Sputnikiem dookoła Ziemi - Indonezja

 

Łodzie rybackie w zatoce Serangan na Bali

Od wybrzeży Indonezji oddalaliśmy się ponad dwa tygodnie. Połowa drogi do Sri Lanki była za nami. Specjalnie wybraliśmy okrężną trasę biegnącą przez środek Oceanu Indyjskiego, by uniknąć słabych wiatrów i przybrzeżnego ruchu, który jest zmorą żeglarzy pokonujących długie dystanse i żeglujących w nocy. Opuszczając Bali założyłem, że po dwóch lub trzech dniach oddalimy się od wybrzeża na tyle daleko, by móc pozwolić sobie na krótkie, ale spokojne drzemki podczas nocnej wachty. Nic z tego! Minęliśmy już Christmas Island i Coconut Island, od Sumatry oddaliliśmy się na prawie osiemset mil, a tymczasem każdej nocy wciąż musieliśmy lawirować między dziesiątkami łodzi rybackich pojawiających się nie wiadomo skąd, tuż po zapadnięciu zmroku! Najbardziej zastanawiało nas to, że rybaków zupełnie nie widać w dzień, za to nocą ocean roi się od łun świateł oddalonych od siebie o kilka mil. Te światła służą do wabienia ryb i kalmarów. Są doskonale widoczne, ale nie mają nic wspólnego z przepisowym oświetleniem nawigacyjnym statków i utrudniają ocenę prędkości i kierunku ruchu poszczególnych łodzi. Jakby tego było mało rybacy posługują się dodatkowo małymi łódkami pomocniczymi i bojami połowowymi, których nie widać wcale. Żegluga nocna tutaj to prawdziwe tortury. Niedostatek snu, trudny do zrekompensowania w dzień, gdy Bruno był na wysokich obrotach i ciągła gotowość do nieplanowanych manewrów wysysały ze mnie energię.
To co działo się na morzu było niestety odzwierciedleniem tego co działo się na lądzie. Indonezja to ogromna i niezwykle różnorodna kraina, o której trudno powiedzieć cokolwiek ogólnego za wyjątkiem tego, że jest piekielnie przeludniona. Nieustająca pogoń za kurczącymi się źródłami pożywienia i utrzymania zmusza tutejszych rybaków do zapuszczania się na coraz bardziej odległe łowiska, wymagające wielu dni żeglugi prymitywnymi łodziami, stanowiącymi jednocześnie pływające domy dla całych rodzin, dla których na lądzie zabrakło już miejsca.
Kupang w Indonezji

 

Kiedy po przeskoku z Nowej Kaledonii dotarliśmy w końcu do zatłoczonego kotwicowiska w mieście Kupang na indonezyjskim Timorze, od razu zderzyliśmy się za ścianą rachitycznych budowli spychających się wzajemnie do brudnej zatoki, pełnej ścieków i śmieci wywalanych wprost do morza. Z trudem dostrzegliśmy ostatni fragment brudnej plaży, na której mieliśmy lądować. Z kilku oddalonych od siebie meczetów dobiegały zakłócające się wzajemnie śpiewy muezinów wzywających na wieczorne modły. Był weekend, więc nie mogliśmy się odprawić i zastanawialiśmy się czy jest to odpowiednie miejsce na niewinną próbę nielegalnego lądowania bez dokonania formalności. Nasze obawy rozwiał Portugalczyk z sąsiedniego jachtu.
– Możecie śmiało lądować! Wszyscy są tu bardzo przyjaźni i nikt nie będzie was sprawdzał. Z odprawą można poczekać do poniedziałku. Ja też jeszcze tego nie załatwiłem, podobnie jak Szwedzi i Australijczycy. Natan – facet prowadzący kiosk na plaży, za drobną opłatą zaopiekuje się waszym pontonem, poza tym sprzedaje dobre i tanie lokalne piwo Bintang. Proponuję spotkać się u niego pod wiatą i wypić kilka butelek.
– Nie spodziewałem się łatwego dostępu do piwa w muzułmańskim kraju. Czy Karolina powinna się jakoś specjalnie ubrać do miasta?
– Daj spokój. Indonezja jest w większości muzułmańska, ale nie Timor. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu była tu kolonia portugalska i holenderska, więc osiemdziesiąt procent ludności to chrześcijanie. Co prawda muzułmanie są najgłośniejsi, ale mają niewielki wpływ na tutejszą kulturę.
Dostawa mango w Kupang

