Bitwa o Gotland z pokładu Double Scotch

0
127

Niedziela po 11… Jachty powoli wychodzą z mariny Delphia i kierują się na linię startu, który jest między główką wschodnią, a kardynałką GW. Prognozy raczej silnowiatrowe, jedyna pociechą jest to, że w pierwszej połowie wyścigu to będzie baksztag i każdy w skrytości ducha liczy, że przeskoczymy ten Bałtyk w trymiga. Double Scotch, czyli po prostu Skoczek, lubi silne wiatry – w końcu to sprawdzona mocna angielska konstrukcja (Sadler 32) do pływania wokół wysp brytyjskich. Z całego grona Skoczek jest jednym z wolniejszych jachtów ale został pomierzony w ORC i szanse w grupie są wyrównane. Przejście przez Zatokę to raczej gonienie innych jachtów i zastanawianie się czy postawić tego genakera, czy zaraz przywieje to co zapowiadali … No nic – koło Helu decyduję się na ‘gienka’ i przyspieszam.  Po godzinie w końcu doganiam i wyprzedzam końcowy peleton. Po dwóch godzinach wiatru robi się już za dużo i zrzucam 65 m^2 genakera.  Na foku prędkości są wcale nie mniejsze. Sytuacja się stabilizuje i płyniemy mniej więcej z tą samą prędkością całą gromadą.

 

 

Powoli zapada zmrok a w miarę zapuszczania się  coraz bardziej na środek Bałtyku wiatr się wzmaga a fala zaczyna się powiększać. Zaczyna się mozolna praca sterem przy baksztagowym kursie. Prędkości przy zjazdach z fal zaczynają rosnąć 8…9..10 kt. Ależ szybka jazda. Noc zagarnęła resztki światła i przed oczami widzę tylko podświetlone na czerwono wyświetlacze z prędkością, kierunkiem, namiarem na waypoint i wiatromierzem. Skupiam się na przyrządach oraz na tym aby fok pracował.    Steruję gnany południowo wschodnim wiatrem. W słuchawkach leci cicho audiobook a świat Śródziemia wyczarowany przez Pierumowa dziwnie koresponduje z otoczeniem. Czasami odrywam wzrok i się rozglądam. Statków nie ma, tylko czarna noc ale jak się dobrze przyjrzę to widzę kilka słabych lampek – to światła topowe najbliższych zawodników, którzy też gnają. Każdy we własnym światku ograniczonym relingami dookoła pokładu – zamknięty a jednocześnie wolny – bo teraz można zrobić co się chce i jak się chce.

 

Po jakimś czasie czuję, że coś jest nie tak, ze mną. Cholera, tylko nie to. Na wysokiej baksztagowej fali dopada mnie choroba morska. Przecież dawno nie pływałem i baksztagowa fala przypomniała mi jak to jest  – pierwszy raz od 15 lat. Za burtę idzie obiad, ciasteczka, woda, herbata  – wszystko. Przez moment wychylony przez reling zastanawiam się i chce mi się śmiać – no po prostu komiczna sytuacja: wrzesień, środek czarnej nocy , środek Bałtyku , wiatr dochodzi do 30 węzłów (7B). Samotnie na małym jachcie na imprezie dla największych morskich twardzieli i rzygam jak kot. Przez moment nawet mignął mi tort z zeszłorocznych urodzin. Ale od razu robi  mi się  lepiej. Patrzę czy nic na mnie nie pędzi, zapinam autopilota i układam się na 30 min drzemki. Budzę się – sytuacja bez zmian.  Skoczek skacze po falach zerkam na kurs i prędkość i kolejne 30 min. Odpoczynku. Powtarzam to 4 razy.

 

Nad ranem wiatr cały czas trzyma prędkość i kierunek  jednak fale są dużo większe. Steruję ręcznie a zjazdy na falach co rusz dochodzą do 12kt.  Miejscami już nie wiem czy drżenie ręki jest powodowane adrenaliną, wibracjami płetwy sterowej czy lekkim zmarznięciem. Jadę, właściwie lecę.

 

obraz nr 1

 

Mimo skupienia, przez noc za bardzo przeostrzałem i brakuje mi 6 mil aby szybkim baksztagiem ominąć południowy cypel Gotlandii. Muszę zrobić dodatkowy hals na zachód przez godzinę. Tym samym, jak się okazuje,  tracę możliwość wyprzedzenia Konsala. Za cyplem spokój. Po płaskiej mknę na północ i orientuję się, że organizator zarządza postój w Visby – ma wiać ok 40 węzłów, ‘safety first’. Krystian z osłonowej Delphi XII nie ma zamiaru zbierać jachtów ze wschodniego brzegu Gotlandii – i dobrze . Do Visby docieram po 22. Na sen dostaję lekarstwo (Bimbrox del Mar), które jest przechowywane w drewnianej beczułce na Quicku. Kładę się spać. Lekarstwo dobrze działa bo śpię do 10:00 .

obraz nr 2

 

