Choroba morska – przyczyny, objawy, pierwsza pomoc

0
138
Choroba morska

Skąd się bierze choroba morska? Jak można jej zapobiec i co zrobić z delikwentem, który podczas rejsu nagle przybiera mało estetyczny, zielonkawy odcień? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, zapraszamy do lektury. Dzięki naszym poradom poznacie sprytne sposoby na przetrwanie tej niełatwej próby. 

Skąd się bierze choroba morska?

Najprościej rzecz ujmując – ze sprzecznych informacji. Chodzi o to, iż nasze mózgi mają tak skonstruowany interfejs, że lubią, kiedy dane z różnych czujników się zgadzają. Tymczasem, kiedy jesteśmy na rozbujanym morzu, nasze oczy rejestrują coś innego niż błędnik. Taki konflikt powoduje, że mózg lekko się gubi, skutkiem czego aktywuje system obronny, uruchamiając takie przydatne aplikacje, jak wymioty, zawroty głowy oraz nudności. Ogólnie, słaba opcja. 

Wszystkie te atrakcje mogą mieć rozmaity stopień nasilenia, w zależności od indywidualnej wrażliwości organizmu: niektórym jest tylko trochę niefajnie, podczas gdy inni cierpią przewieszeni przez burtę, składając Neptunowi sowitą daninę i zastanawiając się, po co im to było i dlaczego właściwie nie zostali w domu.

Komu przydarza się choroba morska?

Istnieją żeglarze, którzy twierdzą, że ten problem zupełnie ich nie dotyczy. Cóż… nie będziemy wyprowadzać ich z błędu. Tak naprawdę choroba morska może dopaść każdego. Po prostu ci twardziele nie natrafili jeszcze na „swoją” długość fali – czyli taką, która na nich podziała. 

Zwykle jest tak, że chorobie morskiej najbardziej sprzyjają krótkie, urywane fale – a więc dokładnie takie, jakie spotyka się na Bałtyku. Nie jest to jednak regułą. Niekiedy  wystarczy lekkie kołysanie i już zaczyna się zabawa. Co ciekawe, na chorobę morską cierpią nie tylko ludzie. Naukowcy udowodnili, że ten problem dotyczy również psów i kotów. 

Jak rozpoznać kryzys? 

Cóż… kiedy już nadejdzie, raczej go nie przeoczycie. Mimo to należy zachować czujność, bo pierwsze objawy choroby morskiej zwykle pojawiają się około pół godziny od rozpoczęcia kołysania. 

Początkowo są one stosunkowo niewinne – najczęściej są to lekkie zawroty głowy i wzmożona praca ślinianek. U niektórych osób jako dodatkowe atrakcje mogą wystąpić: ból głowy, pocenie się i senność. Dopiero po pewnym czasie następują słynne nudności i wymioty, sprawiające, że sama myśl o przełknięciu czegokolwiek (nawet łyka wody) wydaje się czystą abstrakcją. 

Czy da się zwalczyć chorobę morską? 

Oczywiście, że się da. Należy jednak obalić popularny mit, że uniwersalnym lekiem na chorobę morską jest „zagonienie do roboty”, zwłaszcza jeśli jest ona naprawdę nasilona. Szansa, że załogant podczas pracy „zapomni” o męczących go torsjach jest równie duża jak to, że zapomnimy o bólu podczas leczenia kanałowego zęba. 

Warto też pamiętać, że nieszczęśnik nie zwisa przez burtę po to, żeby zrobić na złość reszcie załogi. Potrzebuje wsparcia, a nie krytycznych uwag o byciu ciężarem i szczurem lądowym.

Tak naprawdę na pokładzie jest tylko jedna fucha, która może mu pomóc: stanie za sterem. Sternicy cierpią na chorobę morską równie rzadko, jak kierowcy na lokomocyjną. Niestety, miejsce za sterem jest tylko jedno.

Choroba morska – leki 

Tym, którzy z różnych względów nie mogą sterować, pozostają środki farmaceutyczne. Zwykle są to te same leki, które stosuje się przy wspomnianej chorobie lokomocyjnej. Do popularnych specyfików należą:

  • Meclazine,
  • Cinnarizine,
  • Aviomarin,
  • Zofran.

Niestety, wszystkie te leki (poza Zofranem) najlepiej jest przyjmować przed wystąpieniem objawów. 

Zapobiegaj, zamiast leczyć

Warto pamiętać, że kiedy choroba morska już nas dopadnie, przegonienie jej będzie trudniejsze, niż niedopuszczenie do rozwinięcia się objawów. Jak należy się zachować, by uniknąć tej zmory? 

Przede wszystkim trzeba o siebie dbać. Nawodniony, odżywiony i wyspany organizm poradzi sobie z chorobą morską (i ogólnie z tak zwanym życiem) znacznie lepiej, niż wycieńczony. Ważne jest, by spożywać rzeczy lekkostrawne. Warto tu przytoczyć stare powiedzenie, mówiące, że najlepiej wybierać rzeczy, które smakują tak samo w obie strony. Na przykład kisiel. 

W miarę możliwości należy też pozostać na pokładzie. Oczywiście, perspektywa położenia się w wygodnej koi może być kusząca, jednak wcale nie poprawi naszej sytuacji. Natomiast widok spokojnego horyzontu – owszem. 

Co pomoże na chorobę morską? 

Kiedy nieszczęście już nas dopadło, pozostaje je przeczekać przy jak najmniejszych stratach w ludziach. Jak to zrobić? Oto najpopularniejsze metody:

  • pić po łyczku rozpuszczalnych witamin i elektrolitów (do kupienia w sklepie dla sportowców),
  • niektórym osobom pomaga picie wody gazowanej albo żucie imbiru,
  • trwanie na pokładzie w pozycji półsiedzącej, twarzą w kierunku dziobu, tak, by widzieć linię horyzontu. Pamiętajcie, by unikać łażenia na dziób (bardziej buja), schylania się i zaglądania do kambuza (zapach gotowanych potraw = murowane kłopoty).

Kiedy torsje złagodnieją, zjadamy pomalutku coś ciepłego, słodkiego i krzepiącego – najlepiej wspomniany kisielek. Staramy się w miarę możliwości wrócić do świata żywych, rozmawiając, albo angażując się w proste prace na pokładzie. Pamiętajcie, nic nie trwa wiecznie, nawet choroba morska. Bądźcie dzielni. Na pewno dacie radę.

Komentarze