Sputnikiem dookoła Ziemi – Katiu

 

Daniel na pace ciężarówki

– I to jest właśnie życie! Czyż nie jest cudownie?! – Roześmiany Daniel przekrzykiwał szum gorącego wiatru i opon na pace ciężarówki pędzącej po jedynej na Katiu drodze biegnącej skrajem rafy. Dzieliliśmy się zawartością ostatniego kokosa z rumem, który Daniel zabrał z plaży po zakończonym pikniku. Słona bryza o zapachu jodu i spalonej słońcem roślinności rozwiewała jego długie, siwe włosy.
Wymieniliśmy z Karoliną spojrzenia i wiedzieliśmy, że to jest właśnie ta chwila. Jedna z tych, które naznaczają nasze życia na zawsze i które utrwalą się w pamięci wyraźnie niczym kadr z filmu, wzbogacony o każde wrażenie jakie wszystkie nasze zmysły potrafiły w tym jednym momencie wyłapać.
– Musicie tu wrócić! – Krzyczał – Mój dom będzie na was czekał!
Oczywiście, że musimy tam wrócić. Nie mieliśmy i nie mamy co do tego cienia wątpliwości. Do Ciebie Danielu, Jean Marie, Michel i do was wszystkich, których imion nie mogliśmy spamiętać, a którzy okazaliście się dla nas serdeczni i wspaniałomyślni jak nasi najbliżsi, dawno nie widziani przyjaciele.Mapa archipelagu TuamotuTuamotu. Archipelag, który trudno znaleźć na globusie, czy papierowej mapie świata i łatwo przeoczyć na Google Map, jeżeli nie ustawi się odpowiedniej skali powiększenia. Tak się sprawy mają, kiedy podróżuje się palcem po mapie w domowym zaciszu. Zupełnie inaczej wygląda to z punktu widzenia kapitana statku lub jachtu, który przemierza południowy Pacyfik z Markizów w kierunku Tahiti. Każdy skipper żeglujący na tej trasie musi sobie zadać pytanie jak przeprawić się przez tą ciągnącą się prawie tysiąc mil barierę koralowych atoli i wysepek, która leży w poprzek planowanej trasy? Tysiąc mil! To więcej niż długość całego Bałtyku! Jakim więc cudem tak wielki archipelag, składający się z ponad siedemdziesięciu atoli jest tak mało znany i pozostaje tak trudny do wykrycia? Kluczowe jest tu zrozumienie tego czym są atole i jak prezentują się na mapie. Wyobraźmy sobie dwa rodzaje wysp. Jedne z nich to monety rożnych nominałów (normalne wyspy), a drugie to obrączki ślubne przeciętnych rozmiarów (atole). Jednych i drugich jest siedemdziesiąt kilka. Teraz z dwóch balkonów znajdujących się na pierwszym piętrze rozsypmy oba rodzaje wysp na chodnik poniżej i spróbujmy się im przyjrzeć lub jeszcze lepiej – policzyć. Ktoś o dobrym wzroku powinien poradzić sobie z monetami, ale przy obrączkach może dostać lekkiego oczopląsu. Dla utrudnienia wejdźmy wyżej. Na przykład na trzecie piętro. O ile z liczeniem będzie już problem, o tyle monety uda się jeszcze dostrzec, natomiast obrączki mogą pozostać niezauważalne. Albo podczas naszej wycieczki na trzecie piętro ktoś zdążył je zwinąć, albo nasz wzrok nie jest tak dobry jak nam się wydawało.Domek na lagunie atolu KatiuTak właśnie postrzegamy na mapie wypełnione lazurową wodą koralowe obręcze atoli. Stojący na wachcie żeglarz zbliżający się do Tuamotu ma jednak jeszcze jeden problem. O ile nie wypił za dużo rumu i zna podstawy nawigacji, powinien zdawać sobie sprawę z tego, że znajduje się już blisko lądu, jednak tym razem musi dobrze wpatrywać się w horyzont by przypadkiem w niego nie wjechać. W przeciwieństwie do wysokich, wulkanicznych wysp, które można zaoczyć już z odległości pięćdziesięciu mil, wystające kilka metrów ponad poziom morza atole widać często dopiero z odległości kilku mil, i to pod warunkiem, że rosną na nich palmy, a widoczność jest przyzwoita. Zachodnia strona atoli, będąca często gołym koralem znajdującym się na poziomie morza, bywa czasem widoczna dopiero z odległości kilkuset metrów! Nie próbuję tu nawet zastanawiać się nad obserwacją nocną, bo w tym przypadku tylko huk fal mógłby powiadomić żeglarza o nieuchronnej katastrofie.Nawietrzny brzeg atolu KatiuTrzeba jeszcze wspomnieć o występujących w rejonie archipelagu silnych i trudnych do określenia prądach morskich, które dodatkowo komplikują tradycyjną nawigację.
