Arek Rejs – Greckie wakacje

0
414
 

 
W maju dostałem od firmy Shark Czarter (www.czartergrecja-tytan.com) propozycję przetestowania nowego jachtu Balt 818 Tytan. Test miał się odbyć w Grecji i miał trwać 9 dni. Pozostawało ustalić termin, kupić bilety na samolot i w drogę.
Zanim ustaliliśmy termin wyjazdu, pojawiły się pierwsze wątpliwości, 818 Tytan został zaprojektowany na jeziora i małe zatoki, a tu przed nami były do pokonania odległości 20-30 km przez otwarte morze i to w terminie kiedy w Grecji pojawiają się silne wiatry Meltemi i potrafi mocno przywiać. Ostatecznie jednak dałem się przekonać, że nie będzie tak źle. Termin wyjazdu 18-26 lipca, czas rezerwować bilety.
Kupowanie biletów do Grecji na początku lipca na termin pod koniec tego miesiąca nie jest dobrym pomysłem, ceny są kosmiczne. Ostatecznie udało nam się znaleźć bezpośredni lot LOT-em z Warszawy za około 1 500 zł za osobę. Kilka dni później znaleźliśmy Lufthansę z Poznania do Aten za… 15 000 zł (tak, 15 i 3 zera, 45 tys. zł za 3 osoby w klasie ekonomicznej!). Jeżeli więc planujesz wakacyjny wyjazd do Grecji, rezerwuj lot dużo wcześniej!
W Atenach wylądowaliśmy o 3 nad ranem. Czekał na nas Andrzej, opiekun naszej wyprawy, Polak, mieszkający od 17 lat w Grecji. Pojechaliśmy prosto na łódkę. Po drodze dowiedzieliśmy się, że jedziemy do zupełnie innej mariny niż było planowane na początku. Nasi poprzednicy podróżowali z dziećmi i zrezygnowali z walki z wiatrem i falami. Zamiast dopłynąć do mariny w Lavrio, zakończyli rejs w oddalonej o około 4 godziny żeglugi Tytanem marinie Glifada, po drugiej stronie półwyspu. Co więcej, okazało się że po naszych poprzednikach pojawiły się jakieś problemy z toaletą i silnikiem i rano będziemy musieli na kilka godzin wyskoczyć do miasta, a mechanicy w tym czasie spróbują doprowadzić łódź do porządku. Dla nas była to okazja na pierwszy kontakt z grecką kuchnią i upałem.
 

 
Po długo celebrowanym śniadaniu z doskonałą mrożoną espresso pod wiatrakami z wodną mgiełką wrócilismy na jacht. Zrobiliśmy krótkie testy nowo założonej śruby, która okazała się mniej trafioną niż jej poprzedniczka i pojechaliśmy na zakupy. Andrzej doradzał co warto spróbować. Z pełnym koszem zakupów stanęliśmy do kasy, licząc na potężny rachunek. Okazało się, że zapasy żywności, wody i piwa na całe 9 dni kosztują nas 70 Euro, miła niespodzianka. Wróciliśmy na jacht, pożegnaliśmy Andrzeja i odbiliśmy od keii.
Nie popłynęliśmy daleko, bo okazało się, że nasza kotwica jest uwięziona w łańcuchu, biegnącym przez środek całego portu. Jak się później okazało, nasi poprzednicy nieświadomi, że w porcie są mooringi, mimo ostrzeżeń bosmana portu, rzucili kotwicę. Po wielu próbach wyrwania kotwicy, poddałem się i wróciliśmy do pomostu. Zmęczeni podróżą, zakupami i walką z kotwicą, zdecydowaliśmy się zostać na noc w Glifadzie, a tymczasem wyskoczyć na sąsiadującą z portem plażę.
 

