – w większości tych, którym nie udało się uciec z Rosji po rewolucji październikowej. Jako obcokrajowcy byli politycznie podejrzani. Biełomorkanał jest imponującym dziełem inżynierii hydrologicznej, ale trudno się nim zachwycać pamiętając, że każda ze śluz, każdy metr wykutego w skale koryta – powstały za cenę ludzkiego życia. Oszczędnie szacuje się, że przy budowie Kanału zginęło około 100 tysięcy zesłańców.

Nawet po ukończeniu Bielomorkanału i upływie wyroku zesłańcom nie pozwalano na powrót w rodzinne strony. Wielu z nich osiadło w pobliżu łagru. W małej wsi w pobliżu Kiżi spotkaliśmy staruszkę, która – usłyszawszy skąd jesteśmy – sama zaczęła opowiadać nam historie polskich rodzin, które po wywózce w Sowiety musiały zamieszkać w okolicy. Zaprowadziłaby nas do nich, ale…

Wy znajetie, starzyki na cmentarzu, dlinnije a dlinnije… A dzieci, wnuki – ani już dawna w Petrozawodsku żywiot…

Polacy trafiali również do pierwszego, eksperymentalnego łagru założonego w 1923 roku w zlikwidowanym monastyrze na Wyspach Sołowieckich. Głosząc hasła kształtowania przez pracę nowego sowieckiego człowieka, obóz pracą ponad siły unicestwiał wszystkich, których uznawano za jednostki szkodliwe dla radzieckiego społeczeństwa. Ilu Polaków nigdy nie opuściło Sołowek – nie wiadomo, Rosja Radziecka nie miała w zwyczaju liczyć swoich wrogów. Pozostał po nich jedynie skromny kamień pamiątkowy umieszczony na skraju sołowieckiej osady…

 

Biełomor eta prosta papiros…

Deszczowy poranek w Wozniesjenju – a może już w Swiricy? W końcu wszystkie deszczowe poranki na jachcie są podobne: na zewnątrz kapie na głowę, pod pokładem również (tylko mniej intensywnie) i nie wiadomo co zrobić ze sztormiakami, które ni jak nie chciały wyschnąć w ciągu nocy.

Napęczniałe od wody błahostki urastają do rangi problemów godnych wojen religijnych, więc póki można, kto żyw ucieka na brzeg. Babska część załogi porwała Żenię jako tłumacza i udała się ‘na miasto’ – czyli na zwiedzanie wszystkich dwóch sklepików w przysiółku. Teraz wracają, dumnie dzierżąc siatki pełne Biełomorów. Były eksportowe! W metalowych pudełkach! Pewnie znów wykupiliśmy cały zapas…

Pod budą Legii (po raz który już błogosławimy pomysł, żeby to właśnie Staruszkę zabrać do Rosji? Pół zamknięta sterówka sprawdza się po prostu genialnie..) poranną kawę popijają Kapitan z Wadimem, specyficzną, polsko rosyjską mieszanką dyskutując o planach na następne dni. Poczęstowany po raz nie wiadomo który Biełomorem Wadim krzywi się przestraszliwie:

Szto wy z etoma Biełomorami? Po jakie licho palicie to świństwo?

Da, Wadim, eto świństwo… ale świństwo z jaką legendą…

Rosjanin podejrzliwie przygląda się Maćkowi. Żegluje z nami na swojej Nice już piąty tydzień, od samego Petersburga i już zdążył przywyknąć do tego, że ci szaleni Polacy mają czasem zupełnie inne spojrzenie na rosyjską rzeczywistość. Ale cóż, Nika jest przepiękną, delikatną, drewnianą regatówką o maleńkim silniku – bez pomocy nie dałaby rady ani pod prąd Newy, ani przez Kanał. A Wadim zawsze marzył o tym, żeby dopłynąć nią do Archangielska… Teraz widać, jak jego siwa, inżynierska głowa (na petersburskim uniwersytecie wykłada wytrzymałość materiałową, drgania stalowych kadłubów to jego konik…) próbuje znaleźć jakąkolwiek legendę w najtańszym chyba rosyjskim papierosie: ledwie 2 centymetry tytoniu w cienkiej bibułce, papierowa tutka zamiast filtra i ustnika i ten smak – porównywalny chyba tylko z palącymi się podkładami kolejowymi.