Nic więc dziwnego, że nawę Tuamotu tłumaczy się jako „archipelag niebezpieczny” lub „zabójcze wysepki” i do czasu wynalezienia i udoskonalenia GPS wielu żeglarzy omijało ten archipelag szerokim łukiem. W używanych w jachtingu przewodnikach wydanych kilka lat temu wciąż pojawiają się ostrzeżenia o znacznych niedokładnościach elektronicznych map (nawet do czterech mil!) i konieczności używania radaru przy żegludze nocnej pomiędzy atolami.
Ale dosyć tego straszenia! Mamy rok 2017 i jacht wyposażony w kilka najnowocześniejszych GPS-ów z aktualnymi mapami, które mogą być trochę niedokładne, ale przecież nie będziemy wchodzić do atoli w nocy. Nawigacja elektroniczna pozwoli nam łatwo uporać się z prądami, a nocna żegluga pomiędzy atolami wcale nie będzie od nas wymagała używania radaru (nie mamy radaru) bo odległości między rafami na naszej trasie sięgają dziesięciu mil, więc idąc środkiem mamy z obu burt wystarczający margines bezpieczeństwa. Przy posiadanej technologii możemy śmiało przeciąć Tuamotu w dowolnym miejscu i o dowolnej porze.
Osobnym problemem jest próba wejścia do któregoś z atoli. Tutaj trzeba polegać nie tylko na aktualnych mapach, ale przede wszystkim na obserwacji dna, morza i znaków nawigacyjnych, której nie zastąpi żaden gadżet. Trzeba też obliczyć czas dotarcia do atolu, by wykorzystać najlepsze światło i trafić na moment, w którym prąd w przejściu przez rafę zanika, lub przybiera korzystny dla nas kierunek.

O Katiu dowiedzieliśmy się od polskiej załogi jachtu Indra, która żeglowała tędy w ubiegłym roku i poleciła nam to miejsce.
„Daniel z Katiu mieszka przy głównej ulicy, po prawej stronie, jakieś 500m od kei miejskiej, gdzie z resztą możecie zacumować. Statek z dostawą zapływa tam raz na 3 miesiące. Fota w załączniku, Daniel – drugi od prawej w razie wątpliwości. Jeśli uda Wam się dostarczyć mu od nas wino pozdrówcie go gorąco.” – pisał w mailu Huzar z Indry.
Mieliśmy czas by zatrzymać się tylko w jednym z wielu atoli i ten zdawał się spełniać wszystkie nasze wymagania. Nie pisali o nim w turystycznych przewodnikach, posiadał stosunkowo łatwe wejście i nie wymagał nadkładania drogi.
– Za cholerę nie wiem która godzina będzie najlepsza do wejścia do atolu. – Zwierzyłem się Karolinie dzień przed dotarciem na miejsce. – Czas wyliczony według locji brytyjskiej admiralicji różni się od tego liczonego według amerykańskich „Sailing Directions”. Obie kalkulacje opierają się o te same godziny wschodu i zachodu księżyca ale dają mi inne wyniki. To jakaś czarna magia. Najlepiej będzie jak dopłyniemy tam o świcie i poczekamy w dryfie, obserwując wodę w przejściu.
Sputnik III przy kei na KatiuOd ósmej rano krążyliśmy nieopodal głównego nurtu rwącej rzeki opuszczającej atol przy odpływie. Minęło kilka godzin i według wszelkich rachunków prąd powinien się uspokoić i zmienić kierunek, ale zdawał się tylko nieznacznie słabnąć. Ostatecznie zdecydowaliśmy się dać całą naprzód i spróbować wejścia pod prąd. Nasza prędkość spadała momentami poniżej pół węzła. Wśród huku łamiących się fal mijaliśmy znajdujące się parę metrów od burt szczerzące kły rafy, ale po kilku stresujących minutach znaleźliśmy się na stojącej wodzie i podaliśmy cumy czekającym na kei ciekawskim pomocnikom. Zaraz po zacumowaniu i wymianie serdeczności z obecnymi na nabrzeżu mieszkańcami udaliśmy się na odprężający rekonesans. Musieliśmy upuścić nieco pary, która nazbierała się w nas podczas ostatnich manewrów.
Wejście do atolu Katiu– Witamy na Katiu! – Zawołał ktoś przez płot uśmiechając się szeroko – Mam na imię Jean Marie i chciałbym wam podarować kokosy do picia z mojego ogrodu. Wpadnijcie jutro, to je dla was przygotuję. Skąd przybywacie?
– Jesteśmy z Polski, kawałek drogi stąd. Chętnie wpadniemy. Wielkie dzięki za propozycję!
– Tylko koniecznie przyjdźcie, będę na was czekał!
Podczas krótkiego spaceru wymienialiśmy kolejne serdeczności ze spotykanymi mieszkańcami miasteczka. Po drodze odnaleźliśmy dom Daniela, osoby kontaktowej polecanej nam przez załogę Indry, ale nie zastaliśmy go na miejscu.
– Ojciec jest teraz w swoim ogrodzie ale pewnie i tak sam was znajdzie. – Poinformował uprzejmie syn Daniela.
– Świetnie, bardzo chciałbym mu przekazać pozdrowienia i mały prezent od zaprzyjaźnionych polskich żeglarzy. Do zobaczenia!