 
Wieczorem odwiedził nas Andrzej, który przywiózł zmrożonego arbuza i zorganizował akcję ratowniczą kotwicy. Tego wieczoru mieliśmy też pierwsze spotkanie z grecką kolacją. Nieświadomi rozmiarów serwowanych dań, zamówiliśmy startery, sałatkę i dania główne. Już nigdy później nie popełniliśmy tego błędu. Sałatka w greckiej restauracji wystarcza, żeby najadły się nią 3 osoby! Później zamawialiśmy już tylko startery i 1 danie główne na 3 osoby. Jeżeli byliśmy bardzo głodni, dokładaliśmy do tego sałatkę. To wystarczało w zupełności. Tu zamawiając kalmary, dostaje się kalmary, a nie kilka krążków w panierce.
Następnego dnia już bez problemów z kotwicą opuściliśmy port. Pojawił się natomiast inny problem, okazało się, że zapchany jest kibel, chociaż wskaźnik nieczystości pokazuje połowę zbiornika. Za radą Andrzeja, zaczęliśmy opróżniać zbiornik. Okazało się, że był pełny, a wskazówka po prostu się zablokowała. Sraczyk wrócił do życia. Nie odpłynęliśmy daleko, kiedy nastąpił ciąg dalszy naszych przygód. Jako łódź wyjątkowo nietypowa i niespotykana na greckich wodach, zostaliśmy zatrzymani do kontroli przez grecką Coast Guard. 
 

 
Na szczęście, mieliśmy wszystkie wymagane dokumenty i uprawnienia. Za chwilę mogliśmy kontynuować naszą podróż do Kalamaki i dalej na Eginę, wyspę słynącą z podobno najlepszych na świecie orzeszków pistacjowych.
W drodze na wyspę, niebo nad stałym lądem zaszło ciemnymi chmurami, a chwilę później zobaczyłem na horyzoncie pierwszą błyskawicę. Nie miałem zamiaru czekać na burzę na otwartym morzu, gaz do dechy i w ostatniej chwili schowaliśmy się za falochronem małego rybackiego portu Souvala. Problem z kotwicą, zapchany kibel, kontrola straży wybrzeża, a teraz ewakuacja przed burzą, sporo jak na 24 godziny wakacji na jachcie. Na szczęście burza przeszła bokiem, nas jedynie lekko muskając orzeźwiającym deszczem. Zastanawialiśmy się, czy nie zostać w Souvala na noc, ale okazało się, że cumujemy na miejscu, gdzie za chwilę przybija prom pasażerski. Na szczęście pogoda już się poprawiła na tyle, że mogliśmy dalej wyruszyć na morze w kierunku położonego po drugiej stronie wyspy portu w Eginie.
Egina to bardzo ładne miasteczko z mnóstwem sklepów, restauracji i dużym portem jachtowym, w którym o godzinie 17 nie było już ani jednego wolnego miejsca, aby wcisnąć naszą małą, 8-metrową łódź. Pozostałe wolne miejsca były zarezerwowanymi miejscami rezydenckimi. Na mapie znalazłem inną, najbliżej położoną wyspę z przystanią i tam skierowaliśmy nasz jacht. Tą najbliższą wyspą była przyjazna Agkistri z piękną plażą w Skala i niezwykle sympatycznymi rezydentami portu w Milo.
 

 
Płytka przystań w Skala jest, niestety całkowicie zajęta przez łodzie rybaków i wodne taksówki. Musieliśmy popłynąć do odległego o 1,5 km Milo. Kiedy tam dopłynęliśmy, już było po zachodzie słońca, a port oczywiście wypełniony po brzegi. Z pomocą przyszedł armator, cumującego tam leciwego Ferretti. Kazał nam cumować do sąsiadujących z nim rybackich łodzi, a sam poszedł załatwić z rybakami, żeby nie budzili nas za wcześnie.
 