No przecież ty znajesz, Wadim, jak budowali Biełomorkanal, ćwierć miliona ludzi zginęło.. a potem nazwali tak papirosy – eto straszna…

Da, zakluczenni byli, to i pagibli. Kolejnemu łykowi kawy towarzyszy wzruszenie ramion. Złodziejów, morderców żałować nie będę.

Tym razem wyraźnie zatkało Kapitana.

– A ty nie słyszał, Wadim, szto tam nie tylko mordercy byli? Skąd ty ćwierć miliona morderców – a choćby i złodziei weźmiesz? Przecież wrogów klasowych na Kanał zsyłali, politycznych. Jak im brakowało inżynierów, to CzeKa wchodziło na kolejną politechnikę i zamykali jak popadło…

Wadim najwyraźniej nie słyszał i jakoś zupełnie ta wizja historii jego własnego kraju nie mieści się w jego rozumieniu świata. Ale myśli intensywnie – może przewijają mu się w głowie jakieś apele Memoriału, może jakieś w pół urwane wspomnienia starszego pokolenia, o których głośno nie wolno było mówić – a może po prostu prawdopodobieństwo, że w Rosji Radzieckiej znalazło się ćwierć miliona morderców wydało mu się – bardzo małe? Maciek dyskretnie wysłał kogoś po dwa kieliszki i teraz napełnia je polską wódką – niektórych rozmów w Rosji bez pozawerbalnych argumentów kulturowych przeprowadzić się nie da.

– Bo wiesz Wadim, u nas jest taka piosenka.. Taki nasz Wysocki czy tam Okudżawa śpiewa, że „jako Niemiec, chyba byś się zrzygał, płacąc za Auschwitze z filtrem markę i feninga”..

– A wiesz – siwy, post-radziecki inżynier przepija do Kapitana – jakoś nigdy o tym tak nie myślałem…

 

Bania w Swiricy

W Swiricy nikt nie ma bieżącej wody. Prąd owszem, jest. Droga – momentami asfaltowa – również. Telewizja satelitarna i maszt telefonii komórkowej – jak najbardziej. Ale o wodociągu nikt tu nawet nie śni – wodę ciągnie się jak przez wieki – ze studni, albo wprost ze Swiru. Za domami stoją sławojki – w tym zakresie także niewiele zmieniło się przez ostatnie dwieście lat. A my wymyśliliśmy sobie, że chcielibyśmy wziąć prysznic…

Na szczęście w Swiricy jest publiczna bania. Rozpalana trzy razy w tygodniu – dwa razy mogą przyjść mężczyźni, raz – kobiety. Już nawet nie dziwimy się tej jawnej dyskryminacji – już zrozumieliśmy, że domaganie się na rosyjskiej prowincji równouprawnienia, to najszybszy sposób na to, żeby wyjść na wielkomiejskiego dziwaka. Taki sam efekt osiągnie się próbując zorganizować koedukacyjną banię (w końcu po trzech dniach bez prysznica jest nam wszystkim wszystko jedno).

A więc panowie mogą dziś pójść do bani. Kosztuje grosze – 50 rubli za wejście, drugie 50 za pęczek brzozowych witek. Ale co to za bania! Najbardziej tradycyjna ze wszystkich, które odwiedziliśmy w Rosji.

Najpierw szatnia – szare lamperie, niskie drewniane ławy, nad nimi rzędy haków, klimat jak w przebieralni szkoły- tysiąclatki na długo przed remontem. Dalej sala kąpielowa: na podłodze lastryko, na ścianach pożółkłe ze starości płytki. Na ławach pod ścianami stoją ocynkowane miednice. Żadnych pryszniców, tylko w trzech miejscach ze ścian wystają rury zakończone kranami o wielkich, mosiężnych kurkach. Każdy miesza sobie w misce gorącą i zimną wodę, namydla się i spłukuje – i znów staje w kolejce do kranu.

