Uczestnik Gotlandzkiej Bitwy

0
140

 

Za zgodą Jerzego Kulińskiego  www.kulinski.navsim.pl 

Tym z Czytelników SSI (oraz Skrytoczytaczom), którzy nie mieli okazji na bieżaco śledzić przebiegu tegorocznycznych zmagań samotników biorącuch udział w regatach „Bitwa o Gotland” – polecam lekturę wprowadzającą, czyli news pt. „BITWA ROZGORZAŁA” – http://kulinski.navsim.pl/art.php?id=2817&page=0 

Zanim zawodnicy pojawili się na starcie – zamówiłem dla Was specjalną (oczywiście wyłączną) relację od jednego z matadorów, czyli tych, którzy od lat rozdają karty w bałtyckich regatach. 
Zarówno załogowych, jak i samotniczych. 
Już wiecie o kim mowa?  
Oczywiście – o Jacku Chabowskim
Jacek startował na prawie 10-metrowej długości własnym jachcie „Polled 2” klasyfikowanym w ORC.
Bardzo dziękuję za ciekawie napisaną relację.
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
.
——————————-
.obraz nr 1

„Polled 2” w okazałości
.
Witaj Don Jorge!
Dziękuję za zaciskanie palców i kibicowanie. O tym ile to znaczy i jakie ma znaczenie dla uczestnika, w dalszej części. 
Trochę po reportersku z prywatnymi wstawkami. Mimo, że „Bitwa” nie jest jeszcze imprezą z wiekową tradycją, obrosła już w legendę. Każda z dotychczasowych edycji była wyjątkowa w stosunku do poprzednich. Tym razem nie było inaczej. Pierwsze co rzuciło się w oczy, to długość listy startowej. Takiego przyrostu to nawet Chińczycy nie mieli w najlepszych swoich latach. Bitwa jak planeta ma swoją grawitację, która co raz bardziej przyciąga. Rozwój jest czymś dobrym ale pod warunkiem, że organizatorzy potrafią nad tym zapanować i to ogarnąć. Bez fałszywego umizgiwania się i wazeliny mogę stwierdzić, że udało się im to w stu procentach. W część rozrywkową udało się Krystianowi i Jackowi wpleść treści z tych w rodzaju porządkowych i związanych z bezpieczeństwem. Trudne informacje zostały przekazane rzetelnie (prognoza pogody) ale też bez niepotrzebnego straszenia. Wieczór przedstartowy rozkręcił się całkiem nieźle, ale rozsądek zawodników nakazał im dyskretne opuszczanie imprezy.
Start bez większych zakłóceń w bardzo fajnym, solidnym wietrze. Nowsza Imoca dała się widzieć przez jakąś godzinę i znikała w tempie szybkich promów. W pełnych baksztagu, z rosnącą siłą wiatru zaczęła się szaleńcza jazda. „Polled” wystartował w konfiguracji żaglowej: podstawowe + gennaker. Kierunek wiatru idealny zatem tuż po starcie asymetryczny, czerwony żagiel w górę. Prawo Murphy’ego zadziałało pierwszy raz i natychmiast. Gennaker w wersji cukierkowej – całe szczęście udało się go „rozpakować”. Początkowe prędkości dochodziły do 11kts i wydawało się, że to już szczyt szczęścia. Nic złudnego. Jak się okazało drugiego dnia, to była dolna granica prędkości. Wraz z oddalaniem się od brzegu, prędkość wiatru rosła osiągając na wysokości Helu 24kts (rzeczywisty). Na razie jeszcze daję radę ale wątpliwości bombardują głowę – czy już zrzucać, czy jechać tak długo jak się da. Łódka sama rozwiązała wątpliwość. Trochę po wyżej Rozewia szekla fałowa puszcza gennakera i Murphy znowu się przypomina – żagiel w wodzie, pod łódką, pomiędzy balastem i śrubą. Grot dalej ciągnie – prędkość „spada” do 8kts. Pomysł, pomysł, koncepcja – co i jak robić. Bez szczegółów operacja wyciągnięcia żagle zajęła ok. 30 minut. Dwie łódki mnie łykają. Zmęczony i wkurzony nie sprzątam „genka” z pokładu przez kilka godzin. Nocna żegluga nie taka samotna – ukf-ka nie