 

Wieczorem, pod wiatą kiosku Natana wymienialiśmy doświadczenia z żeglarzami z sąsiednich jachtów.
– Mamy szczęście bo trafiliśmy na szczyt sezonu mango. – Komentował Australijczyk – Jem mango na śniadanie, obiad i kolację. Jest prawie za darmo i najlepszej jakości.
Na hasło mango Natan i jego żona włączyli się do rozmowy.
Trafiliśmy na sezon mango w Kupang

 

– Chcecie więcej mango? A może miód z mango? To wszystko musi być sprzedane do jutra bo inaczej się zepsuje. – Nasz gospodarz wskazywał na uginające się pod ciężarem owoców lady otaczające jego kiosk.
– Dzięki Natan, ale nie mogę kupić więcej niż zjem. – Odpowiedział Australijczyk. – Poza tym dzisiaj kupuję tylko od tej damy z prawej strony. Mam wobec niej pewne zobowiązania. Wiesz jak to jest. Żegluję sam, mam swoje lata, ale wciąż jestem mężczyzną. Mam swoje potrzeby…
– A podoba ci się moja żona?
– Pewnie, masz dobry gust.
– No więc ona ma siostrę, która jest do niej bardzo podobna tylko trochę młodsza. Pamiętaj, że u mnie wszystko możesz załatwić.
Negocjacje przerwało przybycie jegomościa po pięćdziesiątce, o nienagannej postawie wojskowego i fałszywym uśmiechu, który przedstawił się jako Michael, przysiadł do naszego stolika i perfekcyjnym angielskim zaczął zadawać wścibskie pytania i proponować pośrednictwo w załatwianiu formalności. Natan niepostrzeżenie wycofał się do swojego kiosku. Z Portugalczykiem i Australijczykiem wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia.
– To kto w końcu jest królem plaży? – Zawołał wesoło podpity Australijczyk spoglądając na wycofanego sprzedawcę.
– Wiadomo, Michael… – Odpowiedział nieśmiało Natan.
Niepostrzeżenie skierowaliśmy rozmowę w kierunku polityki i fałszywy uśmiech Michaela zaczął znikać. Wspomniałem coś o masakrze kilkuset tysięcy lokalnych komunistów i podejrzewanych o komunizm lokalnych Chińczyków, która odbyła się tu w latach siedemdziesiątych i wyraźnie widziałem jak atmosfera zaczyna się zagęszczać. Nasz nowy znajomy odmawiający alkoholu przestał zadawać pytania i po nerwowym wypaleniu kilku papierosów oddalił się od stolika.
– To agent, a przy okazji zwykły cwaniak. Typowa menda, która w swoim czasie wypiła sporo ludzkiej krwi i mimo że jego najlepszy czas już przeminął, wciąż ma jakiś wpływ na to o dzieje się w okolicy. Ja nie chcę mieć z nim nic wspólnego. – Oznajmiłem współbiesiadnikom.
– Za późno. – wtrącił Australijczyk – Zapłaciłem mu rano za załatwienie odprawy. Skasował mnie trzysta dolców.
– Żartujesz? Przecież przynajmniej od dwóch lat wszystkie te sprawy możesz załatwić bez pośrednika. Trzeba tylko wynająć kierowcę i odwiedzić cztery miejsca. Rząd chwali się, że walczy z korupcją i stawia na rozwój turystyki. Tak przynajmniej głosi propaganda. Ja jutro wynajmuję motocykl z kierowcą i mam nadzieję uporać się ze wszystkim osobiście.
– Wiesz… – Tłumaczył się żeglarz. – Nie mam ochoty biegać po tych biurach, a poza tym on zrobi to znacznie szybciej niż ktokolwiek z nas. Ja wolę w tym czasie pić piwo. Natan! Kolejka piwa dla wszystkich! I spytaj się tych pań, ile jest warte całe to mango na wszystkich stoiskach!
– Pewnie jakieś pięćdziesiąt dolarów.
– Dobrze, biorę wszystko! Ale nie mam co z tym zrobić, więc niech drogie panie wystawią to ponownie na sprzedaż. To jest moje wsparcie dla lokalnej ekonomii! – Wołał pijany żeglarz.
Tragarz mango w Kupang

