NA MARGINESIE PRZEMIAN POWYZEJ 24 m

0
164
obraz nr 1

dywagacji o niedoszłych lub doszłych przemianach  dotyczących praktyk na niekomercyjnych i komercyjnych powyzej 24 metrów.
Takie to jednostki stanowią nadal orbitę zainteresowań naszego udanego rekonwalescenta
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
.
.
___________________________________
.
.
Wiaterek rośnie, akuratnie z baksztagu i wysyłam M. na reję by rozwiązał żagle do postawienia i zwiększenia tym samym prędkości.
Do portu ten statek zawsze płynie szybciej niźli od portu. Taką już ma po prostu naturę siwka wracającego do stajni. Momentami nawet
dziesięć węzłów na silniku i sztormowych zaglach. Sztormowych bo duży komplet jest raczej letni i zupełnie nie na to tutejsze lato.
Początkowo mam wątpliwości czy to aby nie za mało. Cyrki z przepięciem fałów z jednego żagla na drugi. 
Job rzucony w odpowiednim momencie i z właściwą ekspresją prostuje sprawę i żagielek hydraulicznie wędruje do góry.  Morze się zabiela pianą i juz wkrótce
widać, że sztormowe są w sam raz akuratne. O te trochę nie chodzi a dziesięć węzłów jest aż nadto dla nas, którzy normalnie robimy pięć, w porywach do sześciu
jak fala nie jest zbyt duża i wiatr nie przeciwny bo wtedy dwa, a i jeden się zdarza od czasu do czasu. 

obraz nr 2

   Wchodzimy w gardziel fiordu, mgła, mokro, niskie chmury zimno i ponuro. wiatr rośnie, już
górskich szczytów zamienia go we flautę przy już rozkołysanej i rosnącej wciąż fali. Wsuwamy sie w prawo do Adwentfiordu.
Na redzie Longyearbyen kilka statków, przy nabrzeżu rosyjski wycieczkowiec, z tych nauczno-badawczych, przebudowanych ostatnimi
laty do wożenia dewizowych turystów. Stajemy chwilę na kotwicy a wiaterek tymczasem sobie rośnie bo tu górka już nie zasłania
i nawet na ograniczonym akwenie niewielkiej zatoki fala się robi grzywiasta i rwana pędem powietrza. 
   Wieziemy od Gdańska na pokładzie trzy koła kolejowe, które mają byc z innego statku użyte 
jako kotwica dla mooringów,
czyli takiej podwodnej pławy, dla nas, na urządzenia oceanograficzne. Wszystko załadowane w Gdańsku z trudem przez dźwig
na główny pokład, powiązane linami i zasztauowane pod pontonami. Dwa koła po prawej burcie, jedno po lewej.  Teraz  mamy  to
wyładować na keje sami, zwykłymi srodkami pokładowymi tzn bramownicą normalnie używaną do podnoszenia pontonu.
Jedno koło zdziebko przekracza udźwig maksymalny wyciągarki, która normalnie z trudem ciągnie pusty ponton, a obciażony
człowiekiem zazwyczaj zatrzymuje się wpół drogi. 
   Najpierw dla klarowności manewru trzeba pozbyć się z pokładu prawego pontonu. Niby nie 
problem, ale wieje już w porywach
do dziesięciu a tu trzeba te łódkę odesłać wodą na brzeg. Zresztą na pustym nabrzeżu cumownik się przyda zatem pomysł dobry
tylko ta  fala głównie, bo wiatr tutaj normalny. Wysyłam Górala z Wąskim. Góral stary motorowodniak, instruktor, egzaminator i co
tam jeszsze. Wąski dla obciażenia by wiatr nie porwał dziobu i nie obrócił pontonu do góry kołami. Góral nadrabia miną, ale
widać, ze z czymś takim jeszcze się nie spotkał, pocieszam jak mogę, że to prawie jezioro i jakby co to przedmucha ich najwyżej
na drugą stronę fiordu…
– To – mówi – taki freestyle.
Zupełnie free bo woda, widzę przechodzi górą nad pontonem i jego załogą. Chwilowo nie ma co się 
martwić pontonem, bo
zdjęliśmy się z kotwicy i teraz Stary próbuje dojść do keii prawą burtą, tą na której są zasztauowane dwa kolą kolejowe i z
której zdjęliśmy ponton właśnie dla ułatwienia rozładunku. Stoję na sterze, obok Marek przestawia wajchy obrotów i skoku
śruby. Stary z deka niedogolony i ssący gębie krótka fajeczkę chodzi w poprzek mostku otwierając na przemian raz jedne, raz
drugie drzwi. 
   Dyma, i prawą burtą podejść się nie udaje. Odchodzimy na fiord, kółeczko i próbujemy 
szczęścia z lewą. W dalszym ciągu
nas odpycha, ale teraz bardziej od przodu i udaje się lewym zaobleniem dziobu dojść do nabrzeża. Pontoniarze chwytają
szpring i w gwałtownych, zmiesznaych z lodowatym deszczem, podmuchach arktycznego wiatru udaje się zacumować. Liny z
dziobu i rufy, podobierane kabestanami przytulają statek do gumowych odbojnic.
   Wieje tak zimno, że na kraciastą kurtkę nakładam jeszcze pamiątkę z hornsundzkiego zimowania, 
roboczy kubrak, którego
nigdy nawet nie założyłem podczas polarnej nocy. Teraz się przydaje bardzo.  Ponieważ mamy keję tylko na jedną noc, umowną
oczywiście, a rano mamy brać paliwo od Nordbjorna, który właśnie zakotwiczył na redzie, wyładunek tych nieszczęsnych kół, środkami
okrętowymi, należy rozpocząć natychmiast.