Kościół na KatiuPo powrocie na jacht kontynuowaliśmy radosne powitania z zainteresowaną lokalną społecznością i żołnierzami wydelegowanymi tu z Tahiti w celach porządkowych. Przy okazji rozdaliśmy większą część przywiezionych z Markizów bananów, które na tutejszym koralowym podłożu nie dają obfitych plonów i stanowią przedmiot pożądania.
– Cały atol już o was mówi. Jeszcze nigdy nie przypłynęła tu rodzina z małym dzieckiem. Wszyscy są was ciekawi i jesteście tu bardzo mile widziani. Cieszymy się, że wybraliście właśnie Katiu. – Poinformowała nas jedna z kobiet ćwiczących na nabrzeżu taniec przed zbliżającym się świętem.
– To nam jest niezmiernie miło, że tak nas witacie. Wiele jachtów tu przypływa?
– O tak! W tym roku było już… niech policzę… sześć, sześć jachtów!
– To w takim razie turystyka tu raczej nie dociera?
– Nie, nie ma tu żadnego hotelu ani pensjonatu. Jest lotnisko ale przylatują tu tylko nasze rodziny, które pracują lub uczą się na Tahiti. Na Katiu praca jest tylko w administracji, przy produkcji kopry, na fermie pereł lub w rybołówstwie.
– Kiedyś czytałem w internecie, że macie tu hodowle pereł. Myślisz, że dałoby się zwiedzić jedną z nich?
– Och… w tej chwili została tylko jedna, ale za to największa. Wszystkie małe zbankrutowały. Trzeba by było się skontaktować z Michel. On jest jej właścicielem ale to bardzo dobry człowiek i myślę, że chętnie was oprowadzi. Może nawet po was przypłynie bo ferma jest na drugim końcu atolu. Dajcie mi chwilę, spróbuję dostać jego numer.
Próba kontaktu z właścicielem hodowli okazała się jednak skomplikowana. Żaden ze zdobytych numerów telefonów nie odpowiadał. Zostawiliśmy bieg sprawy własnym torom i skoncentrowałem się na rozmowach ze zgromadzonym komitetem powitalnym, a Karolina i Bruno dołączyli do kobiet ćwiczących taniec.
Zachód słońca na KatiuPo chwili na swoim rowerze przyjechał Jean Marie poznany podczas spaceru.
– Mam dla was te młode kokosy. Obrane, gotowe do picia. Mieliście wpaść jutro ale okazało się, że będę musiał płynąć do pracy przy koprze. A teraz wybaczcie, umówiłem się ze znajomymi na piwko. Będziemy tu obok na kei, jeśli chcecie to możecie do nas dołączyć.
Po chwili siedzieliśmy razem na rozgrzanym betonie. Podziwialiśmy zachód słońca i zmieniającą kolory rafę, a z odtwarzacza zamontowanego na rowerze Jean Marie dochodziły dochodziły do nas hity Dire Straits przeplatane lokalnymi szlagierami granymi na ukulele.
– Jean Marie, grasz na ukulele?
– Tak, tutaj każdy gra na ukulele. Coś bym wam zagrał ale skończyły mi się struny…
Po chwili przyniosłem z jachtu własny instrument i butelkę brandy.
– Bardzo fajne ukulele! – Komplementował Jean Marie i za chwilę całe towarzystwo śpiewało wesołe Tahitańskie piosenki. Jak się później okazało, kilka z nich to własne kawałki Jean Marie, który jest też świetnym gitarzystą.
– Powiedz mi Jean Marie jak ci się tu żyje? – Wtrąciłem w przerwie między piosenkami.
– Tak jak widzisz. Gram na ukulele, czasem pracuję przy koprze żeby zarobić na piwo i poluję na ryby albo muszle żeby mieć co jeść. Tutaj życie jest proste i niczego mi nie brakuje.
– Widziałem że na tutejszej rafie żyją te wielkie muszle zwane pahua. Nigdy ich nie jadłem. Są smaczne?
– Bardzo smaczne. Jak chcesz, to możemy pojutrze rano wybrać się na podwodne polowanie. Pokażę ci jak się je zbiera. Możesz spróbować sam, ale najlepsze miejsce jest tuż obok wyjścia z laguny a tam są bardzo silne prądy. Lepiej jak popłyniesz ze mną. Znam najlepszą drogę.
Pułapka na ryby na KatiuPóźno w nocy zmęczone zabawą towarzystwo rozeszło się do domów, ale Karolina i ja nie mogliśmy przestać wpatrywać się w rosnącą przy samej kei rafę koralową, która jarzyła się zaskakująco mocnym, własnym blaskiem. Mimo prawie dwóch lat spędzonych w tropikach nigdy wcześniej nie zaobserwowaliśmy tego zjawiska. Każdy gatunek korala czy ukwiału emanował innym odcieniem zieleni, co dawało efekt fluorescencyjnej mozaiki, rozpościerającej się u naszych stóp i ginącej gdzieś daleko w głębi laguny. Niewątpliwie znaleźliśmy się w miejscu magicznym.