 

Następnego dnia rano zatrzymałem pierwszego z brzegu motocyklistę, który za równowartość dziesięciu dolarów zgodził się na cały dzień wycieczki po urzędach. Ojek, czyli taxi-motocykl okazał się najszybszym i najwygodniejszym środkiem transportu w zatłoczonym mieście, przystosowanym głównie dla takiego rodzaju pojazdów. Co kilkaset metrów mijaliśmy prymitywne stacje benzynowe sprzedające motocyklistom paliwo w litrowych szklanych butelkach. Infrastruktura taka skrojona jest na miarę kieszeni i potrzeb klientów.
Indonezyjska stacja benzynowa

 

Po wielu szybkich kursach między oddalonymi od siebie biurami wróciłem na jacht jeszcze przed porą obiadu, z kompletem papierów upoważniających nas do miesięcznej żeglugi po indonezyjskich wodach, które łącznie z kierowcą kosztowały mnie kilkanaście dolarów i nie wymagały wręczania żadnych łapówek. Nasz znajomy, który zdecydował się na pośrednictwo Michaela, był mimo wszystko zmuszony do odwiedzenia przynajmniej jednego biura, wynajęcia kosztownej taksówki oraz wręczenia wymyślonej łapówki, która prawdopodobnie trafiła wprost do kieszeni pośrednika. Cała procedura zajęła mu przy tym dwa razy więcej czasu i kosztowała go około pięciuset dolarów.
– Skąd wy, Polacy wiecie jak unikać takich gównianych sytuacji? – Zapytał mnie upokorzony australijski żaglarz.
– To żadna sztuka. Po prostu musimy liczyć się z każdym groszem.
Bemo - najtańszy transport w Kupang

 

W brudnym i zatłoczonym Kupang, które w ciągu dwudziestu lat przeskoczyło z epoki kolonialnej do ery bezprzewodowego internetu spędziliśmy kilka dni niezbędnych do zaprowiantowania i zatankowania jachtu. Mimo ogólnego bałaganu i braku higieny przypadła nam do gustu tania, smaczna i zdrowa uliczna kuchnia, a Bruno został lokalnym, jasnowłosym celebrytą, który mimo początkowego entuzjazmu zaczął szybko nienawidzić szczerzących zęby paparazzi, proszących o kolejne selfie.
Uliczna jadłodajnia w Kupang

 

Zmęczeni hałasem, brudem i nadmiernym zainteresowaniem ze strony przemiłych mieszkańców opuściliśmy Kupang i uciekliśmy z Timoru, by pożeglować w stronę Parku Narodowego Komodo, obejmującego kilka okolicznych wysp i zamieszkanego przez prehistoryczne warany. Zawsze chciałem zobaczyć te ogromne stwory w ich naturalnym środowisku, a że zbliżały się trzecie urodziny Bruno zafascynowanego dinozaurami, postanowiliśmy wyprawić je właśnie w tym wyjątkowym miejscu.
Po kilku dniach na morzu, z powodu słabych wiatrów ledwo dowlekliśmy się do sąsiadującej z Komodo wyspy Rinca, która jest najlepszym miejscem na podziwianie waranów.
Krajobraz na Rinca - Komodo National Park

 

Tuż przed zachodem słońca rzuciliśmy kotwicę w odludnej zatoce Uwada Dasami i natychmiast zauważyliśmy jelenie i polujące na nie smoki przechadzające się po plaży.
– Zwodujmy ponton i płyńmy na plażę! – Ponaglała podekscytowana Karolina.
– Nie ma mowy! – Odpowiedziałem stanowczo. – Jutro rano pożeglujemy do następnej zatoki, gdzie jest oficjalna baza strażników parku i zejdziemy na ląd w asyście przeszkolonego przewodnika. Po przepłynięciu ponad połowy obwodu globu nie chcę zginąć po ugryzieniu jakiegoś głodnego, prehistorycznego stwora!
Kotwicowisko Loh Buaja przy wejściu do Komodo National Park na RincaZawsze wyobrażałem sobie Park Narodowy Komodo jako Święty Grall parków narodowych, szczególnie chronione, trudno dostępne miejsce, w którym wizyta jest przywilejem garstki biologów i dokumentalistów, z dystansu badających i filmujących życie wielkich jaszczurek. Spodziewałem się kosztownych i trudnych do zdobycia pozwoleń, a tymczasem okazało się, że mogliśmy bez problemu zakotwiczyć kilkadziesiąt metrów od pomostu znajdującego się w zatoce Loh Buaya, stanowiącej bezpośredni dostęp do pięciu pieszych szlaków, prowadzących wprost do królestwa prehistorycznych gadów.
Nasz przewodnik Saphira na Rinca w Komodo National Park