 
Następny dzień spędziliśmy na kąpieli w krystalicznie błękitnej wodzie w Skala, a na nocleg popłynęliśmy do Eginy. Tym razem znaleźliśmy wolne miejsce na szczycie pomostu. Okazało się, że niestety nasz wąż do wody i przewód elektryczny są dużo za krótkie, aby uzupełnić zapasy. Mieliśmy więc nocną kąpiel na pomoście, a rano dokupiliśmy brakujące 20 metrów węża. Za nocleg z dostępem do wody zapłaciliśmy 5 Euro. Cena za samo dobowe cumowanie to 1,5 Euro! Ile kosztuje dobowe cumowanie 8-metrową łodzią w Mikołajkach? Mimo niskiej ceny, nie wspominamy dobrze nocy w Eginie. Kiedy koło 4 nad ranem ucichły hałasy miasta, obudził nas okropny smród. Prawdopodobnie cumujące tam promy zaczęły opróżniać zbiorniki toalet, do tego całą noc niemiłosiernie rąbały komary, a kiedy wróciliśmy ze śniadania okazało się, że ktoś ukradł nam suszące się na jachcie ręczniki. Egina to piękne miasteczko, ale raczej więcej tam nie wrócę na nocne cumowanie. Byłem, widziałem, wolę mniejsze, spokojniejsze mariny.
Następnym portem na naszej trasie było Poros, na wyspie Poros. Piękne miasto z białymi domkami, piętrowo ustawionymi na wzgórzu, nad którym góruje kościelna dzwonnica. Płynąc do Poros, przeciskamy się między wyspą i lądem, później długo widzimy jedynie niezbyt przyjemne brzegi z pojedynczymi budynkami, aż nie wypłyniemy za duży półwysep. Wtedy naszym oczom ukazuje się miasto otoczone jednym wielkim portem jachtowym.
 

 
 
Są tu wyznaczone miejsca dla taksówek, promów, jachtów żaglowych i motorowych. Wzdłuż całego wybrzeża są stanowiska z prądem i wodą. Keja jest stale patrolowana przez policję. Jest tu wygodnie, ładnie i bezpiecznie, a kolację w tawernie można zamawiać niemal z pokładu jachtu, bo dzieli nas od niej jedynie szerokość ulicy. Tu cumuje się za darmo, a za całodobowy dostęp do wody płaci się 1,5 Euro.
Z Poros popłynęliśmy na Hydrę, kolejną po Poros wyspę polecaną przez greckiego mechanika, który robił przegląd naszego silnika. Płynąc na Hydrę można wybrać dłuższą drogę, dookoła wysepki, której nazwa tłumaczy się jako Miecz lub przez wąski przesmyk między wyspą a lądem. Wybraliśmy tę krótszą drogę. Przejście jest bardzo wąskie i niebezpiecznie płytkie. Nie radzę przeprawiać się tamtędy jachtem z zanurzeniem większym niż 1 m, zwłaszcza przy większym zafalowaniu. 
 

 
Przy przesmyku znajduje się malownicza zatoka, idealna do kotwicowania. My popłynęliśmy do Hydry. Niewielki port w uroczej, zabytkowej Hydrze jest jedyną mariną na całej spalonej słońcem wyspie. Dlatego, zgodnie z naszymi obawami, był zastawiony jachtami do granic możliwości. Chcąc dojść do pomostu, trzeba było iść przynajmniej po pokładach 3 innych jachtów. Aż boję się pomyśleć jak wygląda rwanie kotwicy i ile kotwic przy tej okazji wyciągniemy. Podobno w Hydrze rano trzeba mieć przygotowane 50 Euro dla nurków, którzy za tę kwotę uwalniają kotwice jachtów. Hydra jest rzeczywiście pieknym miasteczkiem, ale następny raz przypłynę tu chyba wodolotem, nie będę ryzykował cumowania. 
 

 
 
Na całej wyspie obowiązuje zakaz korzystania z pojazdów mechanicznych, a cały transport odbywa się na osiołkach, koniach i mułach. Jedyne mechaniczne pojazdy to samochód pogotowia, straży i policji. Rezygnując z postoju w Hydrze, zdecydowaliśmy się na nocleg na kotwicowisku.
 