O świcie usłyszałem silnik motorówki dobijającej do kei tuż obok Sputnika III. Wysiadł z niej uśmiechnięty gentleman w szortach, kapeluszu i markowych okularach o niewątpliwej posturze prezesa. Pierwsze kroki skierował w moją stronę w celu przywitania niespodziewanego gościa.
– Pan Michel jak się domyślam! – Przejąłem inicjatywę.
– Tak, skąd wiedziałeś?
– Chcieliśmy zwiedzić fermę pereł i siłą rzeczy dowiedziałem się o tobie. Mam na imię Mateusz a to moja rodzina, Karolina i Bruno. Miło nam cię poznać.
– Właśnie chciałem wam zaproponować wycieczkę więc świetnie się składa. Co powiecie na godzinę dwunastą? Wcześniej obiecałem żołnierzom, że ich oprowadzę. Będziecie następni.
– Wspaniale! Zatem do zobaczenia w południe.
Chwilę po tym jak Michel odpłynął z żołnierzami, kolejny gość podszedł do jachtu.
– A ty na pewno jesteś Daniel! – Zawołałem rozpoznając mężczyznę ze zdjęcia przesłanego przez Huzara. – Zapraszam na pokład, mam dla ciebie gorące pozdrowienia i butelkę brandy. Miało być wino, ale niestety wyparowało… Kawa czy herbata?
– Poproszę kawę. Chciałbym was zaprosić do siebie na kolację. – Od razu zaproponował uśmiechnięty pan po sześćdziesiątce, dolewając sobie do kawy kapkę brandy z otrzymanej butelki.
– Z wielką przyjemnością. W południe popłyniemy tylko zwiedzić fermę pereł i poza tym jesteśmy do dyspozycji.
– Michel to mój przyjaciel, bardzo chętnie popłynę tam z wami. Na pewno będzie wesoło!
W drodze na fermę pereł na KatiuSzybka motorówka Michel pruła lazurową wodę laguny wioząc nas na fermę znajdującą się dobre trzy mile od miasteczka. Cieszyliśmy się szybką jazdą, a Bruno zasłaniał oczy i buzię rączkami, zaskoczony owiewającym go pędem powietrza.
– Michel, wziąłem za sobą aparat. Nie masz nic przeciwko temu, żebym zrobił kilka zdjęć? – Przekrzykiwałem wiatr i ryczący silnik motorówki.
– Nie…! To już nie jest żadna tajemnica! Kiedyś Japończycy obcięliby ci za to głowę, ale od lat siedemdziesiątych technologia hodowli pereł jest wykorzystywana na skalę przemysłową i nie mamy tu już niczego do ukrycia! – Wołał Michel. – Spójrz tam na prawo! Widzisz te boje? To kilka hektarów laguny z których rocznie uzyskujemy setki tysięcy pereł! Cała zagospodarowana powierzchnia jest dokładnie oznakowana i kontrolowana przez rząd z powietrza i z morza. Czasem robią zdjęcia lotnicze, a czasem inspektor przypływa tu motorówką. Zbierają dane do celów podatkowych!
Boje na fermie pereł na KatiuDobiliśmy do małego betonowego nabrzeża na którym piętrzyły się stosy boi i plastikowych klatek na muszle. Gospodarz zaprosił nas do małej altanki gdzie w cieniu mogliśmy spokojnie porozmawiać przy zimnym piwie, które natychmiast pojawiło się na stole.
Ferma pereł na Katiu– Wygląda na to Michel, że jesteś królem tej wyspy! – Zażartowałem, wywołując śmiech u wszystkich obecnych.
– Szczerze mówiąc jesteś blisko. – Odpowiedział rozbawiony. – Prowadzę tu największe przedsiębiorstwo, a jest to tylko jedna z moich czterech dużych ferm, które mam na innych atolach. Ta na Raroia jest największa i najlepsza. W swoim czasie byłem burmistrzem i nawet zasiadałem w parlamencie. Do tej pory dzwonią do mnie z różnych wysp, żebym został ich gospodarzem, bo wiedzą, że tam gdzie się pojawię zabieram ze sobą swoje kontakty i oczywiście pieniądze. Na Katiu wybudowałem dla mieszkańców cały urząd gminy wraz z zapleczem i załatwiłem wiele innych ważnych spraw, ale w tej chwili już się w to nie bawię. Przekonałem się, że to najlepszy sposób by stracić przyjaciół i narobić sobie wrogów.
– W takim razie jesteś przynajmniej najlepszym ambasadorem Katiu. Opiekując się takimi przybyszami jak my robisz tu lepszą robotę niż ministerstwo turystyki ze wszystkimi jej urzędami razem wzięte.
– Mam tego świadomość. Wierzę w to co robię i zależy mi na tym, żeby nasi goście byli tu dobrze przyjęci i odpowiednio poinformowani.
– Czy twoja ferma jest głównym miejscem pracy dla mieszkańców?