 

– Dzień dobry, mam na imię Saphira i będę waszym przewodnikiem. – Przywitał się uprzejmie czekający na pomoście strażnik. – Zapraszam do kasy. Cała wycieczka, łącznie z opłatą za kotwicowisko będzie was kosztowała kilkanaście dolarów.
Za doskonałą cenę mieliśmy na wyłączność przewodnika, który okazał się pasjonatem swojej pracy. Podczas wyprawy w głąb wyspy dowiadywaliśmy się kolejnych ciekawostek.
– Urodziłem się na Rinca i żyję tu wraz z rodziną we wiosce na wschodzie. Angielskiego nauczyłem się od turystów i nie wyobrażam sobie innej pracy. Znam smoki i ich zwyczaje jak mało kto. Wiem gdzie i kiedy składają jaja, kiedy wyklują się młode i potrafię je bezbłędnie wytropić.
Smoki z Komodo pod domkiem strażników na Rinca

 

Minęliśmy chatę strażników pod którą wylegiwało się kilka jaszczurów, prawdopodobnie podkarmianych i oswajanych jako ostatnia szansa dla turystów, którzy podczas trekkingu nie wypatrzą żadnego osobnika w naturze.
– Czujesz się pewne wśród tych gadów?
– Tak. Przede wszystkim dlatego, że wiem jak je wypatrzeć. To podstawa, bo one potrafią być bardzo szybkie, ale tylko na krótkich dystansach. Natomiast ugryzienie jest zazwyczaj śmiertelne, chyba że stać cię na śmigłowiec, który może błyskawicznie zawieść cię na Bali. Wtedy kończy się na amputacji kończyny i można to uważać za dobry scenariusz. Ja nie jestem w stanie zapłacić za taką usługę. Ale bądźmy cicho, bo chyba słyszę jakiś ruch w krzakach po lewej stronie ścieżki.
Waran z Komodo - wyspa Rinca

 

Saphira wskazał na wielkiego samca skradającego się wśród gałęzi, po czym poprosił o nasz aparat i pobiegł zrobić mu zdjęcie. Z odległości jednego metra strzelił kilka zdjęć i wycofał się, zanim wielki gad zorientował się, że obiad uciekł mu sprzed nosa.
– Ewentualne ugryzienie wywołuje infekcję ogólnoustrojową, która zwykle kończy się śmiercią ofiary. Nawet wielkie bawoły wodne nie są odporne na taki atak. W ich przypadku śmierć następuje czasem po tygodniu, ale jest nieodwołalna. – Kontynuował Saphira, oddając nam aparat. – Wtedy wszystkie gady z okolicy zwabione zapachem trupa przystępują do trwającej kilka dni uczty. Turyści rzadko padają ofiarą smoków, ale miejscowi, którzy często pracują w terenie tracą czasem życie po takim spotkaniu.
Sotkanie ze smokiem w Komodo National Park - Rinca

 

Po kilku godzinach wędrówki wróciliśmy na jacht. Tego samego dnia odbyliśmy jeszcze męczącą walkę z prądami, zanim dotarliśmy na spokojne kotwicowisko u wybrzeży Komodo. Tam wyprawiliśmy naszemu trzylatkowi przyjęcie urodzinowe z czekoladowym tortem, na którym umieściliśmy drewnianą figurkę warana z Komodo, kupioną od przepływającego obok rybaka.
Trzecie urodziny Bruno w Komodo National Park 2

 

W planach mieliśmy jeszcze wizytę na znajdującej się po drodze słynnej „różowej plaży”, ale przepływając obok zorientowaliśmy się, że trzeba by sporej dozy wyobraźni, by tą zwykłą, zatłoczoną i zaśmieconą plażę postrzegać w różowych barwach.
Różowa plaża na Komodo