milknie na dłużej niż na kilka minut. Żarty, docinki ale też dyskretne kontrolowanie każdego – jak nie dołącza się do nie zawsze poważnych konwersacji, to i tak co jakiś czas musi się zameldować, że jest, płynie i wszystko w porządku. Mile na ploterze umykają. Ruch na Bałtyku rośnie – platforma, statki obsługi, strażnik kabla na dnie, wolno „sapiące” tankowce i pędzące jak młodzi biznesmeni promy. Nudy nie ma, noc jest długa. Nad ranem wiatr napina mięśnie i na zegarach pojawia się 35kts rzeczywistego. Fala też już morska w ducie z wiatrem chce wytrwać jacht z pod nóg. Autopilot zmęczony i czasami jakby zasypiał – przechodzę na ręczne. Jazda bez trzymanki. Na logu 13, 14, 17 i łup! 18,2kts i tak przez około 3 godziny. Gotland i myśl, że zaraz się za nim ukryję i odpocznę. He, he, he – Murphy nie śpi. Mijam dwie wyspy odległe od siebie o kilka mil, a przy tej prędkości wydaje się, że to wąska bramka. Dochodzi mnie Krzysztof na Arao – czy ta łódka dotyka w ogóle wody – śmiga po czubkach fal jak balonik, który uciekł dziecku z plaży. Do Visby 4 mile i przychodzi na radiu wiadomość, że robimy przerwę – nie ukrywam, to dobra wiadomość. W marinie pustki i nagle ożywienie. Robimy ruch. Jachty wchodzą po kolei i odbieramy się i daje się wyczuć ulgę i uznanie dla organizatora za podjętą decyzję. Ogarniamy się, jakieś krótkie rozmowy i trochę szczęśliwy, że to nie u mnie świetlica padam do koi i śpię w jednym kawałku 13 godzin. 
Rano sprawdzamy czy wszyscy dotarli – jednak nie. „Drosomak” i „Perła Gdynia” ciągną dalej bez postoju – twardzielka i twardziel! O 12 start i lecimy dalej z wiatrem. Początkowo na motyla, później genek przeprosił i wjechał na maszt. Górny znak pod wieczór i wprowadzam na ploterze punkt docelowy GW – cholera 210 mil w prostej linii. Morze się otwiera i zaczynamy pod wiatr. Nie jest źle wiatr do 20kts. Po dwóch godzinach tuż obok pojawia się światło topowe – „Drosomak”. Odległość ok 15-20 metrów krzyczę czy wszystko w porządku – gest ręki Oli potwierdza. Trochę mi głupio – wyspałem się w Visby, a dziewczyna leci ciągiem – „twarda sztuka”. Wszyscy ciągną na wschód i południe jak wiatr pozwala. Trochę nudno. Serie snu po 20 minut i jak się okazuje można tak dać radę. Około 2 pogoda pokłóciła się z Neptunem i zaczyna mieć fanaberie. Wiatr kręci, deszcz leje – z której z strony wieje? Jachty się rozchodzą, w końcu na Bałtyku jest trochę miejsca. Ukaefka po woli milknie – znak, że odległości się zwiększają. Dzień gdzieś na środku morza. Doganiają mnie trzy małe ptaki. Odważne żeby nie powiedzieć trochę natrętne. Dwa wlatują do kabiny i tam na gapę podróżują dwie godziny. Sorry ale muszę wejść do kabiny. Uciekają i zostawiają mało przyjemne pamiątki na stoliku nawigacyjnym. Jak się później okazuje, u Piotra z „Bluesiny”, też były „na krzywego” i ślad w koi zostawiły. Kolejna noc z ploterem przed oczami. Trochę jak w grze komputerowej – który z żelaznych potworów chce we mnie trafić i w którym miejscu. Co jakiś czas na radiu wzajemne ostrzeżenia – „słuchaj, po twojej prawej około 15 lecie na ciebie jakieś cielsko z prędkością 13 kts”. Mimo, że samotnie, poczucie wspólnoty i braterstwa żeglarskiego ogromne – prawie jak w propagandowym filmie. Super, cholera niby konkurujemy ale jednak razem. Niech się tam rodziny na lądzie nie martwią, kupą płyniemy! Ostatni dzień – trzeba finał opracować. Wschodnią czy zachodnią stroną zaatakować zatokę. 
 