– Niestety nie. Zatrudniam tu co prawda kilkadziesiąt osób, ale tylko kilka z nich jest z Katiu. Reszta to ludzie z innych atoli a nawet z Markizów i innych archipelagów. Są też oczywiście Chińczycy. To głównie oni zajmują się graftingiem, czyli umieszczaniem w ostrygach materiału, z którego powstaje perła. Są w tym najlepsi i najszybsi, a wykształcenie najlepszych trwa nawet do pięciu lat. Zatrudniając Chińczyków nie muszę się martwić o ich wykształcenie.
– Ale czemu tak niewielu pracowników pochodzi z Katiu?
– To osobna historia… Jest sporo pracy, którą mogliby wykonywać, ale wielokrotnie miałem z nimi problemy. To wspaniali ludzie, w większości przyjaciele, ale wielu woli się bawić niż pracować. Trudno jest wyegzekwować dyscyplinę, a ja nie mogę planować pracy w oparciu o harmonogram czyjegoś kaca.
– Od dawna się zajmujesz tym biznesem?
– Od lat siedemdziesiątych. Jeszcze wcześniej mój ojciec zajmował się skupowaniem dzikich ostryg od poławiaczy, ale większość z nich przerabiano wtedy na guziki z masy perłowej, bo prawdopodobieństwo trafienia na dziką perłę było jak jeden do piętnastu tysięcy. Kiedy pierwsze fermy na Polinezji odniosły sukces, postanowiłem wejść w ten interes. Na atolach możesz produkować tylko koprę albo perły. Nie było się nad czym zastanawiać. Razem z żoną wiele lat pracowaliśmy własnymi rękami by dojść do tego co teraz mamy. Niedługo nasze dzieci przejmą interes, a my będziemy wreszcie mogli więcej podróżować i cieszyć się życiem.
– Trudno zorganizować taką fermę jak twoja?
– Bardzo trudno. Dlatego tak wielu próbowało, a tak niewielu zostało w biznesie. Musisz sobie zdawać sprawę z tego, że wymaga to ogromnej pracy i dyscypliny. Zwłaszcza finansowej. Sporo trzeba zainwestować by wystartować, a pierwsze plony zbiera się dopiero po pięciu latach i to pod warunkiem, że wszystko poszło sprawnie. Wiele może się wydarzyć przez te pięć lat. Ostrygi trzeba cały czas pielęgnować, czyścić, pilnować by nie zniszczyły ich żółwie i ryby. Czasem zdarzają się choroby, a czasem huragany. Na koniec nie wszystkie uzyskane perły mają wystarczająco dobrą jakość. To dobry interes, ale nie każdy jest wstanie go udźwignąć.
– A jak radzisz sobie z konkurencją?
– Konkurencja to niewielki problem. Jeżeli masz dobre perły, to zawsze dostaniesz za nie odpowiednią cenę. Moja firma jest w tej chwili trzecia na Polinezji. Przede mną jest jeden hodowca, trochę większy od nas, ale przed nim jest już tylko… Cesarz Pereł. To już zupełnie inna skala.
No dobrze, przejdźmy dalej do fermy, pokażę wam jak wygląda cały proces.
Przemaszerowaliśmy przez plac zastawiony sprzętem i doszliśmy do krytego blachą baraku i wiaty, gdzie odbywały się kluczowe etapy hodowli.
Ostrygi gotowe do graftingu– Wszystko zaczyna się od złapania larw czarnej ostrygi. – Kontynuował Michel po drodze. – Używamy do tego długich lin owiniętych paskami plastikowej folii, które rozwieszamy pod wodą wokół całej hodowli. Młode larwy przyczepiają się do tych lin i zamieniają się w ostrygi. Niedługo potem młode ostrygi zdejmujemy z lin i wkładamy do plastikowych klatek, które chronią je przed drapieżnikami.
Przeszliśmy pod wiatę, gdzie kilka osób otwierało klatki świeżo przywiezione z laguny.
– Prawie trzy długie lata musimy czekać, zanim ostrygi urosną do rozmiaru 10-12 centymetrów, który pozwala na wykonanie graftingu. Niektóre z nich nie przetrwają do tego czasu.
Otwieranie ostryg przed graftingiemKolejni pracownicy za pomocą specjalnych narzędzi rozchylali nieco muszle ostryg i zabezpieczali je przed zamknięciem połówkami zwykłych klamerek.
– Teraz podejdźmy do stanowisk przy wykonuje się grafting.
Grafting czarnej ostrygiWzdłuż ściany, tyłem do okien ustawione były cztery zabudowane biurka, przy których w pełnym skupieniu pracowali Chińczycy dokonujący kluczowej operacji na ostrygach.
Grafting - jądro wkładane do ostrygi– Jak widzicie nasz specjalista umieszcza ostrygę w specjalnym uchwycie, za pomocą szczypiec reguluje rozchylenie muszli, zagląda do środka oceniając przydatność ostrygi – nie każda się nadaje – następnie nacina ślimaka w odpowiednim miejscu i wkłada do środka odpowiedniego rozmiaru jądro, które po dwóch latach obrośnie masą perłową i zamieni się w perłę.
Michel podniósł z wiadra jedną połówkę martwej ostrygi.