obraz nr 3

    Wieje, specjalistów od rozładunku od groma, to się i nie udzielam poprzestając na leniwej
że przez szybę. Romek z Robertem improwizują z bloków talie, przeciągają koła pod lewym pontonem i za pomocą bramownicy
umieszczają je na brzegu.  Z lewym kołem idzie szybko, gorzej z dwoma prawymi, bo trzeba je przenieść nad windami brasowymi,
które zajmują i zastawiają śródokręcie. Foremani sprzęgają obie bramownice i w ten sposób, oczywiście nie bez pomocy łoma,
udaje się przepchać pierwsze koło pomiędzy windami, sukces.
   Wiatr dyma cały czas i pomimo wiecznego dnia zrobiło się dość ciemno. Norwgowie przemykają 
obok samochodami w drodze
na lotnisko i z powrotem. 
   Od fiordu idzie ELTANIN, nigdyś czerwony, teraz ciemno czerwony z dodatkiem czarnej polarnej 
patyny na burtach. Spacerkiem
na drugi koniec keii odbieram Jurkowi cumy i wiążę je do wysokiej burty miejscowego kutra. Na pokładzie dowódca, jak to on,
z wyglądu i ubioru stary polarnik.
Małoletni Krzysio na dziobie z cumą we wschodnioukładowym moro i czapce uszatce. Na burcie skulone i bladozielone stadko
polarnych badaczy. 
    Ucinamy sobie z Jurkiem pogawędkę na skrzydle mostku i właśnie mamy zejść na przyobiecane  
flaki ze świeżymi bułkami,
które Janek kucharz właśnie świeżo odmroził i odpowiednio spreparował w piecu, kiedy konwersację przerywa bladolice
indywiduum z informacją, że oni to teraz na pewno się na wysoką burtę kutra nie wyładują. 
   Ostatnie koło idzie na brzeg i dźwig na rufie klekoce przenosząc skrzynie ze spardeku.
– Miało być loco Longer. Jesteśmy w Longer. NO NIE?
– Ale…
   Do flaczków zasiadamy godzinę później, rozmowa o starych rodakch, planach i zamierzeniach na 
przyszłość. Jurek szuka
rozwiązań na Eltanię, tak by mógł przyszłe lato spędzić w kraju. Tymczasem młody zjada jedną bułkę, drugą, trzecią i czwartą…
Daję mu na drogę jeszcze cztery, bo tata najwyraźniej o świeże bułki zanadto nie dba.
Dba za to o polarną przygodę, której teraz tutaj po pachy.
 
J.Czyszek
 
Za zgodą http://www.kulinski.navsim.pl

Komentarze