Dalej nurtem Schengen

0
493
Autorów newsa już znacie – Iwona i Marek Tarczyńscy – żeglarze z Zalewu Zegrzyńskiego. Ich poprzedni news relacjonujący morskie wizyty w państwach Schengen znajdziecie tu http://kulinski.navsim.pl/art.php?id=2209&page=0
Warto powrócic do tej lektury – traktując ją jako wprowadzenie do poniżej zamieszczonego opowiadania.
Cieszcie się Schengen!
Jestem pod wrażeniem dzielności, umiejętności, rozwagi, a przed wszystki ambicji tych Państwa.
Popełniam niedyskrecję (GIODO czuwa) – Marek kiedyś przez Iwonę został zapisany do SAJ :-))).
Kamizelki twarzowe !
Gratuluję !
Zyjcie wiecznie !
Don Jorge el Anciano.
—————————
PS. Ja się tak za bardzo sierżantowi SG nie dziwię 🙂
————————-
A tak wykorzystując okazję (prywata):  http://www.youtube.com/watch?v=wlAM5dUuVkM  
 
—————————
„NURTEM SCHENGEN 2013”
We wrześniu wróciliśmy, z 9 banderami pod salingiem, z 3-miesięcznego rejsu dookoła Bałtyku. Miał to być rejs z Laboe k/Kilonii do Narwiku i prawie dookoła Skandynawii, w ramach naszego programu „Nurtem Schengen”.
 
obraz nr 1

Wobec niekorzystnej, ogólnej sytuacji barycznej i kiepskich prognoz krótkoterminowych Windguru, które systematycznie otrzymywaliśmy z kraju, oczywistym stawało się, że do Narwiku, w najlepszym razie, dojdziemy dopiero w sierpniu, a to postawiłoby nas w bardzo trudnym położeniu. Pod znakiem zapytania stało również, w tych warunkach pogodowych, nasze szybkie przejście z Hanstholmu przez Skagerrak do Kristiansand w Norwegii. Ponadto otrzymaliśmy z Narwiku informację, że firma, która zobowiązała się przewieźć „Cerberynę-Milę” z Narwiku do Lulea nad Zatoką Botnicką, podniosła prawie dwukrotnie cenę za usługę w stosunku do ustalonej przed miesiącem, a to równało się całemu budżetowi wyprawy. 
W Thorsminde zwiedziliśmy Muzeum St. George, poświęcone tragedii angielskich okrętów wojennych „St. George” i „Defense”, jaka rozegrała się 24.12.1811 r. w pobliżu Thorsminde, na tzw. Wybrzeżu Wraków. Oba okręty, idące w konwoju z Bałtyku do Anglii, po stracie żagli, wpędzone zostały przez huragan na mieliznę i tu uległy zagładzie. Prosto z muzeum poszliśmy na wydmy na Wybrzeże Wraków, aby z lądu zobaczyć miejsce, które przedwczoraj oglądaliśmy z morza. 
Piękne, wysokie wydmy łagodnie opadają na piaszczysty, plażowy brzeg morza, co kilkaset metrów widać wystające z wody czarne głowy skał, jakby budy potopionych samochodów ciężarowych. Sielanka – jak mogło tu zginąć ponad 1300 ludzi, a zaledwie uratować się 17 z obu załóg. Dopiero uzmysłowienie, że tragedia dopełniła się w grudniowej temperaturze, przy sztormie, który przewracał szalupy jak papierowe łódeczki – wyjaśnia skalę dramatu. Skóra nam cierpła, gdy czytaliśmy tabliczki z nazwami statków, które tu zakończyły swój żywot: „St. George”, „Defense”, „Catty”, „Helia”…
Trzy tygodnie tęgich, północnych wiatrów, wielkich fal, nieba bez słońca i ciągłego nocnego wycia want, wpędziły nas w typowy stan przygnębienia. Widziane oczyma wyobraźni sceny z dramatów na Wybrzeżu Wraków ostatecznie przesądziły o decyzji skrócenia trasy. 
Wykreślamy z planu wyprawy Norwegię i Zatokę Botnicką. W Thyboron wejdziemy na Limfjord, przez Kattegat do Szwecji i dalej na Alandy. 
Rano wiało mocno, ale, ku naszej radości, z SE. Chmurno i nieprzyjemnie jak zawsze, lecz wiatr od lądu na pewno nie zerwie fal, które by pokrzyżowały nasz nowy plan. Odbijamy o 1500 i pędzimy baksztagiem na jednej refie grota i całym foku, osiągając do 6 w. 
Przed zmrokiem zawijamy do portu Thyboron, już na Limfjordzie. Zupełnie zmienia się otoczenie. Wokoło pełno jachtów, wesołe załogi na nabrzeżu, ruch w kawiarniach i restauracjach. 
Następnego dnia płyniemy wśród wysp i zatoczek Limfjordu, a wiatr z W i NW sprzyja nam całkowicie. Natychmiast wraca dobre samopoczucie. Zaczynamy trochę żałować decyzji o skróceniu trasy. 
W trzecim dniu żeglowania wychodzimy na Kattegat i bierzemy kurs na Göteborg, przez porcik Osterby, na wyspie Laeso. Ruch jak na Marszałkowskiej, głównie Szwedzi i Duńczycy. Za J. Kulińskim identyfikując mijane jachty, stosujemy skrótowo terminologie, jakiej używają obie nacje wobec siebie. Powstaje dziwny żargon: „z lewej idzie pas…,, z prawej pal…”. 
Z Göteborga, znakomicie żeglowną rzeką Göta Alv i kanałem Trollhattekanal dopłynęliśmy bez problemów do największego jeziora Szwecji Vänern, po którym żegluje się jak po morzu, 50 razy większego od naszych Śniardw, pełnego wysepek, zatoczek, uroczych miejsc do kąpieli i biwakowania. 
W Sjötorp, na wschodnim brzegu jeziora, weszliśmy na Göta Kanal i przez 5 dni podziwialiśmy jego hydrotechniczne rozwiązania i uroki, zwłaszcza odcinków jeziorowych. Z Mem do Sztokholmu postanowiliśmy płynąć szkierami przez Sodertalje i jezioro Malaren. Mimo niekorzystnych wiatrów byliśmy zachwyceni zarówno szkierowym otoczeniem, jak i samym żeglowaniem, które, przy dużej ilości meandrów, dawało wiele satysfakcji. W Sztokholmie bawiliśmy 3 dni, kilkakrotnie odwiedzając Muzeum Vasa i inne zabytki bardzo przyjaznego miasta. 
Następnie popłynęliśmy, cały czas szkierami, do Kapellskär, przy bardzo pomyślnym wietrze. Tu wzięliśmy kurs do mariny AŜŜ w Marienhamn na Alandach. W czasie przejścia na Alandy wpadliśmy w charakterystyczny dla tych wód tuman mgły. Widoczność spadła do kilkudziesięciu metrów, a że płynęliśmy w pobliżu szlaku promów, ciągle słyszeliśmy wokół sygnały mgłowe niewidocznych kolosów. 3 godziny wolniutko terkotaliśmy na silniku w tym morzu mleka, aż temperatura i wiatr zdjęły ów ogromny welon. 
Na Alandach odwiedziliśmy kilka ważnych miejsc, w tym Muzeum Morskie, a przede wszystkim czteromasztowiec „Pomern” ze sławnej flotylli żaglowców kapitana Gustafa Eriksona (Gustafa Mauritza) – niepowtarzalne wrażenia. W lądowej części tego Muzeum zrobiliśmy zdjęcie z olejnego portretu wielkiego kapitana, na którym przedstawiony jest z ulubioną kotką Pessi na rękach (w załączeniu). Uroki szkierów alandzkich urzekły nas nie mniej niż szwedzkich, zwłaszcza że już nieźle opanowaliśmy sztukę żeglowania i nawigowania po szkierach. Ostatnią noc na Alandach spędziliśmy na malowniczej wyspie Sottunga, skąd rankiem ruszyliśmy do fińskiego portu Verkan na wyspie Korpo.
obraz nr 2

