DZIEWICZY REJS PO NIEMIECKICH ROZLEWISKACH

0
431

Za zgodą Jerzego Kulińskiego   www.kuliński.navsim.pl 

 

Pierwszym wnioskiem z korespondencji Piotra Dobrowolskiego (witam w SAJ !) jest to, że niemieckie rozlewiska wód osłoniętych, urozmaicona linia brzegowa i liczne przystanie to wymarzony cel rejsu dla tych, którzy uznali, że strategia „stopnowania trudności” to jest to. 

Bezpieczeństwo, spokój i niezapomniane wrażenia. Podążając tym tropem ani się obejrzycie, jak rejs do Oslo czy do Helsinek staną się rutynowymi.
A wnioski Piotra znajdziecie pod opisem rejsiku.
Kamizelki niezbędne w takim samym stopniu na Bełdanach, Greifswalder Bodden jak na Kattegacie.
Zyjcie wiecznie !
Don Jorge
.
—————————
.
Drogi Jerzy
Już jako świeżo upieczony członek SAJ, postanowiłem podzielić się krótką opowieścią o pierwszym w tym roku rejsie na nowym nabytku.
Do towarzystwa przydzieliłem sobie kolegę Adama, o tym samym nazwisku ale innym rodowodzie i psa z rodowodem marki hovawart o imieniu Osa.
Wyruszyliśmy z Trzebieży (niestety nie z COŻ) w dziewiczy rejs, sprawdzający co potrafi 45 letnia jednostka balastowa o długości 7,40m i zanurzeniu 1,35m ze stoczni C.N.S.O. wykonana z żywicy epoksydowej. Wyposażenie mocno podstawowe, UKF, kompas, ręczny GPS, mapy papierowe i na komputerze, antyczny log mechaniczny, i oczywiście kamizelki tudzież ponton i pianka do nurkowania. 
 


Pierwszy etap do nowej mariny w Nowym Warpnie przebiegł gładko. Marina sympatyczna, chociaż w WC przeżyliśmy deja vu, lepkość i niedosprzątanie, tudzież ruchomość armatury podobna jak przed 5 laty, gdy czarterowaliśmy Sasankę z firmy SKAGEN. Słusznej postury Bosman przyjął cumy, pobrał i pozwolił biegać psu wolno, co oczywiście nas ujęło.
Poranny ryk bosmana „CZYJ TO PIES” świadczył o przytłumionej percepcji z dnia poprzedniego, pies był wszak tylko jeden i tylko nasz, a że zeżarł rzeczonemu bosmanowi rogaliki przygotowane na śniadanie i to z jego własnej łodzi to uznaliśmy, że po przeprosinach należy czem prędzej ruszyć dalej.
 

 
Etap przez Zalew z wiatrem z E przebyliśmy na spinakerze aż do mostu w Zecherin i potem do Rankwitz. Nazajutrz w promieniach upalnego słoneczka tackingowaliśmy do Wolgast gładko, wchodząc na mieliznę, na torze na przeciwko mariny Ziemitz. nie minęło 5 minut jak przyjazna motorówka zdjęła nas na głęboką wodę, więc przestrzegamy i proponujemy trzymać się czerwonej strony toru, przy zielonej bywa płyciej niz 1,35m.
Most w Wolgast przebyliśmy z marszu i zatrzymaliśmy sie w marinie Karlshagen, gdzie na pierwszy rzut oka było ekskluzywnie i ciasno. Uprzejmi rodacy wskazali miejsce. Prawie na nabrzeżu znaleźliśmy pojemnik z torebkami na psie number two, tylko cumowanie dziobem powodowało, że naszego załoganta trzeba było wynosić na rękach (35 kg). Wyciągając z tego wniosek, że mały trapik byłby nie od rzeczy.
Hafenmeister skasował opłatę, powiedział z uśmiechem, że lubi Polaków i podarowął nam tzw szczeniaczka z jakimś zacnym trunkiem. Jako, że we troje jesteśmy abstynentami, stał się ów szczeniaczek początkiem zbiorów.
Kolejnego dnia wypłynęliśmy na szeroki przestwór oceanu czyli wody zalewu, gdzie po chwili idąc torem weszliśmy na mieliznę. Nadzieja na szybką pomoc malała, gdyż potencjalne jednostki widząc naszą sytuację zmieniały kurs na prawą stronę toru, i po chwili ruch w naszym sąsiedztwie zamarł, a machanie rękami powodowało wesołe odmachiwanie. Nie chcieliśmy wzywać pomocy, bo nic się nie działo. Postanowiliśmy postawić na wiedzę i zdobyć doświadczenie. Przygotowaliśmy linę, kotwicę, koło ratunkowe i próbowaliśmy puścić to z wiatrem, niestety nie udawało się. Zatem do akcji weszła pianka do nurkowania, w którą się wbiłem dosłownie i popychając przed sobą koło z kotwicą odpłynąłem słuszny kawałek, (pływanie na fali nie jest proste), potem plum i zostałem ściągniety na jacht. Lina na kabestan i kręcimy, ani drgnie, wszedłem do wody i dalejże ćwiczyć martwy ciąg dziób do góry, (to tylko 1600 kg)prawo lewo, prawo lewo i wreszcie na głębokim.
 