 

 
 
Wieczór zapowiadał się spokojnie. Cicha, osłonięta zatoczka, kotwica trzyma. Kąpiel, trochę zabawy z wędką i cykady, zagłuszające szum fal. W nocy zaczęło wiać. Wiało coraz mocniej, a fale zaczęły rosnąć. Koło północy okazało się, że kotwica jest chyba za lekka i zaczyna nas wozić. Nie spałem całą noc, czuwając, żeby nie wylądować na burcie sąsiadów lub nie wysztrandować na kamienistej plaży. Nad ranem wiatr ucichł. Przestało falować, a my na szczęście od kilku godzin już nie zmienialiśmy położenia. Koło 5 rano poszedłem się zdrzemnąć. Zanim zasnąłem, usłyszałem, że fale jakoś inaczej uderzają o burtę. Kiedy wystawiłem głowę przez świetlik, zobaczyłem że jesteśmy o jakieś 100 m od brzegu i kamiennego pomostu taksówek! Wybrałem cumę kotwicy. Na jej końcu była tylko otwarta szekla. Kotwica z łańcuchem zostały na dnie. Na szczęście silnik nie zawiódł. Zacumowałem przy pomoście taksówek i poszedłem odespać wariacką noc.
Zanim opuściliśmy Hydrę, na FB dostałem informację od znajomego ze Szwajcarii, że właśnie jest na wakacjach w Grecji, właśnie na Hydrze. Z Markiem nie widzieliśmy się 15 lat, nie mogłem zrobić inaczej niż płynąć na plażę, na której właśnie leniuchował z siostrą. Spotkanie było krótkie, bo jedynie na czas 1 małego piwa, ale dobrze było zobaczyć się znowu. Świat jest jednak mały, a dzięki internetowi mogą się zdarzać takie niesamowite spotkania po latach.
 

 
Z Hydry popłynęliśmy już w drogę powrotną do Poros i dalej na Agkistri, do Milo i Skala. W Milo ponownie spotkaliśmy starych znajomych, którzy ponownie tak nam zabezpieczyli jacht dodatkowymi cumami, że mimo silnego wiatru, wiejącego przez całą noc i braku kotwicy, łódka ani drgnęła. Rano ciężko było opuszczać ten przyjazny port, ale czas było wracać. Przed nami około 80 km żeglugi do Lavrio.
 

 

 
 
 
Jadąc na urlop Tytanem miałem duże obawy, jak ten śródlądowy jacht poradzi sobie na morzu? Czy moja załoga, Hania i Olimpia, która pierwszy raz jechała na łódkę, poradzą sobie przy cumowaniu, czy nie dopadnie ich choroba morska? Bałem się, że ten dobrze zapowiadający się urlop może być jednym wielkim nieszczęściem. Tymczasem, mimo wszelkich przygód, jak stracona kotwica, drobne problemy z silnikiem i toaletą, wyprawę do Grecji zdecydowanie zaliczam do udanych, a wszystkie te awarie były właściwie dodatkową atrakcją. Damska załoga spisała się na medal, czasem trochę marudziły, ale ogólnie nigdy nie było problemów z cumowaniem, a Olimpia całkiem dobrze radziła sobie za sterem.

 

 
 
Zaskoczony też byłem codziennymi telefonami Andrzeja, który co wieczór lub rano dzwonił z pytaniami jak sobie radzimy, czy nie pojawiły się jakieś problemy, a nawet służył jako telefoniczny tłumacz przy zamawianiu bardziej wymyślnych dań w restauracjach. Docelowo, chcieliśmy Tytanem zwiedzić Cyklady. Nasi poprzednicy, niestety trochę pokrzyżowali te plany, ale co się odwlecze, to nie uciecze i już planujemy kolejną wyprawę do Grecji. Kto wie, być może ponownie na pokładzie 818 Tytan, który został już wyposażony w mocniejszy, 150-konny silnik. W przyszłym roku Cyklady!
 

 
Arek Rejs 
 

Komentarze