 

Następnego dnia przenieśliśmy się na bezludną wysepkę Gili Lawa Laut i tu odkryliśmy jeden z największych skarbów Parku Narodowego, znajdujący się tuż pod lustrem wody. O ile główną lądową atrakcją Komodo jest wielki jaszczur czający się wśród wyschniętych traw i skąpej roślinności, o tyle rafa koralowa wokół archipelagu obmywanego silnymi, chłodnymi prądami jest prawdziwą morską oazą, tętniąca bogactwem różnorodnych form podwodnego życia.
Gili Lawa Laut w Komodo National Park

 

Eksploracja kilkuset metrów kwadratowych dna wystarczyła nam by dostrzec tyle gatunków koralowców, ukwiałów i przedziwnych muszli, co na Karaibach i wyspach Pacyfiku razem wziętych. Szkoda tylko, że ten sam prąd, który zaopatruje rafę w życiodajne składniki, wyrzuca na okoliczne plaże tony śmieci, wyrzucanych beztrosko do morza przez Indonezyjczyków.
Zatoka na Gili Lawa Laut w Komodo National Park

 

Po udanym nurkowaniu wdrapaliśmy się na szczyt niewielkiego wzniesienia, by podziwiać zachód słońca nad naszą zatoką. W pewnym momencie na tle rozświetlonego nieba dostrzegliśmy odległy o trzydzieści mil dymiący stożek wulkanu Epi. Od razu przypomnieliśmy sobie, że znajdujemy się na beczce prochu. Indonezja posiada bowiem ponad czterysta wulkanów, z których aż sto pięćdziesiąt jest czynnych. Dalszą żeglugę w stronę Bali musieliśmy zaplanować w taki sposób, by dymiące góry zostawiać po zawietrznej burcie Sputnika III.
Mijamy dymiący wulkan Epi

 

Kiedy kolejnego dnia w odległości czterech mil mijaliśmy Epi, po jego wschodnim zboczu spływały w dół wąskie paski czerwonej lawy. Mniej więcej w tym samym czasie otrzymaliśmy od rodziny wiadomość, że znajdujący się na Bali wulkan Agung może w najbliższym czasie eksplodować, chociaż indonezyjski rząd informuje turystów, że nie ma bezpośredniego zagrożenia dla ich życia i prosi o nieodwoływanie wyjazdów.
– Musimy się spieszyć z dotarciem na Bali, bo to nasz najbliższy port wyjścia z Indonezji. W przeciwnym razie musielibyśmy pożeglować aż do Dżakarty, ale to jest dobre kilkaset mil dalej.
– Myślisz, że ryzyko jest realne? – Zapytała Karolina.
– Wolałbym się nie przekonywać. Z tutejszymi wulkanami nie ma żartów. Jutro mijamy Tambora, który dwieście lat temu zabił sto tysięcy ludzi i spowodował globalne ochłodzenie na całym świecie, a pojutrze na wyspie Lombok znajdziemy się w cieniu góry Rinjani, która dokonała podobnych zniszczeń w XIII wieku. Z tego co widać, po kilku latach spokoju mamy chyba do czynienia z okresem zwiększonej aktywności wulkanicznej i nie mam ochoty kusić losu.
Kotwicowisko Medana Bay na Lombok

 

Na Lombok zakotwiczyliśmy w zatoce Medana Marina. Wznoszący się na 3726 metrów najwyższy szczyt wyspy ginął gdzieś wysoko w chmurach. W małym porcie jachtowym przywitał nas wesoły Brytyjczyk Peter, który jest gospodarzem tego miejsca.
– Witajcie, możecie się tu czuć jak u siebie w domu. Przygotowałem to miejsce tak, by każdy żeglarz znalazł tu wszystko czego potrzebuje.
Zgodnie z zapewnieniami Petera odkryliśmy, że ze wszystkich miejsc, które odwiedziliśmy w Indonezji, to było najbardziej przyjazne dla morskich włóczęgów, oferując bezpieczny postój, wodę, paliwo, niedrogą knajpkę z internetem oraz tanie pranie i transport.
Meczet w budowie

 