WIeczorem docieramy do Stahlbrode, fala duża i rzuca, więc zamiast w porcie miejskim, cumujemy w marinie longside, bo jest miejsce. Płacimy w barze czynnym do 21, i zajmujemy się kolejnym zadaniem ściągnięcia zbuchtowanego fału grota, który „jakoś” uciekł na top (już teraz wiemy, wiemy, mamy fały w pętli), Niemcy na przystaniach mają takie cwane urządzenie ratownicze – tyczka tak z 10 metrów wykonana z aluminium zakończona obręczą. Służy to do wyciągania z wody delikwentów w przypadku gdy stoimy na wysokim portowym nabrzeżu, a także świetnie nadaje się do ściągania fałów z topu masztu.
Kolejnego dnia pędzimy do Stralsundu; przemiła pani czeka z 10 minut z podniesionym mostem tylko na nas, kłaniam się jej w pas. Zwiedzamy upalny i wietrzny Stralsund, naprawiamy, poprawiamy i następnego dnia ruszamy w drogę powrotną. Tym razem to przemiły Pan czeka na nas z podniesionym mostem, a potem tackujemy aż do wyjścia ścigając się z dwumasztowym boczno mieczowcem. Cały dzień żegluga jak marzenie, jacht idzie smosterownie z uwiązanym sterem. Pod wieczór wchodzimy do porciku w Thiessow. Wąski tor wejściowy na środku pława więc trza płynąć lewą stroną. Lornetujemy, w porcie stoją wysokie maszty, OK ostatnia para bojek – stoimy na mieliźnie, ostrożniutko się wycofujemy, próbujemy znowu i znowu stoimy, obok nas przepływa jacht bez problemu, próbujemy za nim, stoimy. Załoga spragniona lądu, ale trza twardym być, rozkaz wycofujemy się na z góry upatrzone pozycje i po 2 godzinach w ostatnich szarościach dnia lądujemy w Gager.
Gager piękne, sanitariaty otwarte, cisza spokój, owce, strzechy, celebrujemy przy specjalnie skomponowanej herbatce (bez mrugania) do 3 rano.
Rankiem płacimy i ruszamy do Świnoujścia mimo wiatru z E pięknie walimy jednym halsem prosto do wejścia do portu. 7 mil przed wiatr zdycha, z dwóch stron widać burze, pioruny walą raz po raz, powoli przygotowuję załogę na ewentualny dłuższy pobyt na morzu, sprawdzam paliwo odpalamy silnik (przyczepny 6 KM), Adam nie dowierza że 12 litrów starczy, zużyliśmy 6. Cumujemy w marinie, tną komary, parno, na kilku jachtach głośne imprezy i żeglarze halsujący po nabrzeżu. Od razu zatęskniliśmy za Rugią. Rano zostaliśmy wyproszeni z sanitariatów, przez panią sprzątającą, po powrocie mimo szczerych chęci nie potrafiliśmy znaleźć różnicy w wyglądzie i bukiecie zapachowym pomieszczeń, za to obsługa stacji benzynowej przemiła :).
W niedzielę po odcumowaniu zostaliśmy zaproszeni przez panów policjantów do dmuchania balonika, jak większość sterników jachtów wypływających z mariny, ciekawe czy to akcja znicz, czy stały element, bo popieramy. Po leniwej przeprawie przez Zalew lądujemy w Trzebieży.
.
Jacht.
Stocznia C.N.S.O. typ Samuraj rok prof 1970 nr seryny 232
długość 7,40m
szerokość 2,40m
KLW 5,80m
wyporność 1600 kg
balast 700 kg
zanurzenie 1,35m
silnik przyczepny 6 KM
żagle podstawowe 28 m. kw
4 osoby
 
 

.
Czego się nauczyliśmy:
– Trzeba wcześniej sprawdzić porty. W Thiessow przy ostatnich bojkach jest 1,1 m (ale jak weszły tam te wielkie jachty ?!).
– Echosonda zdaje się być nieoddzowym wyposażeniem.
– Trap do zejścia przy cumowaniu dziobem lub rufą i przy cumowaniu longside przy oponach.
– Coś miękkiego pod d…
– Cienkie, przewiewne koszule i spodnie, ochrona głowy i karku przed słońcem.
– Uchwyty na kubki w kokpicie i mesie.
– Lodóweczka ?!
– Więcej knag na pokładzie dziobowym, dokładnie 2 więcej.
– Fały w pętli.
– Płetwy – szybciej się pływa z kotwicą.
.
Pozdrawiam klan SSI
Piotr Dobrowolski.

Komentarze