– Widzicie to zewnętrzne obramowanie masy perłowej na muszli? To właśnie jego kolor odpowiada za odcień perły. Przed graftingiem bardzo ważne jest, żeby jądro obtoczyć w odrobinie startej masy perłowej, zdjętej z żywej ostrygi. Bez tego jądro się nie przyjmie. Ważny jest też antybiotyk, który grafter umieszcza wraz z jądrem. To zwiększa powodzenie całej operacji.
Jądra gotowe do graftingu– A z czego wykonane jest samo jądro? – Zapytałem.
– Jądro wykonuje się z muszli ostrygi. Najlepiej żeby była to ostryga tego samego gatunku, która będzie wytwarzała perłę. Problem polega na tym, że czarna ostryga ma cienką muszlę i trudno z niej wyciąć odpowiednio duże jądro. Te jądra, których obecnie używamy są wykonane z muszli amerykańskiej ostrygi żyjącej w Missisipi. Ważne, żeby gęstość muszli była zbliżona. Można byłoby też użyć muszle żyjącej tutaj pahuy, ale dla przemysłu najwygodniejsza jest ostryga z Missisipi. Te jądra wydają się żółte, ale tak naprawdę są białe. Wystarczy potrzeć je w wodzie i od razu zrobią się białe.
– Ile ostryg jest w stanie zoperować jeden specjalista w ciągu dnia?
– Wyszkolony Chińczyk może przerobić około czterystu sztuk dziennie. Szkolimy też lokalnych specjalistów, ale ich wydajność nie jest tak wysoka.
Przewiercanie muszli po graftinguPrzeszliśmy z powrotem pod wiatę do kolejnych stanowisk.
– Po wykonanym graftingu kolejna osoba przewierca muszle w bezpiecznym miejscu i przez powstały otwór przewleka kawałek mocnej żyłki.
Ostrygi po graftingu gotowe do powieszenia w klatceNastępni pracownicy przywiązują ostrygi do plastikowych klatek, które będą je chronić przez następne dwa lata, do czasu zbiorów.
Klatki są potem wywożone łodzią na lagunę i podwieszane na bojach na głębokości około siedmiu metrów. Niestety nie zobaczycie dzisiaj zbiorów, bo wykonywaliśmy je w ubiegłym tygodniu…
– Jak wiele ostryg, spośród tych z wszczepionym jądrem wytworzy udane perły?

– Dobre pytanie. Każdy sezon zbiorów jest inny i nigdy nie ma gwarancji sukcesu, ale zazwyczaj na tysiąc zaszczepionych ostryg trzysta odrzuci jądro, dwieście w ogóle nie przetrwa, a pięćset wytworzy Klatki z ostrygami wywożone na lagunęperły. Spośród tych pięciuset pereł, tylko połowa będzie miała wartość handlową i wśród nich znajdziemy może dwadzieścia, które będzie można uznać za klejnoty najwyższej jakości.
– A co dzieje się z ostrygą po wyjęciu z niej perły?
– Sam moment wyjmowania perły jest tutaj decydujący i odbywa się pod okiem naszych najlepszych grafterów, bo jeżeli ostryga wytworzyła dobrą perłę, to nasz fachowiec będzie próbował umieścić w niej kolejne, większe jądro dopasowane do rozmiaru muszli. Dobra ostryga może w swoim życiu wytworzyć aż trzy kolejne perły, przy czym każda kolejna jest większa od poprzedniej. Natomiast jeżeli ostryga nie nadaje się do dalszej hodowli, to jest przeznaczona do zjedzenia. Perłopławy mają naprawdę pyszne mięso!
Wyszliśmy spod wiaty i podeszliśmy do wielkiego stosu pustych ostryg.
Stos muszli po zakończonej hodowli pereł– Ostatecznie zostaje nam cała góra muszli, na które też znajdą się nabywcy. Przerobią je na wszelkiego rodzaju ozdoby. Będą z tego guziki, wachlarze, wisiorki, broszki i diabli wiedzą co jeszcze.
A teraz zapraszam do mojego domu. Zobaczycie efekt zeszłotygodniowych zbiorów. W sumie macie trochę szczęścia, bo miałem to dzisiaj zawieźć na Tahiti, ale zmieniłem plany.
Michel i walizka perełWeszliśmy do skromnego parterowego domu i Michel wyciągnął spod stołu zwykłą torbę podróżną pełną pereł różnych rozmiarów.
– Proszę bardzo. To efekt naszej ciężkiej pracy. Nawet ich nie wyceniałem. Mam na Tahiti odbiorcę, któremu zawożę perły. On ufa mi, a ja jemu. Kiedyś sam jeździłem po świecie, żeby zdobyć markę i klientów, ale teraz każdy wie, że moje perły są świetnej jakości i nie muszę już troszczyć się o ceny.
– Mogę wziąć do ręki jeden taki woreczek? – Zapytała Karolina.
– Oczywiście, nie krępuj się.
– O kurcze ale to ciężkie! Nie sądziłam że perły ważą aż tyle!