– Tutejsi mieszkańcy, są również bardzo przyjaźni i możecie się czuć całkowicie bezpieczni. Większość z nich to bardzo tolerancyjni muzułmanie. Mają co prawda małą fiksację dotyczącą budowy meczetów, których jest tu więcej niż brakujących szkół i ośrodków zdrowia, ale to bardzo mili i życzliwi ludzie. Sami się przekonacie.
Fast fook prosto z motocykla

 

Gdy tylko wyszliśmy do wioski, przywitały nas szczere uśmiechy, przyjazne zaproszenia i próby nawiązania kontaktu. W pewnym momencie zostaliśmy zgadnięci po angielsku.
– Witajcie, mam na imię Sakhar i jestem liderem tej wioski. Zapraszam was do siebie na filiżankę lokalnej kawy.
Siedząc po turecku w domu Sakhara opowiadaliśmy o sobie i dowiedzieliśmy się sporo o losach lokalnej społeczności.
Wioska w Medana Bay

 

– Większość z nas jest rybakami, ale ryb jest coraz mniej i w ostatnich latach musieliśmy się przestawić na obsługę turystyki i inne zawody. Nasi dziadowie i ojcowie eksploatowali zasoby morza bez opamiętania i doprowadzili do ich wyniszczenia. Nie oszczędzili nawet rafy. Wydobywali z morza koralowce, by w piecach opalanych drewnem z obecnego parku narodowego wypalać wapno. W ten sposób zniszczyli łowiska i różnorodność biologiczną przybrzeżnych wód. Nasze pokolenie jest pierwszym, które zaczęło myśleć jak to odwrócić. Wraz z przyjaciółmi założyłem stowarzyszenie, mające za cel odbudowanie rafy koralowej. Z prętów stalowych i kawałków betonu wykonujemy podstawki, do których przywiązujemy drutem kawałki żywych korali. Następnie wraz z dziećmi z okolicznych wiosek wywozimy szczepki na martwą rafę i zatapiamy je w odpowiednich miejscach. Zależy nam na aktywnym udziale najmłodszego pokolenia, bo chcielibyśmy, by w przyszłości nasze dzieci przejęły to zadanie i rozumiały jak ważna jest ochrona naturalnego środowiska. Po kilku latach naszej pracy wyraźnie widać jej pierwsze efekty. Rafa powróciła do zatoki i zaczęła się rozrastać. Powracają również ryby. Poza tym jest to świetna inwestycja w przyszłą turystykę. Może za kilkanaście lat powstaną tu pensjonaty i wtedy ludzie z całego świata będą mogli podziwiać efekty naszych starań, a moje dzieci będą miały pracę.
– Jesteśmy pod wrażeniem! – Odpowiadaliśmy z uznaniem. – Wykonujecie tu kawał dobrej roboty i przywracacie wiarę w zdrowy rozsądek. Czy jest tu więcej tego typu inicjatyw?
– Tak. Wciąż jest ich za mało, ale powoli powstają kolejne i świadomość zaczyna się zmieniać. Mam przyjaciół którzy opiekują się lasami, segregacją odpadów czy czystością rzek. Może razem zdążymy coś zmienić, zanim będzie za późno. Najważniejsze jest, by odpowiednio wychować kolejne pokolenia.
Wizyta w szkole angielskiego

 

Dlatego mam do was małą prośbę. Wieczorami odbywają się u mnie darmowe lekcje angielskiego dla dzieci z wioski. Chciałbym, żebyście wzięli w nich udział i opowiedzieli coś o sobie, zachęcając uczniów do nauki języka. To bardo ważne, żeby cały świat mówił tym samym językiem. Jest nam to potrzebne do prowadzenia interesów i wzajemnego zrozumienia.
Wizyta w szkole angielskiego

 

Z przyjemnością przystaliśmy na propozycję Sakhara. W trakcie lekcji poprzedzonej pyszną kolacją mieliśmy okazję opowiedzieć najmłodszym o naszej podróży i zachęcić ich do odważnych marzeń o lepszej przyszłości.
Pola ryżowe na Lombok Kolejnego dnia udaliśmy się z Sakharem na całodzienną wycieczkę po najciekawszych zakątkach zielonej wyspy, pełnej pól ryżowych i życiodajnych wodospadów.
Pola ryżowe na Lombok

 

Gwoździem programu była wizyta w parku słoni, zamieszkałym także przez parę przyjaznych orangutanów. W odróżnieniu od innych ogrodów zoologicznych, w tutejszym postawiono na bezpośredni kontakt zwierząt z gośćmi. 
Elephant Park na Lombok

 

W tym celu ustalono stosunkowo wysoką cenę biletów, by ograniczyć liczbę turystów. Dzięki temu zwierzęta są spokojne, a każdy gość jest indywidualnie oprowadzany przez przewodnika, który dba o bezpieczeństwo zwiedzających i zwierząt. 

