Morskie widziadła – Elba, Korsyka, Sardynia – z dziennika skipera

0
130

Baza Punta Ala

Na miejscu przywitał nas mega włoski burdel!

Nikt nic nie wie, marina jak wymarła, busa nie można w środku zostawić bo wszystkie miejsca są „private” (mimo, że stoją puste), wszystko pozamykane.. czyli sjesta. Próba rozmowy przez telefon z pracownikiem biura tez zakończyła się fiaskiem bo w ogóle nie rozmawiał po angielsku. Po dłuższej chwili dał mi swoją żonę do telefonu co łamaną angielszczyzną powiedziała mi byśmy poczekali pod biurem bo zaraz ktoś do nas podejdzie.

No i podeszli.. jakieś dwa typy w przepoconych koszulkach. Jeden coś tam nawet kumał i próbował rozmawiać więc od słowa do słowa ruszyła biurokratyczna maszyna.. Poproszono mnie o dowód i zaczęli spisywać moje dane.. Wyglądało to jak by po raz pierwszy mieli polski dowód w rekach. Dali mi do przeczytania, bym sprawdził, czy spisali mnie poprawnie no i się dowiedziałem, że: mieszkam na ulicy: „Andrzej Leokadia” w mieście „Zielone” … 🙂

Jeszcze przez parę minut próbowali wymówić moje nazwisko.. sz..cz..e.ńńń..ki – żaden nie dał rady 🙂

Lista załogi ich nie interesowała.. podobno nie musi być tutaj w papierach..

Po wyprostowaniu danych osobowych zaprowadzili mnie na jacht.

Odbiór jachtu.. dali mi godzinę bym się rozejrzał na jachcie. I tu się zaczęło..

Przy próbie otworzenia drzwi do toalety odpadła klamka.. więc już ostrożnie przyglądałem się czy jakiś innych części jachtu nie naprawiano na przysłowiową taśmę klejącą.. O dziwo jakoś to nawet funkcjonowało. Jacht nie grzeszył czystością ale tragedii nie było. Elektryka zadziałała, olinowanie i żagle choć mocno przechodzone to jednak trzymały się kupy. Jedynie dizel na wolnych obrotach strasznie klekotał i winda kotwiczna jojczała ale może jestem trochę przewrażliwiony. Generalnie nie znalazłem, żadnych większych problemów. Wyglądało to jak by mit o złym stanie włoskich jachtów został obalony.. nie na długo.

Przy podpisaniu check-listy armator bardzo ujął mnie za serce. W papierach jak byk było napisane, że jacht jest wyposażony w urządzenie do „pomiaru siły i kierunku wiatru” ale jakoś nie mogłem tego namierzyć.. Na topie nie było żadnego wiatraczka.. Na moje pytanie o co chodzi, śmiejąc się do rozpuku, poślinił palec i podniósł do góry mówiąc, że tak najlepiej mierzyć „siłę i kierunek wiatru” 🙂

Po zakończonym odbiorze, kontynuując uprzejmości, jegomość zapytał mnie o plany na rejs.. Na moją odpowiedź, że chcę dopłynąć do Sardynii, złapał się za głowę mówiąc, że to nie możliwe. Tutaj ludzie biorąc jachty dopływają najdalej do północnej Korsyki. Ciekawe co miał na myśli..

Jakoś nieświadomy swojego nietaktu powiedziałem jeszcze, że chciałbym podpłynąć do wraku Concordii.. Tutaj chłop zrobił się na twarzy purpurowy, schylił głowę i zaczął coś bełkotać co przypominało serię przekleństw.. Chyba dotknąłem czegoś w rodzaju narodowego wstydu.

Na koniec miły akcent ze strony armatora – wsiadł ze mną do busa i poprowadził mnie jakieś kilometr poza marinę pokazując mi miejsce gdzie mogę bezpłatnie zaparkować auto. Dzięki! 🙂

Jakie pierwsze wrażenia? Włochy.. po prostu Włochy 🙂

obraz nr 1

Wyspa Giglio

Concordia nie uciekła – czekała na mnie w miejscu gdzie ją postawili do pionu. Robi niesamowite wrażenie. Aż się wierzyć nie chce, że doszło tutaj do takiej tragedii.

Sardynia, Porto Cervo

Pierwszy kontakt z Włoską Riverą na Sardynii. Wg locji wymagają meldowania się przed wejściem do mariny. Ok 🙂

U-ka-efka w łapę i zaczynam gadać.. Odpowiada cisza. Jeszcze raz próbuję gadać. Cisza.

Patrzymy na zegarek – 1400.. Sjesta! I wszystko jasne.

Zacumowałem bez zaproszenia – nikt się nami nie zainteresował. Nikt do nas nie wyszedł. Nikt nic nie widział. Biuro oczywiście zamknięte. Po sjeście pierwszy kontakt z ichnią machiną biurokratyczną wypadł całkiem pozytywnie. Pani w burze nie miała oporów by rozmawiać w języku innym niż włoski. Uprzejmie pomogła wypełnić papiery. Ale uwaga zoong.. Wszystki przyłącza prądu w marinie mają inną wtyczkę. Aby podładować akumulatory trzeba dodatkowo wypożyczyć przejściówkę i zostawić kaucję 200eu 🙁 Kolejny zoong! Na jedynym sklepie w okolicy wisiała kartka – „zapraszamy w lipcu następnego roku” – jedyny sklep spożywczy działa tylko niecałe 3 miesiące w roku i właśnie jest zamknięty bo jest po sezonie.