a) nie odpowiadamy na radiowe wezwania SG,
b) płyniemy nocą bez świateł nawigacyjnych,
c) nie zgłaszamy się do kontroli celnej i paszportowej.
Wprawdzie uznał nasze tłumaczenie, że jacht wielkości „Cerberyny-Mili” (Antila 24) zgodnie z przepisami nie musi posiadać radiostacji, a więc nie musi prowadzić nasłuchu, nie musi posiadać innych świateł poza światłem topowym, a myśmy je mieli. Natomiast odrzucił nasze tłumaczenie, że jako obywatele UE i kraju, należącego do Traktatu Schengen, nie musimy poddawać się kontroli celnej i paszportowej. Stwierdził, że wracamy z Rosji i w związku z tym podejmuje rewidowanie jachtu. Tłumaczenie, że przejście przez rosyjskie wody terytorialne nie równa się pobytowi w Rosji, nie znalazło zrozumienia u bardzo gorliwego funkcjonariusza. Pierwsza rewizja, jaką przeszliśmy w całym programie, „Nurtem Schengen”, potwierdziła swój bezsens. Pozostał niesmak. 
W 2 dni później popłynęliśmy na Przekop Wisły zobaczyć foki, dalej na Zalew Wiślany i do Elbląga, skąd już na lawecie powróciliśmy do Nieporętu, a 5 września, na żaglach, do macierzystego portu Jacht Klubu Politechniki Warszawskiej, przy ujściu Rządzy do Zalewu Zegrzyńskiego.
obraz nr 3

——————————
Rejs trwał 86 dni. Przepłynęliśmy przeszło 1800 Mm, odwiedziliśmy 9 krajów i 55 portów. Zdobyliśmy 6 nowych bander morskich krajów Schengen. Poznaliśmy nowe, wspaniałe akweny Bałtyku, kraje, ludzi. Wzbogaciliśmy swoją wiedzę i praktykę żeglarską. Do zakończenia naszego programu postało jeszcze zdobycie 4 bander morskich krajów Schengen, tj. Słowenii, Malty, Norwegii i Islandii. Teraz zastanawiamy się, jak dalej realizować trudną końcówkę programu „Nurtem Schengen”. 
Bardziej szczegółowe sprawozdanie z rejsu, wraz z galerią zdjęć, zamieścimy na witrynie naszego klubu www.jkpwwolica.ayz.pl
Iwona i Marek 
 

Komentarze