Karolina i perły z Katiu– Tak, są dosyć ciężkie. Zobacz na jej minę! – Zawołał do mnie Michel. – Kobiety kochają perły! To jedno z niezmiennych praw fizyki! A teraz zapraszam na lunch, moja żona Mélanie przygotowała coś dla nas.
Przy doskonałym posiłku gawędziliśmy o naszych podróżach. Polecaliśmy Michel i Mélanie sprawdzone przez nas miejsca. Zachęcaliśmy do wizyty w Skandynawii, Polsce i Grecji, natomiast Michel gorąco polecał nam jego ulubioną Japonię.
Chwaliliśmy świetną kuchnię Mélanie.
Obiad w domu Michel– Nie ma się czym ekscytować. – Odpowiadała gospodyni. – Dzisiaj wieczorem będziemy z wami na kolacji u Daniela i gwarantuję wam, że jest to najlepszy kucharz na Tuamotu.
– Po prostu bardzo lubię gotować… – Uśmiechnięty Daniel skromnie skomentował komplement.
– Był szefem kuchni mesy oficerskiej na Hao, gdzie stacjonowali specjaliści przeprowadzający próby nuklearne na Mururoa. – Dodał Michel. – O jego jedzeniu do tej pory krążą legendy.
Wieczorna kolacja przygotowana przez Daniela rzeczywiście nie miała sobie równych. Głównym przysmakiem było surowe mięso czarnej ostrygi w mleku kokosowym doprawionym zieleniną i curry.
Koncert na sześć ukulele przy Sputniku IIIPo posiłku towarzystwo szybko przeniosło się pod Sputnika III, gdzie pracownicy i przyjaciele Michel przygotowali koncert na 6 ukulele i kilka zestawów łyżek obiadowych, pełniących rolę instrumentów perkusyjnych. Król wyspy jak zwykle zapewniał niekończące się źródło piwa i wina. Takiej imprezy nie widzieliśmy od czasu pożegnalnego party u Zubowicza, zorganizowanego przez naszych kamieńskich przyjaciół przed wyruszeniem Sputnika II z Mariny Kamień Pomorski.

Wcześnie rano odwiedził nas lekko zmęczony wieczornym graniem Jean Marie. – Bierz maskę i płetwy, ruszamy na polowanie!
Razem z synem i przyjacielem Jean Marie wystartowaliśmy z plaży znajdującej się w środku miasteczka, ciągnąc za sobą pływającą skrzynkę na muszle i znajdującą się na niej całą baterię płaskich wkrętaków. Początkowo musieliśmy trochę pedałować płetwami, zanim dotarliśmy do najlepszej rafy koralowej. Prąd zaczynał powoli się wzmagać, ale nie na tyle, żeby przeszkadzać nam w polowaniu. Nurkowaliśmy w poszukiwaniu okazów o wielkości około dwudziestu centymetrów. Cała sztuka w łowieniu pahuy polega na tym, żeby szybko wbić śrubokręt w sam środek otwartej muszli zanim ta zdąży się zacisnąć, a następnie ruszać nim energicznie na boki by wyrwać muszlę z podłoża. Pod żadnym pozorem nie należy wkładać do muszli paluchów. Pahua ma niezwykle silny mięsień, który zamyka muszlę z ogromną siłą. Bywały przypadki, że największe sztuki, mierzące nawet około metra, zaciskały się na stopach i dłoniach nieostrożnych nurków, doprowadzając do ich utonięcia. Po prawie dwóch godzinach w podwodnym świecie nazbieraliśmy kilkadziesiąt muszli. Wystarczająco dużo na kolacje dla trzech rodzin. Mogliśmy kończyć wyprawę.
– Popłyniemy zaraz z prądem i na końcu wylądujemy przy nabrzeżu. – Instruował mnie Jean Marie. – Trzymaj się blisko mnie i płyń najszybciej jak potrafisz gdy będziemy przecinać w poprzek główne nurty prądu. W przeciwnym razie laguna wypluje cię do Pacyfiku.
Trwający kilkanaście minut ekspresowy przelot przez podwodne kaniony wspaniałej rafy koralowej, pełnej morskich stworów wszelkiej maści był jednym z moich najbardziej ekscytujących doświadczeń. Lot Supermana – byłby tu najbardziej adekwatnym porównaniem. Zmęczony i oszołomiony wdrapałem się na keję i długo nie mogłem uwierzyć w to, co przed chwilą widziałem.
Po podwodnym polowaniu z Jean Marie– Dziękuję Jean Marie! To było coś, czego absolutnie się nie spodziewałem!
– Haha, wiedziałem, że ci się spodoba. To nasz lokalny, podwodny rollercoaster.
Jędrne mięso surowej pahuy smakowało świeżym ogórkiem. Pycha!Plaża Daniela na KatiuNa kolejny dzień mieliśmy zaplanowany piknik na prywatnej plaży Daniela. Z daleka od wioski i w sąsiedztwie ogrodu, w którym mistrz kuchni sam uprawia wszystko, czego potrzebuje do swoich niezwykłych przepisów kulinarnych. Byliśmy tylko my i Daniel z synem, synową i malutką wnuczką.