Trzeba było drałować 4 km do następnej miejscowości by kupić coś na długie wieczory.

Wrażenia z Costa Esmeralda?
Nie jest przereklamowane! To trzeba zobaczyć! Czerwone wulkaniczne skały, szmaragdowa woda aż prosi by rzucić kotwicę i popływać trochę wpław.

Kolejny rejs po Sardynii będzie „od zatoki do zatoki” 🙂

La Maddalena

Na wyspach Maddaleńskich był ciąg dalszy włoskiego bałaganu. Przed portem pobudowali kilka małych podrzędnych kei. Każda keja była „wyposażona” w swojego murzyna, który podpływał do jachtów i proponował postój za mniejsze pieniądze ale kawałek przed miastem 🙂
Biuro? Taaaa.. jeden pan siedzący przed keją na skrzyni i palący jointa 🙂 wziął 30 euro i życzył miłego dnia 🙂

Korsyka, Bonifacjo

No i czas na Korsykę i Bonifacjo. Znowu łeb urywa! Coś pięknego! To znowu trzeba zobaczyć! Najpiękniejsze klify jakie kiedykolwiek widziałem. Marina? Wejście dla ludzi o mocnych nerwach. Niesamowity ruch! Ilość łodzi wpływających/wypływających po prostu szokuje. Oczy trzeba mieć naokoło głowy by w coś lub kogoś nie przywalić. Marina mała – nie wyobrażam sobie próby znalezienia tutaj miejsca w sezonie.

Francuzi nie mają w zwyczaju rozmawiać w jakimkolwiek innym języku niż francuski. To chyba obelga zagadać do kogokolwiek po angielsku. W biurze również. Dobrze, że Jola coś tam jeszcze pamiętała z tego języka bo nie wyobrażam sobie załatwienia tam czegokolwiek.

Prąd do jachtu? Zapomnij – znowu inna wtyczka. Woda? Zapomnij – jeszcze inna wtyczka. Do prądu dało się wypożyczyć przejściówkę ale do wody trzeba było już szukać sklepu aby nabyć złączkę.

W Bonifacjo przypomniał o sobie włoski stan techniczny jachtu. Była dosyć zabawna sytuacja bo już po kolacji i po kilku butelkach wina wszyscy rozeszli się do kajut a tu słychać: „ja pier.. nie jest dobrze” oraz inne łomoty z tyłu jachtu.. Zaciągnąłem portki na tyłek i polazłem zobaczyć co się dzieje. Okazało się, że rury od instalacji wodnej są dziurawe i cały zbiornik wody właśnie wylał się do komory silnika. Jeden załogant z garnkiem w ręku pracowicie wylewał wodę za burtę. Po opróżnieniu komory popatrzeliśmy na rury i.. no właśnie – już nosiły ślady naprawy taśmą klejącą. Dobrze, że to znalazło się w porcie – sporo kabli elektrycznych było już pod wodą 🙁 To mogło się źle skończyć..

Korsyka, Bastia

Wiedza historyczna nie jest moją mocną stroną więc może nie będę się wypowiadał na temat tego miejsca (aczkolwiek zachęcam do poczytania co Jola pisała o Basti). Aby dodać trochę pikanterii temu miejscu to powiem, że na każdym kroku widać minioną wielkość tego miasta. Nawet takiego laika jak ja Bastia szokuje zarówno architekturą jak i klimatem. Każdemu krokowi towarzyszy zapach drogich perfum i nazywając po imieniu, obszczanych murów. Ilość śmieci po prostu bije po oczach. Aż się wierzyć nie chce, że właściciele restauracji nawet nie pozamiatają petów leżących pod stolikami..

Elba

Droga na Elbę – tu delikatnie dostałem po tyłku. Dobrze, że to było krótki odcinek. Świadomie wychodziłem na dość silny wiatr (ostatnia odebrana prognoza mówiła o szkwałach 6B). Jachcik malutki dosyć opornie wspinał się na fale. Dobrze, że trafiliśmy na połączenie dwóch frontów, z którego wykluła się burza i oberwanie chmury. Deszcz spadł jak ściana wody i w przeciągu paru minut (aż nie wiarygodne) zdławił fale.

Baza Punta Ala

No i na koniec jeszcze oddanie jachtu – wszyscy naskoczyli na armatora, że przecież wiedział, że rury są naprawiane na taśmę klejąca i że nic z tym nie zrobił, nawet nie uprzedził. Pan machnął ręką mówiąc, że na jachcie są ważniejsze rzeczy niż cieknące rury i w ogóle nie rozumie naszych problemów.

Jak to podsumować? Rejs zajefajny! !
Stan techniczny jachtów? zawsze szukaj śladów taśmy klejącej…
Ceny jachtów – porównywalne do chorwackich.
Kaucja gigantyczna – nawet 3500eu. Często rozmiar kaucji lub opcja ubezpieczenia kaucji zadecyduje o miejscu, z którego startujesz.

I w końcu czy warto? TAK!! Jestem pewien! Będziemy tu wracać! 🙂

Komentarze