Start o 12:00 i ledwo się wyrabiam. Jeszcze wieje, więc na grotach pojawiają się refy, które szybko znikają na pełnym kursie zaraz po starcie. Tu nie ma oszczędzania. Jedziemy jak najszybciej. Start bardzo udany – nawet żegluję jako 1 w swojej grupie przez pewien czas, a już na pewno kontroluje Konsala z Ryśkiem Drzymalskim, który jest moją pracą domową na ten etap (po prostu nie dać się). Oczy na liczniku i chwile frustracji kiedy prędkość spada poniżej 6 węzłów. OK, spada, to może genaker, jest,  góra… Po 30 minutach rozwiewa się i wywozi mnie tak, że myją się kabestany. Gienek dół. Za godzinę znowu za brzegiem zwalniam. Gienek góra. Po 30 minutach dół. To męczące ale utrzymuję średnią powyżej 6 węzłów.

 

Na północnej boi Salvorev dogania mnie Delphia VII. Jest dłuższa. Ma 37 stóp więc musi być także szybsza. Jednak zaraz po zwrocie Delphia zostaje, a Skoczek i Konsal idą równo.

 

Kiedy oglądam post factum  tracking, widzę, że płyniemy takimi samymi kursami. Jednak Skoczek mknie minimalnie szybciej. Ta sytuacja utrzymuje się  przez całą noc –  Skoczek jest goniony przez Konsala i Delphie. Wiatr cały czas utrzymuje się południowo wschodni – 12-18 węzłów. Rankiem nasza grupka jest najdalej na zachód i wpadamy w dziurę bez wiatru. Totalnie bez wiatru  za to z palącym słońcem. Suszę wilgotne rzeczy  a 2-4 węzły wiatru,  tym razem z zachodu,  są ledwie wyczuwalne. Gienek góra i powolutku, po cichutku  człapię  w kierunku Rozewia. To jeden węzełek to dwa, to trzy, to znowu jeden. Generalnie pod wieczór ma przyjść porywisty wiatr z zachodu – ponad 20 węzłów. I rzeczywiście – z zachodu zaciągają jakieś zwały chmur i wszystko zamiera w oczekiwaniu. Jednak gienek powoli pracuje.  Przygotowałem linki i decyduję się ciągnąć do samego końca, żeby zrzucić go w ostatniej chwili. Wiatr jest zapowiadany na 22:00. O 21:50 sunę na gienku ponad 7 węzłów. O 22:00 zrzucam go a o 22:10 zakładam ref na grocie. Prędkość udaje się utrzymać powyżej 6,5 węzła. Chmury przelatują, leje deszcz i wieje ponad 20 węzłów  (5-6B).  Uspokaja się  za Władysławowem i nasz mały peleton mknie spokojnie ku zatoce. Znowu można poskakać po jachcie i się na przykład rozrefować.

 

 obraz nr 3

 

Na radiu słyszymy, że za Helem na Zatoce jakiś armagedon. „Eee tam” – słyszę – „To było to co przeleciało nad nami, bedzie OK.” Ale nie – w twarz uderza 30 węzłów. Nie wiadomo za co się wziąć. Refowanie? Przepuszczanie statków na ‘rucie’? W końcu udaje się ogarnąć i zaczynam ostatnie 14 mil do Górek. Prodata, mimo iż pokiereszowana, wyprzedza mnie na Zatoce i w efekcie jest 40 min przede mną . Zmęczenie daje o sobie znać i zaczynam popełniać błędy:  To odpadam, to coś innego ..  Muszę zrobić dwa dodatkowe halsy …W końcu po 5 godzinach jestem przy boi.

 

Z portu  wychodzą Jacek i Ola na motorówce. Stają na linii mety.  Wykręcam przed nimi i przechodzę linię mety. Asystują mi do samego portu a ja czuję się jakbym przepłynął co najmniej połowę Vendee Globe. Cumy odbierają zawodnicy którzy są już w porcie, a po chwili wyciągają się ręce z gratulacjami  i szampanem,  którym mogę oblać siebie i Skoczka. Te właśnie chwile, tuż po finiszu, wśród ludzi którzy ‘wiedzą’ bo też ‘To’ przepłynęli są naprawdę niezapomniane.  To one dodają mi skrzydeł i wypełniają taką satysfakcją, że mam wrażenie, że  unoszę się nad keją. Ponad 500 mil samotnego wyścigu za mną, głowa naładowana doznaniami i żałuję, że jeszcze nie ma jakiegoś dodatkowego etapu ..tak na 300 mil. Witam Delphie VIII i Konsala  a potem mały prysznic i czas spać. Zostało jeszcze trochę lekarstwa w beczułce na wieczór na Quicku – samo się nie wypije. Skoczek za mną na pokładzie zajął 2 miejsce w swojej grupie. Ale dla jachtu odpoczynku nie ma. Skoczek w następnym tygodniu  wyrusza na ClassicCup a ja ruszam do domu i myślę o następnej Bitwie…

Tomasz ładyko

Komentarze