obraz nr 2

„Polled 2” na mecie (fot. „Sailbook”).
.
Piotr z „Bluesiną” radzi sobie z falą doskonale. Walczę ostrością żeglugi i po godziny czuję się jak Don Kichot. Trochę odpuszczam, później bardziej i się rozjeżdżamy. Liczą na zapowiadana odkrętkę i lecę prawie na Władkowo – O! brzmi jakość lokalnie. Faktycznie do GW mniej 30 mil. Jadę i czekam na zmianę wiatru. Nic, co więcej Murphy się przypomina o coś przestawia w prognozie. Jestem w czarnej….dziurze i muszę halsować do Helu. Sparing z Zenkiem z „Oceanny”. Jedyna szansa w tym, że wiatr siądzie – Zenak zawodnik pierwszego sortu – nie odpuszcza i sprowadza Polleda do parteru. Murphy się na mnie obraził i przeniósł się na Oceannę i wyłączył wiatr. Oceanna się spina ale masa robi swoje i wiatru ma za mało. Polled cwanie wykorzystuje i leci na GW. Wyczekiwana odkrętka przyszła, owszem ale pięć kabli przed metą. Tam też miła niespodzianka i gigantyczne wzruszenie (starałem się ukryć, w końcu twardziel jestem!). Na „Good Speed’zie” czekają znajomi i część mojej załogi. O wielkie dzięki, dzięki wszystkim! Rodzinie, przyjaciołom, znajomym, organizatorom i Opatrzności! Dałem radę. Wynik? Wiem już, że będzie kiepsko – ambicja naruszona, ale z drugiej strony to dobrze, bo motywuje i jeszcze wytłumaczenie – przecież to z najlepszymi próbowałem walczyć – zatem siary nie ma. W marinie Delphii (sponsora!) głośne i radosne powitanie. Miło, radośnie, szczęśliwie i znowu to poczucie braterstwa – prawie jak spotkanie z kolegami z dzieciństwa, z którymi najlepsze przygody przeżyliśmy. Uczucie niesamowite. Zmęczenie ogromne ale spać się nie chce – adrenalina działa.
Słowa uznania i podziękowania dla:
– Krystiana – trochę jak przewodnik stada i rodzic stojący przy „piaskownicy” i pilnujący każdego z podopiecznych – profesjonalizm i spokój pod żaglami!
– Jacka Z. – zawodnik, KAOwiec, ale też organizator – „słuchaj nie mogę wywołać (kogoś tam), może ty dasz radę? Czekam na informację”;
– Mariusz i załóg z jachtów obstawy – za to, że im się chciało nad nami czuwać;
– Oli i innym na brzegu za przygotowania i pozytywne „wszędobylstwo” – tam gdzieś każdy coś chciał i potrzebował (z szukaniem rozmiaru kurtki włącznie J);
– Sponsorom – za to, że są o wymiernie pomagają – Nie miejcie wątpliwości Wasz udział będzie doceniony – nie koniecznie szybko ale na pewno będzie!
– wszystkich uczestników – to zaszczyt z Wami konkurować – jesteście najlepsi!
Tak się robi dobrą imprezę. Bez przerostu formy na treścią. W każdej chwili organizatorzy pamiętali po co to się robi, dla kogo i czemu to ma służyć! 
Rodzinom, przyjaciołom, znajomym za ich fizyczną i metafizyczną obecność , za wsparcie – bardzo dziękuję!
 
– pozdrawiam

Jacek Chabowski
„Polled 2”

Komentarze