Wreszcie bania właściwa: Sala z ogromnym, wysokim na cztery metry, murowanym piecem, do złudzenia przypominającym te, które oglądaliśmy w skansenie na Kiży. wokół pieca drewniane ławy – pierwsza blisko ziemi, druga już gorąca, trzecia – tylko dla najbardziej wytrwałych i doświadczonych bywalców. Pod ścianą sterta narąbanych drew – co jakiś czas ktoś otwiera kute, żeliwne drzwiczki i z pomocą dwumetrowego pogrzebacza dorzuca szczapę czy dwie do żaru. Świszczą brzozowe witki, piec huczy, kąpiący się migrują na coraz wyższe półki – żeby po kilkunastu minutach wrócić do swojej misy i spłukać się wodą. Rozmowy szemrzą niespiesznie. Czas płynie – jak to w bani.

Po powrocie na jachty panowie ni jak nie chcą uwierzyć, że nie było ich blisko trzy godziny…

 

Znów na Swirze

Z jachtu zdjęcia nie zrobisz – z dołu mamy fatalną perspektywę, no i to rusztowanie – strasznie zasłania. Ale starczyłyby dwa kroki po stalowej drabince, pięć po betonowym nabrzeżu i już, wszystko jak na dłoni. Niby nie wolno, ale… czy komuś zaszkodzi zdjęcie radzieckiego godła?

Kiedy tylko woda w śluzie przestaje się podnosić, Kapitan nie wytrzymuje i wielkimi susami sadzi na drabinkę. Potem jeszcze trzy kroki i już są zdjęcia! Sesję fotograficzną przerywają nagle okrzyki robotników z rusztowania:

Maladiec, ubiegaj, uchadij!

Naprawdę jest przed czym uciekać. Z budki strażniczej wypadł ochroniarz i z bardzo groźną miną biegnie do Maćka, jednocześnie ściągając z pleców kałasznikowa. A drabinka i jacht są równo w połowie drogi między nimi. Jeśli Maciek nie dopadnie jej pierwszy, no to możemy mieć poważne kłopoty…

Maladiec, maladiec!

Maćkowi kibicują już nie tylko robotnicy, ale i kilkunastu pasażerów towarzyszącego nam statku białej floty. W zasadzie, gdyby nie ten karabin w ręku ochroniarza, to cała sytuacja byłaby przekomiczna – i taka się staje w momencie gdy Maciek zsuwa się po drabince na pokład Legii. Na krawędzi śluzy ochroniarz grozi nam pięścią – na pokład przecież nie zejdzie, tym bardziej że wrota śluzy już zaczynają się otwierać.

Mała chwila triumfu kończy się natychmiast po tym, jak opuszczamy śluzę. Wadim, kapitan Niki, przez UKFkę zaczyna pogadankę o niestosowności tego typu nieodpowiedzialnych zachowań. Tu jest Rosja. Prawo bywa czasem niezrozumiałe albo wręcz głupie. Ale tu się prawa nie kwestionuje. Nie żartuje się z niego. Ani z władzy. Bo władza w Rosji traktuje siebie śmiertelnie poważnie.

 

Koniewiec

No i klops. Chleb się skończył. Jutro na wieczór będziemy w Schliesselburgu, a tam sklep tuż przy nabrzeżu. Ale na razie stoimy na Koniewcu, wyspie-sanktuarium przy zachodnim brzegu Ładogi. A tu, poza przepięknym, sosnowym lasem, malowniczym monastyrem i serwującą bliny z jagodami jadłodajnią dla pielgrzymów (turyści tu nie docierają) nie ma – dosłownie – nic. Głód raczej nam nie grozi – zapasy makaronu i ryżu jakbyśmy mieli jeszcze przez Atlantyk płynąć, ale… kto odważny powie załodze, że przez następne 30 godzin będziemy jeść tylko ryż?

Na nierównych deskach pomostu z łoskotem podskakuje przyczepka ciągnięta przez quada. Za kierownica czterokołowca brodaty mnich w przykurzonej riasie. Czarna ni to sutanna, ni to sukmana, przewiązana szerokim, skórzanym pasem niemal wlecze się po ziemi i co chwila grozi wplątaniem w koła. Ale duchowy ojciec niewiele sobie z tego robi i z rykiem silnika podjeżdża pod samą burtę cumującego obok nas kutra. Przyjechał zabrać materiały budowlane – monastyr jest intensywnie remontowany, cały dolny kościół już lśni. Nagle Żenia zrywa się z kokpitu i w ukłonach zwraca się do duchownego. Po chwili wraca dumny z siebie – mnisi w końcu też muszą skądś brać chleb, prawda? Oczywiście, w klasztorze musi być piekarnia…