Orangutan Valent w Elephant Park - Lombok

Czas swobodnego kontaktu ze słoniem czy ilość przyjaznych uścisków z orangutanem jest jednak ograniczana do niezbędnego minimum, by nie wywoływać niepotrzebnego stresu u tych wspaniałych zwierząt.
Na gili Air jeżdżą tylko konie i rowery

 

Żeglując dalej ku Bali zatrzymaliśmy się jeszcze na maleńkiej wysepce Gili Air, reklamowanej jako „Indonezyjska Ibiza”. Na tym maleńkim skrawku lądu obowiązuje całkowity zakaz ruchu pojazdów zmechanizowanych, zastąpionych przez rowery i małe bryczki, a plażowe bary i małe pensjonaty pokrywają całą powierzchnię wyspy. Jest to mekka dla Europejczyków i Australijczyków szukających tanich barów i plażowych imprez do białego rana.
Główny węzeł komunikacyjny na Gili Air

 

W naszej ocenie porównanie do Ibizy jest jednak mocno nie trafione, a nasz pobyt na zadeptanych i zakurzonych plażach Gili Air ograniczyliśmy do dwóch dni. Tyle czasu wystarczyło nam by zmęczyć się tłokiem i hałasem tego miejsca.Zatoka Serangan na Bali

 

Sezon cyklonów półkuli południowej zbliżał się nieodwołalnie, a smród siarki unosił się nad zatoką Serangan, gdzie zakotwiczyliśmy u wybrzeży Bali. Jeżeli mieliśmy bezpiecznie dopłynąć na Sri Lankę, nie mieliśmy zbyt wiele czasu do stracenia. Z jednej strony zagrażały nam silne wiatry, z drugiej przeczuwałem zbliżającą się erupcję wulkanu.
Walki kogutów - Serangan na Bali

 

– Nie możemy tu zostać dłużej niż trzy dni. – Poinformowałem Karolinę. – W tym czasie musimy zrobić zakupy i załatwić wszystkie formalności związane z odprawą. Na zwiedzanie najbliższej okolicy pozostanie nam tylko jeden dzień, ale lepiej żebyśmy mieli podpite paszporty nim rozpocznie się ewakuacja wyspy, bo wtedy utkniemy tu na dobre.
Świątynia na wyspie Serangan - Bali

 

W tak krótkim czasie ledwie liznęliśmy wielokulturową Bali, gdzie hindusi, buddyści, muzułmanie i chrześcijanie tworzą arcyciekawy i zróżnicowany koktajl.
– Nie boicie się życia w ciągłym zagrożeniu ze strony wulkanu? – Zapytałem wiozącego nas taksówkarza.
Świątynia na wyspie Serangan - Bali

 

– Tak się składa, że jestem hinduistą i według tego co mówi moja religia powinienem być wdzięczny za to co daje nam wulkan. To dzięki niemu pola ryżowe są żyzne, a wyspa wystarczająco wysoka żeby łapać życiodajne deszcze. Góra musi czasem wybuchnąć, byśmy mogli dobrze żyć. Jeżeli przy tym dokona jakichś zniszczeń, to i tak są one niczym w stosunku do łaski jaką obdarzają nas hojni bogowie. Nie mamy się czego obawiać. Taka jest po prostu kolej rzeczy na tym świecie i musimy ją zaakceptować.
Rybacka rodzina na wyspie Serangan - Bali

 

Kilka dni po pośpiesznym opuszczeniu Bali otrzymaliśmy wiadomość od Henia. Wulkan uaktywnił się ze zdwojoną siłą, a na wyspie trwała ewakuacja pięćdziesięciu tysięcy turystów.
Łodzie rybackie w zatoce Serangan na Bali 2

 