Daniel i jego mistrzowskie dania– Daniel, tym razem przerosłeś samego siebie… – Zawołałem na widok przysmaków przygotowanych przez naszego gospodarza. – Nie musiałeś się aż tak wysilać, to przecież strasznie dużo pracy!
– Gotowanie to moja największa pasja i jestem szczęśliwy, kiedy mogę się nią z wami podzielić, a spędzanie czasu z wami to dla nas prawdziwa przyjemność. Cieszmy się tym pięknym dniem, jedzmy i rozmawiajmy.
Piknik z Danielem i jego rodziną na KatiuPrzez kilka godzin opowiadaliśmy o sobie i słuchaliśmy historii rodzinnych Daniela. Podziwialiśmy rosnący na koralowym podłożu ogród i zwiedzaliśmy oba domy gospodarza.
– W tym czasem mieszkam, a drugi stoi pusty. Trzeba w nim trochę posprzątać, ale jeśli tylko chcecie, możecie się tu wprowadzić. Choćby od dzisiaj! Jestem właścicielem połowy tego atolu i ziemi na kilku innych. Miejsca starczy dla wszystkich.
Takiego obrotu sprawy zupełnie się nie spodziewaliśmy i prawie odebrało nam mowę. Ten niezwykły człowiek naprawdę nie żartował.
– Wspaniała propozycja Danielu, ale nie możemy tu zostać dłużej. Muszę pracować, żeby żyć a tutaj nie ma dla mnie pracy. Strasznie żałujemy, ale musimy płynąć dalej.
– Zawsze mógłbyś budować motorówki, o których rozmawialiście z moim synem. On chętnie zainwestuje we wszystkie materiały, musiałbyś tylko dopilnować technologii. Jacht możecie postawić na boi w lagunie zaraz koło mojej plaży. Przemyślcie to. Moja propozycja zawsze będzie otwarta. Możecie wrócić do Europy i przypłynąć tu znowu za kilka lat. Przywitamy was z otwartymi ramionami.Przyjaciółka Karoliny z KatiuPiątego dnia musieliśmy oddać cumy i pożegnać wszystkich wspaniałych ludzi, których poznaliśmy na Katiu.
Z samego rana zdążyliśmy jeszcze przejść śniadaniowe szkolenie w pieczeniu chleba kokosowego, którego udzieliła nam przyjaciółka Karoliny poznana podczas prób tańca.
Kawa na KatiuChwilę później piliśmy ostatnią kawę z pszczelarzem Kevinem i wesołym Jean Marie, by ostatecznie wymienić serdeczne uściski z Danielem i jego rodziną. Obwieszeni naszyjnikami z muszelek od Daniela i niezwykle hojnie obdarowani przez wszystkich naszych przyjaciół odcumowaliśmy i pozwoliliśmy silnemu prądowi wynieść nas na pełne morze. Nie obyło się bez łez wzruszenia i długo wykrzykiwanych pozdrowień. Róg mgłowy Sputnika III odpowiadał na zagłuszone hukiem przyboju pożegnania. Przez następne dni żeglugi dzielące nas od Tahiti zastanawialiśmy się czy to wszystko wydarzyło się naprawdę, czy może doświadczyliśmy zbiorowej halucynacji.
Kerły z Katiu

Partnerem rejsu „Sputnikiem dookoła Ziemi” jest Marina Kamień Pomorski. Rejs wspierają: Rodzina, Heniu, Sail Service, Crewsaver, Eljacht, Henri Lloyd, Elena – Kolagenum, Lyofood, Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego, Jacht Klub Kamień Pomorski i Miesięcznik Żagle.

 

Tekst: Mateusz Stodulski

Zdjęcia: Sputnik Team Bora Bora, 26.07.2017 r.

Powrót

Partnerzy

SSI Jerzy Kuliński Selden Mast Team Klimatyzacja Studio Borlenghi Porty 24 SSPW Navslide Baatsans.no Marynistyka PSKite ZOZŻ Bliski Caraibic Krzysztof Baranowski Pod Omegą Zew Oceanu Oficyna Morska Warmia i Mazury Pogodynka.pl Karol Jabłoński Dinghy Atlantic Dansk Sejlunion WakeShock Biszcza Tour de Fun CSB POZMiW SOLOVELA.NET AlmaPress Jachtklub Elbląg Navinord SailBookArnia Mazurscy Sternicy Arek Rejs Photography Navicula Jacht Film Polski Klub Morski Milka Jung Ocean Sails Morskie Widziadła - Elba, Korsyka, Sardynia – rejs gentelmenów WFoil Group ODYSEA Władka Wagnera Aero Vaerft Marine Insight Eco Marine Power Morka My Sailing Ocean TEAM Puchar Polski Jachtów Kabinowych Sunreef Yachts Krzysztof Baranowski Rumszewicz Sailing Polacy Dookoła Świata ServiolaBcn BRJ Design SailForum Henri Lloyd Polskie Stowarzyszenie Klasy 505 International Moth PG Smoki Północy WaveINN
FB
Rejsy
Twitter
powrót