Zdeterminowana ekipa w składzie Kapitan, Żenia-tłumacz i zaopatrzeniowiec żwawym krokiem udaje się w kierunku monastyru. Dziewczyn nie ma co zabierać – tutejszy klasztor ma bardzo surową regułę, nie tylko po cerkwi, ale i po klasztornych zabudowaniach kobiety muszą chodzić ubrane w długie spódnice i z szalem okrywającym głowę. Panowie będą czuli się zdecydowanie swobodniej. Główna brama klasztoru prowadzi na obszerny dziedziniec. Wielki zielony trawnik, gdzieniegdzie ocieniony rozłożystymi drzewami. Na środku malowana na biało i złoto cerkiew z błękitnymi kopułami. Z zewnątrz wygląda pięknie, ale w górnym kościele wciąż farba odpada z wiekowych polichromii. Ale tym razem od zabytkowych malowideł ważniejsze są półotwarte drzwi do klasztornej piekarni – o tam

W środku inny brodaty mnich, w sutannie całej oprószonej mąką, smaruje tłuszczem wielkie chlebowe formy. O tak, bardzo się cieszy, że pielgrzymi trafili do niego. Oczywiście, może poczęstować nas chlebem, ale dopiero za jakieś dwie, trzy godziny, jak się upiecze. No i tylko tu, na miejscu. Nie sprzeda, bo klasztor nie handluje chlebem – jakżeby to wyglądało? Podarować też nie może, bo jednak 6 bochenków zrobi sporą różnicę monastyrskiej kuchni.

Ot, patowa sytuacja…

Formy z chlebowym ciastem wylądowały w piecu, ale wydawało się, że nic z tych targów nie wyjdzie. No ale skoro trzeba poczekać na świeżutki chleb… Maciek sięgnął do plecaka, z którym przyszedł – i na stole pojawiła się butelka żubrówki. Ostatnia z zapasów uniwersalnej waluty wymiennej, zapakowanych jeszcze w Gdyni. Nagle wszystko stało się proste: mnich piekarz wyciągnął jakiś lekko zamączony stakańczyk, dookoła stolnicy stanęły cztery zydelki, bochny w piecu rosły aż miło… I nim żubrza trawka pozostała sama na dnie butelki, w plecaku zaopatrzeniowca było nie sześć, a osiem pachnących, gorących bochnów chleba.

 

Epilog

W październiku wypada oficjalnie zakończyć sezon żeglarski. To nic, że pływamy okrągły rok, ale jesienią jachty wychodzą z wody i trzeba jakoś to uczcić. Zlot jachtów – to chyba najlepszy sposób.

W tym roku po raz czwarty Kapitan zwołał na Zatokę miłośników żeglowania na Jachtach z Duszą – stalowych i drewnianych. We flotylli szesnastu jachtów zabrakło Piotra I – nasi rosyjscy przyjaciele postanowili zimować w Tromso, za daleko, żeby w połowie października wybrać się do Gdańska – i wrócić. Dobrze, że choć Elena mogła przylecieć. Ostatniego wieczora, w opustoszałej już tawernie, snuliśmy plany na przyszłe lato:

– Elenka, a myślisz, że za rok znów da się popłynąć przez Kanał?

– Dać się da – ale wy nie macie dość Rassiji?

– Dość? Przecież w rosyjskiej Arktyce praktycznie nas nie było.

Tym razem nie zawrócimy w Archangielsku!

 

Tekst: Ewa Banaszek

Zdjęcia: Maciej Sodkiewicz

 

Wyprawa Rosja 2012 była przygotowaniem czy też przetarciem szlaków przed tegoroczna wyprawą Rosyjska Arktyka 2012, nad którą Redakcja SailBook.pl objęła patronat medialny. Częścią tegorocznej wyprawy będzie powtórzenie rejsu po wewnętrznych wodach Rosji. Na te etapy nadal kompletujemy załogę, więc jeśli czytelnicy Sailbook.pl chcieliby zobaczyć na własne oczy prawdziwą Rosję, to zapraszamy.

http://rosyjska-arktyka.pl/ 

Komentarze