Półkulę południową opuściliśmy dokładnie w czasie, kiedy pierwszy w tym sezonie poważny niż tropikalny wyruszył w stronę Australii, zahaczając nas swoim ogonem. Załapaliśmy się na silne wiatry, ale byliśmy już poza główną drogą potencjalnego cyklonu.
Po przekroczeniu równika trafiliśmy jednak na końcówkę sezonu cyklonów półkuli północnej. Monsun północno-wschodni, który powinien wiać od dwóch tygodni opóźniał się, a jego miejsce zajęły tworzące się spontanicznie małe niże, z których mogło powstać coś paskudnego. Wbrew całkiem niezłym prognozom pogody przesyłanym nam przez rodzinę i przyjaciół, jeden z takich niżów błyskawicznie zamienił się w depresję tropikalną, która zaczęła nas nękać niespodziewanymi nocnymi szkwałami o sile do 9 stopni w skali Beauforta. Zmęczone wieloma miesiącami żeglowania w pasatach żagle zaczęły na się pruć na spalonych słońcem szwach. Przez cztery kolejne doby, gdy niż zmienił się w sztorm tropikalny, sztormowaliśmy na wiatr na małym foku i wielokrotnie łatanym, maksymalnie zarefowanym grocie. Ostatecznie sztorm tropikalny odszedł dalej na północ, gdzie zmienił się w huragan i uderzył na Indie. Wiatr w naszym rejonie osłabł, a my bujaliśmy się jak korek od szampana na wciąż rozhuśtanym Oceanie. Genua i grot leżały podarte na pokładzie. Przez cztery kolejne doby szyliśmy żagle, niezbędne do pokonania ostatnich dwustu mil dzielących nas od bezpiecznego portu, nieopodal którego działa największa na świecie żaglownia…

 

 

 

Sputnik III na Oceanie IndyjskimOstatecznie po naprawieniu głównego żagla i wspomaganiu się silnikiem dotarliśmy do Galle, zaledwie kilkanaście godzin po tym, jak nasz przyjaciel Leszek wylądował na Sri Lance, by zastąpić Karolinę i Bruno wracających do Polski. Ocean Indyjski postanowił pokazać nam kły i nie przepuszczać nas bez zdania żeglarskiego egzaminu, który okazał się najtrudniejszym ze wszystkich, do których do tej pory podchodziliśmy. Przed nami kilka tygodni zasłużonego odpoczynku i lizania ran przed kolejnym długim przelotem na Morze Śródziemne.

Partnerem rejsu „Sputnikiem dookoła Ziemi” jest Marina Kamień Pomorski. Rejs wspierają: Rodzina, Heniu, Sail Service, Crewsaver, Eljacht, Henri Lloyd, Elena – Kolagenum, Lyofood, Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego, Jacht Klub Kamień Pomorski i Miesięcznik Żagle.

Tekst: Mateusz Stodulski

Zdjęcia: Sputnik Team

Galle, Sri Lanka, 09.12.2017 r.

Powrót

Partnerzy

SailBookArnia Rumszewicz Sailing International Moth Milka Jung Morka Pogodynka.pl Aero Vaerft Arek Rejs Photography Dinghy Atlantic CSB Eco Marine Power ServiolaBcn Krzysztof Baranowski AlmaPress Marynistyka Morskie Widziadła - Elba, Korsyka, Sardynia – rejs gentelmenów Tour de Fun Selden Mast ZOZŻ WakeShock Biszcza WFoil Group Zew Oceanu Bliski Caraibic My Sailing PG Smoki Północy Dansk Sejlunion Porty 24 SOLOVELA.NET POZMiW Marine Insight SailForum Team Klimatyzacja Karol Jabłoński Pod Omegą Studio Borlenghi Ocean TEAM Jachtklub Elbląg Sunreef Yachts Henri Lloyd Ocean Sails Warmia i Mazury PSKite Navslide Mazurscy Sternicy Navicula SSI Jerzy Kuliński Polacy Dookoła Świata SSPW Polskie Stowarzyszenie Klasy 505 Polski Klub Morski Navinord Baatsans.no ODYSEA Władka Wagnera Puchar Polski Jachtów Kabinowych Jacht Film BRJ Design WaveINN Krzysztof Baranowski Oficyna Morska
FB
Rejsy
Twitter
powrót